Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?

Kiedy okazało się, że Starz przymierza się do ekranizacji „Amerykańskich bogów” Neila Gaimana, aż skoczyłam z radości i pilnie śledziłam wszystkie doniesienia, zwiastuny, plakaty. Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że dobrze by było odświeżyć oryginał, bo czytałam go ładną dekadę temu i pamiętałam tylko szczątki fabuły. Spędziłam paniczne kilka minut, przetrząsając biblioteczkę w poszukiwaniu mojego egzemplarza, ba, zadzwoniłam do Mamy-Mality i dopytywałam czy może powieści nie ma w domu rodzinnym, i oczywiście w trakcie rozmowy znalazłam ją na niespodziewanej wysokiej półce. I tak poprzedni tydzień minął mi na przemierzaniu kolejnych stanowych dróg w towarzystwie Cienia i jego chlebo- i trosko-dawcy, pana Wednesday’a.

Gaimanowy kolaż, raz

Punkt wyjścia jest następujący: Cień wychodzi (nomen omen) z więzienia, akurat, by zdążyć na pogrzeb żony. Starannie planowany powrót do zwykłej rzeczywistości i pragnienie życia w zgodzie z prawem biorą w łeb, bo na Cienia nie czeka już ani ukochana, ani przyjaciele, ani obiecana praca. Ergo Cień, potężnej postury oaza spokoju, podejmuje się pracy u dość przypadkowo (a przynajmniej tak mu się wydaje) spotkanego pana Wednesdaya, starszego pana pełnego nonszalanckiej elegancji i niedowidzącego na jedno oko. Co to za praca? Ot, zawieźć szefa tu i tam, pomóc w tym i owym, czasem wyperswadować coś komuś argumentem siły, a gdyby pan Wednesday zszedł był ze świata, czuwać przy jego trumnie. Drobiazg. Oczywiście, prowadzi to do dużo bardziej złożonych wyzwań, a Cień okazuje się być pionkiem – a może nawet świadomym graczem – w rozgrywce między wszystkimi amerykańskimi bogami.

Sam koncept tego, żeby wrzucić nas w konflikt miedzy starymi bogami (od Czernoboga po Anansiego) a nowymi (nowe czasy, nowe sacrum), wraz z całą wizją „przywożenia” bogów ze Starego Świata, jest po prostu znakomity. Podobnie jak cały ten quest celem gromadzenia zwolenników i wreszcie ostateczne rozwiązanie konfliktu. Gaiman tworzy też niesamowite postaci – osobiście bardzo lubię Cienia, który może wydawać się tępawym osiłkiem, ale tak naprawdę skrywa w sobie bardzo skomplikowaną osobowość i, rzecz jasna, tajemnice z przeszłości. Podobnie pan Wednesday i inni starzy bogowie, zmuszeni wegetować w świecie, w którym wydają się niepotrzebni – niektórzy próbują imać się jakiś zajęć, choćby odlegle związanych z ich dawną świetnością (tu brawa dla ekipy z Egiptu i zakładu pogrzebowego). Wszystko podane trochę gorzko, trochę dowcipnie, trochę ironicznie, trochę na serio, a czyta się jednym tchem.

Pan Wednesday i Cień w drodze do…?

Postanowiłam także od razu spisać wrażenia z pierwszego odcinka boskiej ekranizacji –  i przyznaję, że to chyba jednak nie jest mój klimat. Wygląda na to, że Bryan Fuller postawił na dość oczywiste i raczej nachalne wprowadzanie elementów fantastycznych, co niezbyt mi się podoba. Serialowa wersja okazała się dużo bardziej mroczna, dużo bardziej brutalna (posoka leje się hektolitrami), niż się spodziewałam (ale cóż, w końcu Fuller stworzył „Hannibala”, taki ma styl). Tak, mrok i brutalność mają swoje uzasadnienie w fabule, niemniej krwawa bójka Cienia i Szalonego Sweeneya na papierze wygląda inaczej niż na ekranie (nie mówiąc o zakończeniu pierwszego odcinka). W powieściowej wersji zachwyciły mnie raczej interakcje między bohaterami, a sam wkład fantastyczny (choć pamiętajmy, połowa postaci to bogowie) był jakoś mniej dosadny, przynajmniej z początku. Raziły mnie też efekty specjalne, wydały mi się strasznie sztuczne. Zasadniczo –  spodziewałam się czegoś innego.

Jeśli chodzi o obsadę, a przede wszystkim, nagłówniejszych bohaterów, to Ricky Whittle jest niezły jako Cień, choć dość… nieociosany w porównaniu z takim geniuszem jak Ian McShane (czyli pan Wednesday), który pasuje mi idealnie. W przypadku Whittle’a głównie staram się wymazać z pamięci jego występ w „Austenland”. Jak na razie planuję obejrzeć drugi odcinek, bo jednak nie lubię spisywać na straty całości tylko po pierwszym ujęciu, ale jednak na razie proza Gaimana zdecydowanie wygrywa. Następni w kolejce do odświeżenia – „Chłopaki Anansiego”.

4 thoughts on “Amerykańscy bogowie – powieściowe zachwyty, serialowe… zgrzyty?

  1. Ja już chyba pisałam, że mam z Gaimanem problem. Pomysły ma świetne tak do połowy powieści, a potem jakoś wszystko się tak rozłazi. Tak samo było z „Chłopakami Anansiego” (mam słabość do pajęczego trickstera z Afryki i USA) – to była druga książka którą rzuciłam o ścianę bo tak mnie rozczarowała, że moje rozczarowanie posłyszało pół akademika (tak, tak staram jest).
    A tak tylko się pochwalę, że poznałam pana Gaimana osobiście^^
    Jak zachwyca skoro nie zachwyca, niestety. Serial obejrzę bo czasem ekranizacje są lepsze niż pierwowzór (zwłaszcza serialove – vide Outlander).

    1. Nie ma jak trickterzy, wiadomo :) ale na ile pamiętam, to „Chłopcy“ te 10 lat temu mi sie bardzo podobali – zobaczymy teraz. Ja rzucam książkami głównie kiedy zwierzętom dzieje się krzywda, jak choćby u Palahniuka…
      Outlander – widziałam tylko serial i był dobry, acz zaliczyłam pierwszy sezon wyłącznie :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s