Rodzina O., sezon pierwszy

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, głosi przysłowie. Okładka „Rodziny O.” Ewy Madeyskiej nie tylko ilustruje to przysłowie, ale też sugeruje, że niektóre owoce tkwią głęboko zakopane w ziemi. Ba, w mrocznych podziemiach, to znaczy, w splątanej niczym korzenie przeszłości, czasem lepiej nie grzebać. Jeszcze coś wyjdzie na jaw i dopiero się okaże. Choć, jak można się domyślać, zawsze wszystko tak czy tak wychodzi na jaw. Jak serialowe prawo sugeruje, najczęściej dzieje się tak pod koniec sezonu.

Tytułowa rodzina O., wywodząca się z małej Bolegoszczy, składa się z nestorki rodu, Heleny Opolskiej, jej syna Tadeusza (oraz drugiego, zaginionego w latach wojennych Jerzego), synowej Barbary oraz dwóch wnuków: Paweł właśnie wyleciał ze studiów (w końcu marzec 68’, choć nie do końca), Andrzej ma problemy w szkole (natury różnej). Wraz z Opolskimi wkraczamy do świata, w którym malboro kupuje się od sąsiada marynarza, w soboty myje pomnik w czynie społecznym, pewne sprawy załatwia się z prokuratorem, a inne z księdzem proboszczem. Mały światek prowincji miesza się z wielkim biegiem historii, współczesna polska rzeczywistość mocno boli, ale wojenne wspomnienia bolą nawet bardziej.

Nikt z rodziny O. i jej znajomych nie jest szczęśliwy. Na dobrą sprawę, to jest bardzo przykra książka, momentami tchnąca totalną rezygnacją. Nie chodzi tylko o moment dziejowy, już z definicji mocno naznaczony cierpieniem, ale także o to, że familię O. dotykają coraz to kolejne ciosy, niektóre zasłużone, inne wręcz przeciwnie. Ciosy, których można uniknąć, gdyby trochę wdrożyć trochę rozsądku we własne postępowanie. A tak trzeba ponosić różne konsekwencje (choć dodam, że większość tych konsekwencji wywodzi się z niezbyt przemyślanych kontaktów damsko-męskich).

Ewa Madeyska przeplata ze sobą wątki wielu postaci, nie tylko spokrewnionych z O., ale i ich sąsiadów, przyjaciół i nieprzyjaciół. To przeplatanie widać także w samej strukturze powieści: bardzo ciekawym zabiegiem formalnym jest łączenie kolejnych podrozdziałów między sobą – kolejny zaczyna się tym samym słowem (albo prawie tym samym), jakim kończy poprzedni. Ot, przykład z początku:

„Każdy ma swoje demony”, pomyślał [Paweł]. „Każdy”.
//
Nie każdy. Nie każdy mógł kupić malboro u Benka Karpia.

Na początku trochę mnie to drażniło, ale w miarę upływu stron coraz bardziej doceniałam cały pomysł. Podobnie zresztą z odbiorem całej powieści – początkowo przytłaczał mnie cały klimat i ilość wątków, ale im bliżej było do zakończenia, tym bardziej nie szło się oderwać. Nie do końca tylko jestem pewna, na czym dokładnie ma polegać wyjątkowa serialowość całej koncepcji, oprócz tego, że po prostu jest to pierwszy sezon rodzinnej sagi, jak zakładam.

Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych sezonach los będzie dla rodziny O. i przyległości nieco łaskawszy.

PS. Dziękuję za książkę wydawnictwu Znak (i za kubek też!).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s