Japoński kot prosto z nieba

Moja szanowna Alma Mater (przy okazji, brawka dla nas za przodowanie wśród polskich uczelni!) wydaje różne książki, wiadomo, naukowe głównie, i chwali się nimi ogólnouniwersyteckim newsletterem. A oprócz pozycji naukowych znajdziemy w nim też takie zacności, jak „Seria z żurawiem”, czyli literatura współczesna ze wszystkich stron świata. Jak na razie dorobek serii jest raczej skromny, ale za to znalazł się w nim akcent japoński. Koci akcent japoński. Widzicie, musiałam. No musiałam nabyć.

Akcent podwójnie japoński – jest kot i wachlarz rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Koci aspekt japoński okazał się być króciutką, ślicznie wydaną opowieścią pióra Takashiego Hiraide, zatytułowaną „Kot, który spadł z nieba”. Tytuł można nam tutaj sugerować lekki wtręt fantastyczny, ale nie tym razem – bo rzecz dzieje się w jak najbardziej zwyczajnej, spokojnej i cichej okolicy gdzieś na przedmieściach Tokio. Małżeństwo trzydziestolatków – on pisarz i redaktor, ona korektorka – wprowadza się do małego domku gościnnego, który ongiś należał do ogrodnika zatrudnionego we właściwej rezydencji. Cała posesja leży gdzieś na południe od Shinjuku, przy wyjątkowo wąskiej uliczce. Bezimienny narrator i jego małżonka nazywają ją Dróżką Błyskawicy, tak gwałtownie i nieoczekiwanie skręca w cieniu olbrzymiej brzostownicy. W tym uporządkowanym świecie, gdzie wszyscy sąsiedzi choć odrobinę się znają i zawsze pozdrawiają się z ogromnym szacunkiem, pewnego dnia pojawia się kot. A właściwie mała kotka, imieniem Chibi (czyli „malutka”), przygarnięta przez chłopca z naprzeciwka. Kotka lubi jednak odwiedzać inne domy i staje się regularnym gościem w domu narratora i jego żony.

Chibi przedostawała się do nas regularnie przez delikatnie uchylone okno i, krok po kroczku – jak kropla drążąca kamień – zdołała wejść do naszego życia i zagościć w nim na dobre. Jednak z biegiem tych zdarzeń dotarło do nas coś jeszcze, coś, co można by nazwać fatum.

Zwyczajna codzienność toczy się swoim biegiem: wkrótce Chibi doczekuje się swojego własnego posłania (z pudełka po mandarynkach wyłożonego ręcznikiem) oraz talerzyka z mlekiem, a żona narratora specjalnie dla niej smaży rybkę i martwi się, że dawno nie było u nich „Dzyń Dzyń”, jak określają kotkę i jej dzwoneczek na kształtnej szyi. Narrator, niezbyt przekonany początkowo do kociego narodu, dochodzi do przekonania, że „nie ma śliczności większej od Chibi”. Jednocześnie snuje różne rozmyślania, wraca do lektury Machiavellego i jego rozważań o fatum jako o rwącej rzece, pracuje lub rezygnuje z pracy.

To jedna z tych opowieści, w których dzieje się wszystko i nie dzieje się nic (pamiętacie Klatsand?). Może zabrzmi to śmiesznie, ale „Kot, który spadł z nieba” wydaje mi się szalenie japoński. To niechybnie moje skrzywienie po olbrzymiej dawce „Opowieści o Księciu Promienistym”, ale naprawdę kocia historia pokazuje na nowo i wciąż buddyjskie przemijanie, obrazując coraz to nowe przemiany świata, które może i nie są wielkie i wstrząsające, ale krok po kroczku, jak sama Chibi, zmieniają życie bohaterów. Kotka buszuje po ogrodzie i bawi się piłeczką pingpongową, a  małżonkowie, choć mówią „to nasz kot”, wiedzą, że Chibi do nich nigdy nie należała i należeć nie będzie.

Taki niby drobiazg, a tak inspiruje do przemyśleń. Tchnąca smutkiem, a jednak kojąca, codzienna i poetycka, kocia i ludzka książka Takashiego Hiraide mocno zapada w pamięć. Warto dać się oczarować małej Chibi i spokojnej, potoczystej opowieści narratora.

PS. Bardzo mi pasuje ten temat Hisaishiego do lektury!

4 thoughts on “Japoński kot prosto z nieba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s