Joel Dickër, opowiadacz doskonały

Pamiętacie „Prawdę o sprawie Harry’ego Queberta”? Że marudziłam ponad rok, zanim się zabrałam, ale jak już się zabrałam, to poszło błyskawicznie? Przy kolejnej książce Joela Dickëra już nie marudziłam,  wręcz przeciwnie: przy pierwszej możliwej okazji rzuciłam się na „Księgę rodu z Baltimore”, słusznie oczekując podobnych wrażeń. Bynajmniej się nie zawiodłam – drugie spotkanie z Dickërem i jego bohaterem, pisarzem Marcusem, wypadło znakomicie. Dodam od razu, że jeśli ktoś nie czytał poprzedniej książki, bez obaw, można je przyjąć oddzielnie, choć gorąco zachęcam do obydwu. A tym razem Marcus Goldman opowiada więcej o sobie i o swoich najbliższych.

Otóż rodzina Goldmanów dzieli się na dwie znaczące frakcje. Goldmanowie z Montclair, choć przyzwoicie sytuowani, w niczym nie przypominają Goldmanów z Baltimore: bajecznie bogatych, pięknych, należących do śmietanki towarzyskiej. Przynajmniej tak sądzi Marcus, który urodził się jako montclairczyk, ale najlepsze chwile swojego dzieciństwa spędził właśnie w rezydencji baltimorczyków. Pogardzając w duszy własnymi rodzicami, chłopak marzy, by już na zawsze pozostać z wujem Saulem i ciotką Anitą, by nieustannie tworzyć „trójkę kuzynów Goldmanów” wraz z Hillelem i Woodym. Ale sielanka dziecięcych i nastoletnich lat skończy się tragicznie – dosłownie, bo nad rodem z Baltimore zawisła Tragedia, wokół której Marcus snuje swoją opowieść.

Tragedia, która wydarzyła się w 2004 roku, stanowi centralne miejsce powieści, ale Joel Dickër bardzo ostrożnie prowadzi nas do jej ostatecznego rozwiązania. W jego wizji Marcus opowiada o czasach współczesnych – kiedy to frakcja baltimorska zupełnie podupadła, a on sam święci tryumfy jako błyskotliwy pisarz – i wraca do przeszłości, wyjawiając coraz to nowe przypadki i zaszłości. Sam jednak nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo złożona jest to historia i jak wiele spraw wciąż jeszcze nie wyszło na jaw. Będzie się też musiał uporać z wielką miłością do dziewczyny – zwłaszcza, że ta miłość położyła się cieniem na przyjaźni „trójki kuzynów”.

Mogłoby się wydawać, że to kolejna historia rodzinna z sekretem w tle. Ale Joel Dickër to mistrz odkrywania tajemnic i jego „Księga” po prostu wsysa w całości, co jest absolutnie prześwietne. Trzyma w napięciu do ostatniej strony i kilkakrotnie wydawałoby się, że nie ma już żadnych więcej niedomówień, to bam! z następnej strony wypatruje nas następne (to zresztą Dickërowa specjalność, w sprawie Queberta było tak samo!). I to nie tylko fabuła dopisuje, ale rzecz jest naprawdę znakomicie napisana, a postaci tak barwne i tak autentyczne, że jesteśmy w stanie uwierzyć w każdą ich emocje i każdy, nawet najbardziej godny potępienia czyn.

Joel Dickër, opowiadacz doskonały, znów nie pozwala odłożyć książki choćby na minutę. W  każdym razie mnie ciężko było!

PS. Mama-Malita pożyczyła, dziękuję!

One thought on “Joel Dickër, opowiadacz doskonały

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s