Gry bywają niebezpieczne. Caraval.

caravalData w dowodzie nie kłamie, rocznikowo wyrosłam z young adult dobrą chwilę temu. Co nie zmienia faktu, że powieści dedykowane temuż właśnie targetowi czytać lubię (Rainbow RowellTęcza odpowiedniej słodyczy, czyli Eleonora i Park., mówi Wam to coś?), przede wszystkim, jeśli chodzi o fantastyczne young adult. Jak to ujął ongiś Andrzej Sapkowski, to ten typ książek, które gdyby nie smoki, do złudzenia przypominałyby „Polyannę” (której, skądinąd, nie cierpię) – i fakt, dorosłemu a bardziej oczytanemu czytelnikowi powieści w tym typie mogą wydawać nieco zbyt proste w strukturze. Trafiają się jednak czasem absolutne perełki, które wielce przyjemnie się czyta. „Caraval. Chłopak, który smakował jak północ”, debiutancka powieść Stephanie Garber, absolutną perełką co prawda nie jest, acz nie zmienia to faktu, że raz na jakiś czas bardzo potrzeba takich książek.

Rzecz operuje prostymi schematami w baśniowej otoczce. Oto dwie siostry, Scarlett i Tella (plus dziesięć do pretensjonalności imion, ale wybaczam), od lat tłamszone przez despotycznego ojca (czarny charakter na pełnej), gubernatora małej wysepki. Nadzieją Scarlett na wyrwanie się spod ojcowskiego jarzma jest udział w grze Caraval, magicznej rozgrywce, której zwycięzca otrzymuje możliwość spełnienia dowolnego ze swoich życzeń. Lata mijają, a mistrz gry, Legenda, nie odpowiada na błagalne listy dziewczyny… aż do ostatniej chwili – na tydzień przed ślubem Scarlett (oczywiście, zaaranżowanym przez ojca), siostry dostają upragnione zaproszenie. Na wyspę, gdzie toczy się rozgrywka, towarzyszy im przypadkowo spotkany młodzian imieniem Julian (niestety, za każdym razem, jak trafiałam na jego imię, to stawał mi przed oczami kreskówkowy Flynn) (z drugiej strony, dobrze, że nie Król Julian). Scarlett początkowo nie jest zachwycona tym towarzystwem, ale, oczywiście, z czasem zmieni zdanie – i to niejeden raz.

Innymi słowy: wątek romansowy – jest. Mroczne tajemnice z przeszłości – są. Poświęcenia w imię siostrzanej miłości – a jakże. Warstwa fabularna nie należy może do jakiś szczególnie błyskotliwych, ale za to pomysł na uniwersum bardzo dobry. Pobrzmiewa trochę „Cyrkiem Nocy” Erin Morgenstern i „Zakonem Mimów” Samanthy Shannon, z nutką przesławnych „Igrzysk Śmierci” Suzanne Collins– w dobrym tego słowa znaczeniu, bo „Caraval” spowija podobna atmosfera gry i przewrotności otaczającej bohaterów rzeczywistości (symulakrum bez dwóch zdań, Baudrillard oklaskuje z cicha). Właśnie w tej niepewności, co jest jeszcze grą, a co już rzeczywistością, leży siła tej książki. Aczkolwiek podtytuł, dorzucony w polskiej edycji, uważam za nieco absurdalny – domyślam się, że to próba utajemniczenia i uromansowienia całokształtu, zupełnie niepotrzebna. W oryginale nie ma żadnych dodatków, jest „Caraval” i kropka, co moim zdaniem brzmi wystarczająco intrygująco.

Dodam tytułem zakończenia, że „Caraval” jest książką lepszą, niż się spodziewałam. Tak, nieporadna Scarlett, czasem-nie-myślę Tella i Wielce Tajemniczy Julian potrafią irytować, ale cały koncept jest naprawdę w porządku. Myślałam, że znów będę się fukać, ale jednocześnie tłumaczyć, że lubię czasem czytać słabe książki – niemniej Stephanie Garber wykreowała ciekawy świat, który potrafi zauroczyć. Jeden przyjemny, niezobowiązujący wieczór w Caravalu okazał się wcale udany.

PS. Za egzemplarz książki i wielkiej urody zaproszenie do Caravalu dziękuję wydawnictwu OMG Books.
PPS. Może nawet kiedyś przyjdzie czas na jeszcze jeden wieczór, bo autorka szykuje drugą część (to dylogia, tak przy okazji).
PPPS. A tu ładny zwiastun.

4 myśli w temacie “Gry bywają niebezpieczne. Caraval.

  1. Flynn is *heart sign*
    Ja lubię proste książeczki do tramwaju, bo wtedy przynajmniej ludzie nie pytają „ło pani droga, co pani czyta?” (czytałam „Jak zbudować wehikuł czasu” akurat), no a poza tym, jest szansa, że nie zgubię się w poplątanej narracji. Fakt pozostaje faktem, że w większości przypadków YA śmierdzą mi sztampowymi fanfikami (taka roztrzepana, szalona bohaterka, rodzic to obowiązkowo zUo, bohaterowie jedyni w swoim rodzaju niepowtarzalne indywidua choć trudno stwierdzić czy w ogóle mają osobowość). Choć ja ostatnio zagłębiam się w niezwykle głębokie historie YA dotyczące dziwnych rzeczy, jak ostatnio „Battle Lines” (wg opisu z goodreads: Secret government unit Department 19 is recovering from evil vampire Valeri Rusmanov’s deadly attack on their base. The Department’s newest member, teenage operator Jamie Carpenter, is tasked with training up a new squad, as his friends and colleagues desperately search for ways to try to stop what is coming. https://www.goodreads.com/book/show/16101069-battle-lines).
    Nie możemy wiecznie czytać Le Guin, czasami musimy sięgnąć po prosty relaks.
    Książeczkę na pewno przeczytam :))

    1. A to ja bardzo chętnie służę pożyczeniem, bo to taki klasyczny niewymagający umilacz tramwajowy :) a przy Le Guin też właściwie relaks, ale zupełnie innego rodzaju.
      „Secret government unit Department 19 is recovering from evil vampire”, nawet Pielewin by tego nie wymyślił!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.