Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach

Wakacje Anno Domini 2016 upłynęły mi pod znakiem prozy Jojo Moyes – przynajmniej na dwa wyjazdy zabrałam ze sobą jej powieści. I nie da się ukryć, że to są znakomite książki na takie wakacyjno-lżejsze momenty, kiedy potrzebna jest wciągająca opowieść, raczej grubawa, taka słodka i gorzka jednocześnie, o której wiesz, że po drodze bohaterom się trochę od losu oberwie, ale end będzie happy i nadzieja znów wróci do serc czytelniczych. Najnowsza powieść Moyes – „Dziewczyna, którą kochałeś”, premiera już jutro, czyli 11 stycznia! – idealnie się w ten trend wpasowuje. Egzemplarz wpadł w moje łapki przy okazji nagrywania spotu promującego książkę (o tu wtedy nagrywaliśmy!), ale czekałam na odpowiednią chwilę, odkładając sobie przyjemność jak Kubuś Puchatek. Więc nadszedł wreszcie późno-grudniowy dzień, ja pod kocem, z popcornem (tak!) i z książką mogłam celebrować czas sakralny.

„Dziewczyna, którą kochałeś” to portret, który odegrał wielką rolę w życiu dwóch bohaterek, żyjących w dwóch różnych krajach i czasach. Jest zatem dziewczyna, którą kochał artysta, jak i dziewczyna, która kochała portret. Ta pierwsza, Sophie Lefèvre, to właścicielka niewielkiego hotelu w Saint Péronne, usiłująca podtrzymać na życiu i duchu swoją rodzinę w okupowanej przez Niemców Francji roku 1916. Jej mąż, Édouard, tkwi gdzieś na froncie, podobnie jak większość znanych jej mężczyzn. Tymczasem końca wojny nie widać, a Herr Kommandant zarządzający miasteczkiem ma bardzo konkretne plany wobec Sophie. I wobec obrazu.

Ta druga dziewczyna to Liv, która miała wszystko – wspaniałego męża, bajeczne mieszkanie, poczucie bezpieczeństwa i poczucie sensu. Straciła ukochanego i pozostałe rzeczy też się prawie natychmiast zatraciły. Jedyna rzecz, która wzbudza w apatycznej Liv jakiekolwiek pozytywne uczucia, to dość oryginalny portret, prezent od Davida z czasów, kiedy byli bajecznie szczęśliwi. Gdy komornik wysyła kolejne powiadomienia, tęsknota zalewa oczy, Liv chce tylko zapomnieć i odpłynąć w bezpieczną otchłań apatii. Ale wkrótce okaże się, ze przyjdzie jej zawalczyć. O obraz, który uwielbia. O nowe uczucie, które rokuje obiecująco, ale potem wszystko idzie źle. O samą siebie i nowe poczucie sensu.

Dwie przejmujące historie, uwikłane w różne dziejowe zawieruchy i splecione w jedno dzięki niezwykłemu obrazowi – Moyes trzyma poziom i raz jeszcze dostarcza książki, której bardzo oczekiwałam. Książki, która przez różne większe i mniejsze trudności doprowadzi bohaterki do zaskakującego zwrotu i ukołysze w czytelniczej błogości. Jest tak, jak trzeba, jak być powinno.

Co więcej, tym razem Jojo Moyes dorzuca swój mały kamyczek do bardzo trudnej dyskusji – czy i w jaki sposób oddawać mienie, zagrabione prawowitym właścicielom podczas wojen wszelakich (od razu przypomniał mi się film „Złota dama”!)? Co w przypadku, jeśli obecny właściciel kupił dany przedmiot absolutnie legalnie i nie miał pojęcia, że jest to dzieło o dość podejrzanej i nieszczęśliwej proweniencji? Nie ma jednej dobrej odpowiedzi na te pytania, a każda sprawa odzyskania zagrabionych skarbów budzi wielkie emocje. Dzięki historii „Dziewczyny, którą kochałeś” mamy jeszcze jeden wątek w tej kwestii do przemyślenia.

PS. Za egzemplarz recenzyjny dziękuję pięknie Bardzo Sympatycznej Pani Redaktor z wydawnictwa Znak.

4 thoughts on “Znów Jojo Moyes, czyli rzecz o pewnym obrazie i o pewnych dziewczynach

  1. Ta Moyes mnie ze wszystkich stron atakuje, a stwierdziłam, że w tym roku będę z jednej strony nadrabiać książki czekające na półce, a z drugiej poddawać się swobodnie wszelkim książkowym guilty pleasures. Co wpadnie w oko, a wygląda na lekkie, to od razu w łapki. Stąd wzięłam się za „Dziewczynę z pociągu”, niedawno też skończyłam „Me Before You” Jojo (ależ mnie śmieszy to nazwisko!), teraz wzięłam sobie „The Magicians”. A co do Moyes – pokrótce, bo będę niedługo o niej pisać – czytało się wyśmienicie, lekko, bezproblemowo, miło, ścisk serca był, romansy były, dobre czytadełko. Nie było do końca banalnie i oczywiście. Może jeszcze dalej sobie podczytam kiedyś:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s