Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.

Do trzech sióstr Brontë nie żywię ani wielkich sentymentów, ani nabożnego szacunku: tak, przeczytałam o dziwnych losach Jane Eyre, pióra Charlotte, tak, stosunkowo niedawno nadrobiłam też „Wichrowe wzgórza” pióra Emily (jak być może pamiętacie, niespecjalnie mnie zachwyciło). Co prawda proza trzeciej z sióstr, Anne, nadal pozostaje dla mnie nieodkryta, niemniej nie czuję jakiegoś wielkiego  wewnętrznego nacisku, by to zmienić. Co nie zmienia faktu, że gdy natrafia się jakaś powieść na motywach i/lub twórczo nawiązująca do dzieł i postaci dawnych, to chętnie sięgam. Powieść taka objawiła się w postaci „Ostatniej z rodu Brontë” Catherine Lowell, określanej jako romans ze szczyptą intrygi.

Otóż Samantha Whipple, tytułowa ostatnia z rodu Brontë, faktycznie może prześledzić swoje drzewo genealogiczne aż do słynnych sióstr. Jej tragicznie zmarły ojciec, Tristan, był rzekomo w posiadaniu olbrzymiego skarbu-pamiątek po siostrach Czytaj dalej „Ostatnia z rodu Brontë. Cóż.”

Le Guin o Klatsand, wszędzie i nigdzie

Ursula K. Le Guin należy do bardzo płodnych pisarzy – i choć najczęściej jej nazwisko wymienia się jednym tchem ze słowem „Ziemiomorze”, to Le Guin czyni wycieczki także w nie-fantastyczne i nie-do-końca-fantastyczne krainy. Wspaniałym przykładem takiej wycieczki była historia Lawinii, przeznaczonej na małżonkę Eneasza; cudowna powieść historyczna ze znakomicie odmalowanym światem starożytnego Lacjum. Natomiast wycieczka, którą dziś Wam proponuję, wiedzie w czasy nieco nam bliższe, do Klatsand w stanie Oregon – a to wszystko dzięki Czytaj dalej „Le Guin o Klatsand, wszędzie i nigdzie”

Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!

Wiele wody upłynęło od owego spotkania w Matrasie, gdzie zza winkla spozierałam na Szanownych Autorów Konstytuujących Marylę Szymiczkową, to jest Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego (zza winkla, bo tłum był spory i nie załapałam się byłam na pierwszą salę). Ale oto wreszcie nadeszła chwila powtórnego spotkania z profesorową Szczupaczyńską, szacowną damą krakowskiego fin de siècle. Profesorowa na co dzień zajmuje się prowadzeniem domu (kamienicy Pod Pawiem, eleganckiej rezydencji przy św. Jana) i trzęsie nim solidnie, ale w duszy gra jej nutka detektywistyczna, uruchomiona podczas Czytaj dalej „Profesorowa Szczupaczyńska znów na tropie!”

My, pielgrzymi z Hyperiona. Dan Simmons.

Jeszcze w pięknych czasach sierpniowo-wakacyjnych zdarzył mi się wyjazd, z którego wróciłam z całą listą poleconych książek. Listę ową powoli przerabiam, błogosławiąc Jagiellonkę za przepastne zasoby. Kolejną pozycją na liście okazał się „Hyperion” Dana Simmonsa, kultowa już powieść otwierająca cykl „Hyperion Cantos” (były nagrody, były wyróżnienia, Hugo, Locus i inne takie). Samego Simmonsa znałam już z jego nowszej powieści, „Drood”, mroczno-prześwietnej książki nurzającej się w czasach Dickensa. Sam „Hyperion” kołatał mi się po głowie jako Czytaj dalej „My, pielgrzymi z Hyperiona. Dan Simmons.”

Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści

Pamiętacie Jhumpę Lahiri, niezwykłą pisarkę-właściwie-bez-ojczystego-języka? Jej cudownie osobista historia miłości do języka włoskiego ogromnie mnie zafascynowała, toteż błyskawicznie doszłam do wniosku, że muszę poznać także poprzednie, prozatorskie dokonania Lahiri. Pierwotnie zasadzałam się na przekład (kilka jej książek, w tym „Tłumacz chorób” oraz „Imiennik” doczekały się już polskiego wydania), niemniej niezawodna jak zawsze Natalia, sprawczyni całego zamieszania, zaopatrzyła mnie była w oryginał.

Podróże i odkrywanie nowych miejsc patronują „Interpreter of Maladies”, Czytaj dalej „Jhumpa Lahiri i jej most pełen opowieści”

Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy czytałam jakąś powieść Moersa – acz musiało być to dawno temu, w błogich czasach nastoletnich – pamiętam natomiast szczery zachwyt nad światem, który zaludniają trudniące się pisarstwem smoki, znakomicie walczące wolpertingi, przepowiadające przyszłość przeraźnice i masy innych, mniej lub bardziej podejrzanych stworzeń. Niemniej jak Camonia długa i szeroka, nie ma drugiego tak wspaniałego miasta, jak Księgogród. Już sama nazwa znamionuje Raj Ostateczny: metropolia niczym Czytaj dalej „Smoki, miasta, książki, czegóż chcieć więcej?”

Dzieła zebrane #18

Tak się składa życiowo, że październik i listopad to są wymarzone miesiące na konferencje, sympozja i inne akademickie zjazdy i przyjemności, więc od jakich trzech tygodni żyję głównie konferencjami, organizując, występując, ogarniając i modląc się po cichu o szczęśliwe zakończenie tych wszystkich przygód. Ale, szczęśliwie, trochę czasu na czytanie też się znajduje (znalazła się też chwilka, dosłownie chwilka, na sprint przez Targi Książki, było owocnie!). Dwa krótkie #dziełazebrane mam dla Was dzisiaj zatem!

„Fioletowy hibiskus” Chimamanda Ngozi Adichie

Odkąd „Amerykaana” wbiła mnie w fotel, postanowiłam nadrobić prozę Adichie, nie tylko dlatego, że ta konkretna powieść szalenie mi się podobała, ale też dlatego, że literacka Nigeria to wciąż dla mnie raczej terra incognito i chciałabym poczytać więcej w temacie. Ustawiłam się więc w kolejce bibliotecznej i wreszcie jest, debiut Chimamandy z 2004 roku, czyli „Fioletowy hibiskus”.

Drobiazgowo zaplanowana codzienność nastoletniej Kambili uwzględnia głównie naukę i modlitwę. Surowy i bardzo pobożny ojciec, stawiany przez proboszcza za wzór dla całej parafii, trzyma całą rodzinę bardzo krótko, jednocześnie zapewniając im luksusowe warunku życia – Kambili, jej brat Jaja i ich zastraszona matka nie muszą się martwić o brak jedzenia, przerwy w dostawach prądu, wody czy gaz w butlach do gotowania. Ale pod płaszczykiem dobrobytu kryje się terror równie przerażający, jak ten panujący w rozgrywkach wojskowych i politycznych Nigerii lat 90-tych. Kambili dopiero w konfrontacji ze światem poza domem – choćby dzięki wizytom u ciotki – zaczyna rozumieć, że istnieje alternatywa dla jej dotychczasowego życia. Życia, które właśnie zaczyna walić się gruzy.

Z jednej strony jestem zafascynowana, zarówno tą plastycznością opisu Nigerii z czasów militarnej dyktatury, jak i niezwykłymi postaciami, ale z drugiej strony zaraz po skończeniu książki miałam wrażenie, że opowieść została dość brutalnie urwana, a napięcie i klimat pieczołowicie budowane przez prawie dwieście stron pękły jak bańka mydlana. Niemniej doszłam do wniosku, że chyba właśnie o to chodzi, o pokazanie tej gwałtowności, kiedy bezpieczny (pozornie) świat w ułamku sekundy potrafi runąć i nigdy już nie wrócić do dawnej równowagi. Pękanie dotychczasowego porządku obserwujemy w skali makro – wydarzeń krajowych – jak i mikro, w rodzinie Kambili, a wszystko w naprawdę króciutkiej, ale nasyconej opowieści. Innymi słowy, Chimamanda Ngozi Adichie znów na tak.

dziela
Tulipany w ramach ilustracji.

„Kobiety z ulicy Grodzkiej. Hanka” Lucyna Olejniczak

Mama-Malita pożyczyła mi dwa tomy cyklu o kobietach z ulicy Grodzkiej (opowieść kobieco-krakowsko-historyczna) ze słowami „idealne do tramwaju”. Raczej niewielkie objętościowo książki Olejniczak traktują o kobietach powiązanych z Franciszkiem Bernatem, właścicielem apteki przy ulicy Grodzkiej, a wszystko zaczyna się w Krakowie, Anno Domini 1890. Tom pierwszy, choć nosi tytuł „Hanka”, opowiada przede wszystkich o córce Hanki i rzeczonego aptekarza, Wiktorii – którą przy narodzinach podmieniono z urodzoną tego samego dnia zmarłą córką prawowitej pani aptekarzowej. Sama Hanka, wydając ostatnie tchnienie, przeklęła swego dotychczasowego chlebodawcę… i jednocześnie, nieświadoma zamiany noworodków, swoją własną córkę. Wiktoria dorasta zatem jako prawowita Bernatówna i mimo oschłości ojca, rychłej śmierci przybranej matki i nieprzyjemności ze strony macochy wyrasta na dziewczę dobre, pogodne, pracowite i oczywiście urodziwe. Cierpliwie opiekuje się swymi braćmi, pomaga biednym i marzy o pracy w ojcowskiej aptece, ale klątwa rzucona przez jej rodzoną matkę wciąż wisi nad rodziną Bernatów…

Szczerze mówiąc, nie była to najlepsza książka na świecie. Kraków przełomu wieków odmalowywano już tyle razy, że trzeba naprawdę wyjątkowej prozy (ach, pani Szymiczkowa!), żeby się jakoś wyróżnić. Ale mniejsza o Kraków, mniejsza o raczej szkolny styl, ale płytkości bohaterów nie potrafię darować. Ot, choćby Franciszek Bernat jest tak do szczętu zły (morderca, gwałciciel i pedofil, naprawdę trudno znaleźć jakąkolwiek jego zaletę), a Wiktoria tak doskonała (nawet myje się regularnie, w przeciwieństwie do innych bohaterek), że trochę boli przy czytaniu. Acz jednego tej powieści odmówić nie można – faktycznie jest idealna do tramwaju. Moje dziewięć przystanków minęło nie wiedzieć kiedy!

PS. Mamie-Malicie, oczywiście, za pożyczenie dziękując!