Kanonika noc złowroga, czyli znów Grantchester

Ledwie pył opadł po trzecim sezonie „Grantchester” (jak to jest, że ja cierpię przy oglądaniu prawie każdego serialu?!), a wydawnictwo Marginesy wydało – nareszcie! – kolejny tom przygód szanownego księdza kanonika. Śpieszę Wam przypomnieć, że nie, nie jest to historia ojca Mateusza, choć Sidney Chambers też jeździ na rowerze i w wolnych chwilach oddaje się tropieniu przestępców. W przerwach słucha jazzu i wraz ze swoim przyjacielem, inspektorem Keatingiem, wypija morze alkoholu w lokalnym pubie.

„Sidney Chambers. Złowroga noc” Jamesa Runcie’go to kolejna porcja przygód arcysympatycznego pastora, który zmaga się z byciem duszpasterzem, mężczyzną i detektywem-amatorem (kolejność dowolna) na angielskiej prowincji lat 50-tych. Cambridge, gdzie Sidney wykłada teologię i Grantchester, gdzie wspomaga swoje owieczki, to wielce niebezpieczna okolica, jak się wydaje – niejedno morderstwo czy też nieszczęśliwy wypadek, który i tak morderstwem się okazuje, zakłóci spokój dusz lokalnej społeczności. Czy to pożar w pracowni podstarzałego fotografa, czy też domniemany śmiertelny atak serca, czy znów zatrucie podczas meczu krykieta, czy wreszcie solidna, międzynarodowa afera szpiegowska – Sidney jest wszędzie i zawsze chce nieść pomoc, już to jako pastor, już to jako tropiciel zagadek i mistrz w rozumieniu ludzkich charakterów.

W tym tomie odnalazłam nieco mniej nawiązań do rzeczy, które lubię (to dalej brzmi niezbyt inteligentnie), niż w poprzednim, mało co zrozumiałam z kilkustronicowego opisu meczu krykieta, wyjąwszy zaimki i wtrącenia, ale i tak czytało się zacnie. Trzymamy tu poziom części pierwszej, czyli zagadki są raczej z tych prostszych, a intrygi nie z tych najbardziej wyrafinowanych, niemniej wszystko podane bardzo urokliwie. Klimat angielskiej prowincji i cała gama bohaterów, których nie sposób nie lubić – sam Sidney, Leonard, pani McGuire i inni – tego właśnie było trzeba.

Dodam tylko, że jestem już po obejrzeniu ekranizacji – także odcinków na podstawie fragmentów „Złowrogiej nocy” – i muszę przyznać, że serial jest dużo bardziej (melo)dramatyczny, zwłaszcza, jeśli idzie o miłosne rozterki Sidneya. W pełni rozumiem  podniesienie tempo i temperaturę akcji, a także to, że sam bohater podejmuje zupełnie inne decyzje niż w wersji powieściowej, stając w obliczu rozmaitych życiowych kontrowersji. Serialowa warstwa obyczajowa jest dużo bardziej złożona, przede wszystkim jeśli idzie o postaci Amandy i Leonarda (czyli komplikacje małżeńskie i mocno zarysowane wątki homoseksualne, żeby nie spoilować zanadto). James Runcie także kreśli w książkach dramatyczny obraz Cambridge i okolic, ale napięcie buduje inaczej, delikatniej, wolniej. W prozie dobrze się to sprawdza, w serialu potrzebny jest inny typ narracji, więc zmiany są zrozumiałe.

Innymi słowy – czekam na tłumaczenie trzeciego tomu przygód księdza kanonika i liczę na czwarty sezon serialu. Niecierpliwie!

PS. Kolejny tom przygód Sidneya trafił do mnie dzięki Bardzo Uroczej Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s