Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson

Niedawno, primaaprilisową porą, przedstawiałam Wam rozkosznie absurdalną i bawiącą się z kolejnymi metapoziomami książkę Brandona Sandersona o Alcatrazie Smendrym (kto nie czytał, proszę za mną). Ostatnio faktycznie dużo zdarzyło mi się Sandersonowych rzeczy przyjąć, łącznie z opowieścią graficzną pt. „Biały Piasek” z uniwersum Cosmere, ale teraz pora na obiecany Legion. Dosłownie, jako się rzekło.

Otóż Stephen Leeds, zwany Legionem, jest jak najbardziej normalnym, zdrowym na umyśle facetem. Posiada jednak niebywałą umiejętność opanowania każdej możliwego talentu. Lingwistyka? Proszę bardzo. Operowanie dowolną bronią z precyzją amerykańskich SEAL? Czemu nie. Meandry psychiatrii i psychologii? Zrobi się raz-dwa. Ale nie, Stephen nie opanował kursów szybkiego uczenia się. Nowa wiedza objawia się w halucynacjach, które produkuje jego umysł. Innymi słowy, Stephen ma na podorędziu całą ekipę ekspertów – nazywa ich „aspektami” – a każdy z innych jest odpowiedzialny za coś innego… i ma zupełnie innych charakter. Z takim wyposażeniem żadna zagadka mu niestraszna.

Taki tam, trójpakiecik.

W tomie znajdziemy dwie historie, nowele „Legion” i „Legion: pod skórą”. W pierwszej z nich Stephen i jego aspekty mierzą się ze sprawą zaginionego sprzętu. Nie byle jaki to obiekt, a eksperymentalny aparat do robienia zdjęć przeszłości. Wszystkie drogi prowadzą do Jerozolimy, a tam nie tylko konflikty na tle religijnym, ale i międzynarodowa intryga terrorystyczna. Świat zatrzęsie się lekko także w drugiej noweli, kiedy dawny znajomy Stephena, ekscentryczny koreański biznesmen, poprosi tylko o przysługę. Tylko o odnalezienie zwłok. Co oczywiście będzie równało się z wpakowaniem w kolejną intrygę, bardziej… biologiczno-genetyczną. Innymi słowy, pan Legion i legion jego aspektów będą mieli dużo do roboty.

Koncept jest po prostu znakomity, bo cała wizja aspektów daje naprawdę mnóstwo możliwości: nie chodzi tylko o racjonalne (o ile można tak powiedzieć) wytłumaczenie superzdolności naszego detektywa, ale także o same interakcje z aspektami, które wzajem się kłócą i sprzeczają (albo wręcz przeciwnie), mają pretensje do samego Leedsa („ona ma męża, a ty mi psa nie chcesz zapewnić?!”) i raczej rzadko chcą przyjąć do wiadomości, że są li i jedynie odrobinę stukniętymi halucynacjami. Sanderson bardzo umiejętnie rozgrywa wykorzystuje te wszystkie opcje, co daje naprawdę świetny efekt.

Aż szkoda, że to tylko dwa stosunkowo krótkie teksty, bo chciałoby się czytać więcej i o samym Leedsie, i o aspektach. Jest pole do popisu i liczę na ciąg dalszy, a trzecia opowieść podobno w natarciu!

PS. Za egzemplarz książki bardzo dziękuję wydawnictwu MAG.
PPS. Jestem fanką okładki!

One thought on “Imię jego Legion, czyli znów Brandon Sanderson

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s