Rok Królika, dzień grozy, noc horroru. Bator.

Nabieram nieco ambiwalentności w stosunku do twórczości Joanny Bator. Otóż żywię sentyment do „Japońskiego wachlarza” (na pierwsze spotkanie z Japonią naprawdę zacny), pieję peany nad „Piaskową górą”, wychwalam „Rekina z parku Yoyogi”, ale ostatnio trochę nam, dwóm Joannom, nie po drodze (za dużo nut, pamiętacie?). Z pewnym lękiem zatem podchodziłam do lektury „Roku Królika”, powieści, której okładki nie da się określić inaczej, niż creepy(znakomita, ale wciąż creepy).

Pozwólcie, że zacznę z wysokiego c – otóż topika eskapistyczna wydaje się być aktualnym lejtmotywem pisarstwa Bator (obiecuję, to koniec mądrych słów na dziś). Słowa „znikła bez śladu” zaprowadziły pisarkę wpierw na Wyspę Łza, a potem, nieco bardziej fikcyjnym szlakiem, do Ząbkowic Śląskich, zwanych ongiś/dziś Frankensteinem. Podążamy tam śladem Julii Mrok, poczytnej a popularnej autorki romansów historycznych (tych z cyklu „zawieram w sobie słowa-brzmiące-klimatycznie-typu „buzdygan”, ale mających więcej wspólnego z namiętnymi scenami erotycznymi niż z prawdą historyczną). Julia Mrok, kolekcjonerka dziwacznych nagłówków z prasy brukowej („Złapali czarnego diabła. Jest samicą” to jeden z łagodniejszych), porzuca swoich dwóch kochanków, dawną tożsamość i wygląd, przepoczwarzając się w uciekinierkę Annę Karr.

To Anna Karr tropi królika grozy, bestię opisanej w nagłówkach a grasującą w Ząbkowicach. Ucho Anny, zdeformowane ucho żądne męskich opowieści bardziej niż ciało Julii żądne jest męskich ciał, pozna nowe, straszliwe historie, w przedziwny sposób wiążące się z jej własnym losem… albo tak się jej wydaje. Julia/Anna odkrywa kolejne wątki i miejsca, snując domysły na temat chwil minionych i pisząc kolejną książkę. Trafia także do Spa pod Królikiem, tajemniczej instytucji o makabrycznym celu istnienia – wszak królik grozy czyha w tle jako krwiożerczy patron całej tej groteskowej opowieści. Widma realnej i wyimaginowanej przeszłości ścigają Julię/Annę i zmuszą ją do podjęcia działań równie szalonych, co absurdalnych.

Nie będę ukrywać, że jestem tą historią po prostu zmęczona. Przy okazji wynurzeń na temat opowiadań Weroniki Murek wyznałam, że dziwne to i owszem, lubię, ale bez przesady. A „Rok Królika” jest tak dziwaczny, tak niepojęty, tak cudaczny, że naprawdę musiałam się zmuszać do brnięcia przez kolejne strony i rozdziały. Zmęczyło nagromadzenie paranoicznych momentami wizji Julii/Anny, która w każdej napotkanej w Ząbkowicach osobie widzi albo nową postać swojej powieści, albo członka swojej rodziny, albo jedno i drugie jednocześnie. Zniesmaczyła ilość okołoseksualnych wtrętów – znów akord z wysokim c, Bator w otwierającym powieść akapicie serwuje opis zdjęć kawy, powieszonych na ścianach kawiarni: te ziarna kawy przypominają narratorce nic innego, a tylko „monstrualne cipki w pogańskiej świątyni płodności, brązowe i gładkie szparki”. Imię tych erotycznych przenośni jest legion. Króliczy legion.

Nie powiem, są i takie momenty, w których widzę ślad tego, czym zachwycałam się dawniej – błyskotliwe neologizmy, nietuzinkowe, ale jakże trafne metafory, niemniej to zaledwie momenty, tonące w oparach absurdu, którego nie rozumiem. Muszę wrócić do „Piaskowej Góry”, sprawdzić, czy w poprzednich książkach znać antycypację króliczych zapędów. Sam „Rok Królika” odstawiam ostrożnie na bardzo wysoką i odległą półkę.

PS. Co nie zmienia faktu, że za książkę dziękuję arcysympatycznej Pani Redaktor z wydawnictwa Znak!

11 thoughts on “Rok Królika, dzień grozy, noc horroru. Bator.

  1. Jest trochę dziwna i jakby nostalgiczna. Mi osobiście bardzo się spodobała, bo lubię takie mroczne klimaty i dziwaczne postaci, niczym z „Miasteczka Twin Peaks”. K

  2. Japońskie książki Bator wyrywaliśmy sobie z rąk. Ja bo zawsze chciałam pojechać do Japonii, rodzice, bo konfrontowali swoje wspomnienia z Japonii z tymi Bator. Ale to wszystko. Pozostałe książki bardzo mi nie podeszły. Jeszcze jakieś dwa miesiące temu byłam na spotkaniu autorskim z Bator, które bardzo mi się nie podobało.

  3. Ja znam Bator głównie z jej „japońskich” ksiażek, a te mi się podobają (choć mam pewne zastrzeżenia), bo są o kulturze kraju wyspiarskiego. Lubię kraje wyspiarskie, widać chyba.

    „Ciemno, prawie noc” czeka na półce od baaardzo dawna i wciąż się nie doczekało swojej kolejki. Ale już widzę. że podobnie jak po „Wyspę Łza”, tak jak i rozbuchane króliki sięgnąć już mi się nie zachce ;>

  4. Sama nie wiem, czy sięgać po kolejne książki Bator. Zachwyciłam się „Ciemno, prawie noc”, cyklem o Piaskowej Górze i „Japońskim wachlarzem”, opisy i recenzje kolejnych książek autorki nie przekonują… Na półce czeka jeszcze „Rekin…”, skoro dobry to dam mu szansę ;)

    1. Właśnie ja chyba będę raczej skupiać się na adoracji wcześniejszych książek i cichutkim zapominaniu tych nowszych… ale wszystkie mają amatorów, więc nigdy nie wiadomo :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s