Dzieła zebrane #17

Jak wiadomo, nic nie działa skuteczniej na jesienną pluchę-szaruchę niż kocyk, herbata i książka. Co prawda ideałem byłoby znalezienie jeszcze trzy kilo czasu na te remedia (powinni zacząć dodawać do każdej książki kilka godzin czasu w bonusie!), niemniej po troszeczku, po kawałeczku – czyta się. Gatunkowo – czyta się fantastycznie.

„Zgnilizna” Siri Pettersen

Tom drugi trylogii “Krucze Pierścienie” Siri Pettersen przenosi nas wraz Hirką bezogoniastą do nowego świata, w którym można zachowywać obrazy i dźwięki na zawsze, rośliny są zupełnie inne, niż w Ym, a obłe pojazdy mkną gładkimi drogami z niepojętą szybkością. Innymi słowy, do Europy Anno Domini 2008. I jeśli Hirka myślała, że opuszczając Ym, podjęła dobrą decyzję… cóż, nowy świat okazuje się być chyba jeszcze bardziej niebezpieczny niż ojczysty, nie mówiąc o tym, że dziewczyna trafia w sam środek konfliktu sięgającego czasów pradawnych. Hirka mierzy się z coraz to nowymi wyzwaniami – i chodzi nie tylko o poszukiwania własnej tożsamości, ucieczkę przed nowymi prześladowcami, ale i o nieustanną tęsknotę za domem. I za Rimem.

Sapkowski w swoim słynnym „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” definiował urban fantasy jako „elfy w Central Parku”. I właśnie ja tych elfów w Central Parku to jednak nie bardzo. Owszem, Pettersen trzyma poziom, połknęłam „Zgniliznę” w jeden długi wieczór (choć akurat nie brzmi to zbyt bezpiecznie), ale mariaż jakiegokolwiek fantastycznego świata z naszym realnym światem (czy przypominającym ten realny do złudzenia) to jednak nie jest to, co lubię najbardziej. Co innego odkrywanie podwójnego dna (vide metro w Londynie, jak u Gaimana!), ale przekraczanie granic w tę i z powrotem… niekoniecznie. Chętnie przeczytam tom trzeci, ale jednak wolałam, jak wszystko było bezpiecznie zamknięte w Ym.

Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.
Zdjęcie porównawcze nie oddaje tej Bastionowej objętości, niestetyż.

„Bastion” Stephen King

Czyli co by było, gdyby ktoś przypadkiem upuścił fiolkę ze śmiercionośną zarazą? Zagłada. Apokalipsa. Porażający odsetek ludzkości umiera na grypopodobną chorobę. Bęc! Jak to pięknie ujęto na okładce, „ktoś kichnął, ktoś umarł i nagle Ziemia staje się masowym grobem”. W Naprawdę Bardzo Grubej Powieści mistrz horroru i dreszczyków wywoływania przedstawia historię wpierw śmiercionośnego rozwoju choroby, a potem wszystkich tych spraw, z którymi muszą mierzyć się ocalali. Bo, rzecz jasna, jedni chcą spokojnie egzystować, a inni wręcz przeciwnie. Jedni tworzą demokratyczną Wolną Strefę, inni zdobywają władzą absolutną i krwawymi metodami zdobywają posłuch. I, rzecz jasna, ci drudzy zasadzają się na tych pierwszych.

Ja u Kinga jednakowoż najbardziej cenię tę obyczajową warstwę powieści – jest w tym naprawdę znakomity. To nie ten czynnik fantastyczny  (i nie mam tu ma myśli li i jedynie supernowoczesnej broni biologicznej, która zapoczątkowała całą historię), ale czynnik ludzki czyni z tej książki coś naprawdę zacnego. Otóż bohaterowie muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości (w podwójnym znaczeniu, nie tylko oswoić ten postapokaliptyczny świat, ale fizycznie odszukać się nawzajem), zastanowić się, co ze sobą w tej sytuacji zrobić, jakimi prawami obłożyć nowe życie w społeczności, jak zorganizować władzę, logistykę, dystrybucję wszystkiego, co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Oglądamy ten spektakl zagłady oczami wielu postaci, poznając ich marzenia, lęki i słabostki. Całość – imponująca.

Na marginesie – to jest chyba najgrubsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Bije „Mgły Avalonu” Marion Zimmer Bradley o jakieś 120 stron.

PS. Podziękowania się należą, koniecznie! Wiol za „Zgniliznę”, Ethlenn za „Bastion”. Arigatou!