Całe życie Andreasa Eggera było dobre

Długi weekend majowy okazał się u mnie – i cały czas okazuje – szaleńczą gonitwą między różnymi rodzinnymi imprezami, wydarzeniami kulturalnymi (Serialcon!) i uczelnianymi. Więc gdy ktoś publikował post w stylu „polecam książki na majówkę”, to tęsknie mruczałam „ale bym poczytała, tylko nie ma kiedy”. Ale zaś tam, zawsze jest chwila. Na przykład na tryumf literackiego minimalizmu, jak ochrzczono „Całe życie” Roberta Seethalera.

Jak opisać całe życie człowiecze? Są tacy, którzy wydają na ten temat całe tomy (to mi przypomina, że powinnam nadrobić „Moją walkę” Knausgårda, albo chociaż spróbować), inni idą w kierunku nieco bardziej ograniczonym objętościowo. Seethaler zatem kreśli opowieść bardzo krótką, ale pełną emocji. Pozorna przewrotność jego zabiegu – na stu siedemdziesięciu stronach dać pełen wyraz człowieczego życia – ma naprawdę bardzo dużo sensu.

„Całe życie” opowiada o Andreasie Eggerze, mężczyźnie pełnym wewnętrznego spokoju. Andreas ma jedną krzywą nogę, ale silne ręce i do tego dobre serce. Nic nie jest w stanie zakłócić harmonii jego egzystencji, choć on sam i jego ojczysta spokojna dolina w sercu austriackich Alp doświadczyła wielu tragedii – od straszliwych lawin aż po niszczącą wojnę. Andreas, ciężko pracujący przez całe swoje życie, doskonale wie, że jedyną pewną na świecie rzeczą jest zmiana. Dziwuje się czasem nowościom – jak całej pociesznej idei narciarstwa, która przynosi mu mnóstwo pracy w firmie konstruującej kolejkę z wagonikami – ale po prostu pozwala, by się działy. Nie boi się samotności, ba, potrafi ją celebrować, podobnie jak potrafi żyć w szacunku go otaczającego natury, zwłaszcza potężnych i nieubłaganych gór.

Podobnie jak to było w przypadku opowieści z psami z Titanica w tytule, zaintrygowała mnie ta wizja Seethalera i bardzo chciałam przeczytać jego powieść (skądinąd, bardzo chwaloną i nominowaną do Międzynarodowej Nagrody Bookera). Minimalizm wyznaję raczej w innych dziedzinach niż literatura, ale muszę przyznać, że coś jest w tej książce – to „coś” po długich namysłach określiłabym jako piękną i niewyszukaną prostotę. Może zabrzmi to trochę patetycznie, ale ta prostota bardzo kojąco działa na zabieganie całego naszego życia powszedniego.

Nie ukrywam, że pozostaję fanką powieści grubych, ale pozostaję też pod wrażeniem tego, w jaki sposób Seethaler potrafi bez patosu i zadęcia opowiedzieć historię – historię, która wydaje się zwyczajna, a jednak okazuje się być niezwykła. I to, co najważniejsze – nie sposób nie polubić samego Andreasa, jego nieskomplikowanego podejścia do świata i nie sposób nie wspierać w duchu wszystkich jego wysiłków. By wreszcie na koniec odetchnąć z ulgą, że całe życie Andreasa Eggera było dobre.

PS. Za przedpremierowy egzemplarz książki dziękuję wydawnictwu Otwarte – 24 maja biegnijcie do księgarni!

2 thoughts on “Całe życie Andreasa Eggera było dobre

  1. Wyczuwam coś dla mnie. ;P I może lepiej, że nie jest to opasłe tomisko, wzrasta szansa na przeczytanie w tym naszym całym, zabieganym życiu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s