Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

„Imiennik” Jhumpy Lahiri nie trafiłby w moje ręce tak rychło, gdyby nie idea bookcrossingu, a właściwie, gdyby nie to, że Mama-Malita, wybrawszy się pewnego dnia na kawę z przyjaciółką, w jednej z krakowskich kawiarni wypatrzyła półkę z książkami do przygarnięcia. Przygarnęła właśnie „Imiennika”, a ja z kolei wykonałam manewr przejmujący. Po ostatniej dawce imigrancko-wojennych opowieści miałam ochotę zmienić klimat z afrykańskiego na jakiś inny. Co prawda, nie do końca mi się do udało, jak uświadomiłam sobie po kilku pierwszych stronach książki – w końcu Jhumpa Lahiri bardzo często pisze o doświadczeniach imigranckich, tym razem o imigrantach z Kalkuty, którzy mieszkają w Stanach Zjednoczonych. Mniejsza o to, i tak był świetnie!

Wszystko zaczyna się od państwa Ganguli – Ashoke wyjechał z Kalkuty, żeby zrobić doktorat na wydziale elektrycznym MIT i towarzyszy mu jego młoda żona, Ashima. Wkrótce na świat przychodzi ich syn, imiennik cenionego przez Ashoke Nikołaja Gogola. Gogol Ganguli dorasta w dwóch światach, zawsze trochę obcy w każdym z nich: Bengalczyk wśród kolegów ze szkoły, Amerykanin podczas wakacji w Indiach. Spokojny, wycofany chłopiec z mniejszymi lub większymi problemami kroczy ścieżką pierwszego pokolenia imigrantów, poszukując swojego celu w życiu, szczęścia i miłości.

Bardziej niż spójną i wiodącą z punktu A do punktu B cała powieść przypomina kolaż różnych wydarzeń – śledzimy losy Gogola w szkole, na uczelni, w pierwszych związkach. Na okładce określono książkę Lahiri jako subtelną i nie mogę znaleźć lepszego epitetu – autorka właśnie subtelnie, niewymuszenie, bez patosu pokazuje wszystkie rozterki nie tylko Gogola, ale i jego matki, ojca, siostry, którzy próbują znaleźć równowagę w dopasowaniu się do nowej kultury, jednocześnie zachowując wszystko, co możliwe ze starej. Jak można się domyślić, zachowywanie starego to domena rodziców, Gogol i jego siostra marzą czasem jedynie o wyrwaniu się z zaklętego kręgu imigranckiej wspólnoty. Całość jest naprawdę znakomita, niespieszna, a jednocześnie frapująca. Lahiri naprawdę potrafi zaczarować swoją prozą.

To, co jeszcze jest ciekawe w moich kontaktach literackich z Jhumpą Lahiri, to fakt, że „Imiennik” to trzecia jej książka, jaką przeczytałam, a przy tym trzeci język, w jakim ją czytam. „In other words” przyjęłam po włosku (z czego byłam szalenie dumna), a „Interpreter of maladies” po angielsku – teraz przyszła kolej na tłumaczenie na język polski i muszę przyznać, że jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Co najważniejsze, w przypadku Jhumpy Lahiri jestem oczarowana niezależnie od  używanego języka.

PS. Na podstawie „Imiennika” powstał film, moja lista „to be watched” wydłuża się niebezpiecznie…
PPS. Mamie-Malicie dziękuję za pożyczenie!

4 thoughts on “Trzeci język Jhumpy Lahiri, czyli Imiennik

  1. Świetnie, że trafiłaś na „Imiennika”! Ja niedawno przeczytałam po angielsku i też się zachwyciłam. Ale czy naprawdę w tłumaczeniu jest „Ashoke” zamiast po prostu „Aśok” (bo przecież tak by go trzeba przeczytać)…?

      1. Ech, bo anglojęzycznych książek pisanych przez Indusów nie powinni tłumaczyć angliści, tylko indolodzy ;P Chociaż „Ashoke” (którego pewnie co drugi polski czytelnik przeczyta „Aszoke”) to i tak małe piwo w porównaniu z moimi ulubionymi „samosasami”…

      2. A to swoją drogą… Ale poza tym tłumaczenie dobre, dużo przypisów kulturoznawczych, zwłaszcza kulinarnych – co to są samosy właśnie (samosasy :P), aloo gobi etc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s