Bal w skutki brzemienny, czyli Belgravia

Nie dalej jak w poniedziałek dokumentowałam moje radości z nadejścia poczty, od razu zresztą zabrałam się do czytania. Król Małżonek nawet nie musiał sprawdzać, w której książce tkwi zakładka. „Ech, ty arystokratko…”, stwierdził, czytając opis na okładce „Belgravii” Juliana Fellowesa. Cóż poradzić, zawsze miałam tendencje szlachecko-rojalistyczne. A Fellowes, znany i zachwalany jako scenarzysta „Downtown Abbey”, trzyma się tych arystokratycznych klimatów, aczkolwiek w swojej powieści wędruje nieco wcześniej niż w sezonach słynnego serialu.

Są bowiem takie wieczory i takie przyjęcia, które pozostają niezapomniane mimo upływu lat. Tak było z balem, który w pewien czerwcowy wieczór wyprawiła w Brukseli księżna Richmond. „Wieczór tańcujący. 15 czerwca 1815. Powozy od trzeciej. Tańce od dziesiątej” głosił biały kartonik, bilecik upragniony przez wielu szlachetnie urodzonych i do arystokracji aspirujących. Tych pierwszych reprezentuje choćby siostrzeniec gospodyni, Edmund wicehrabia Bellasis, a tych drugich rodzina Trenchardów – a dokładniej jej głowa, James Trenchard, zwany „Magikiem”, główny dostawca księcia Wellingtona. Napoleon nadciąga, armia potrzebuje zaopatrzenia, a kolejna bitwa wydaje się nieunikniona. Richmondowie wydają jednak bal, w ramach towarzyskiej rozrywki (pół londyńskiej śmietanki zjechało do Brukseli) i demonstracji angielskiej zimnej krwi. Wielu gości prosto z imponującego pałacu wyruszy na pole bitwy – do Quatre-Bras, a potem gdzieś w rejon małego miasteczka, zwanego Waterloo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/8/8b/The_Duchess_of_Richmond%27s_Ball_by_Robert_Alexander_Hillingford.jpg
Bal zdarzył się naprawdę, ja mam dowody, Robert Hillingford w 1870 roku namalował.

Ów czerwcowy wieczór okaże się wyjątkowo brzemienny w skutki i obydwie rodziny –  familia Bellasisów oraz familia Trenchardów – będą go wspominać przez długie lata. Ba, nie tylko oni, bowiem bal przejdzie do legendy! Niemniej, u Fellowesa ten jeden wieczór to tylko wstęp do właściwej akcji, u progu panowania młodej królowej Wiktorii, kiedy to znów będziemy mogli śledzić losy obydwu rodzin w rozbudowującym się Londynie. Dokładniej, w wypełnionej białymi kolumnami dzielnicy Belgravia, w której wyniosłe arystokratyczne rody sąsiadują z bogatymi nuworyszami. A zdarza się czasem, że jednych i drugich łączy pewien sekret, który może rzucić cień na reputację co poniektórych. Podzielenie się tym sekretem uruchamia cały kołowrót intryg, miłości, zdrad i zemsty, a taki kołowrót ciężko zatrzymać bez strat własnych…

Doświadczyłam wzlotów i upadeczków przy lekturze – zaczyna się naprawdę dobrze, potem ta część londyńska jakoś się powoli rozkręca, ale końcówkę czytałam z wypiekami do późnej nocy. Fellowes potrafi odmalować klimat epoki: te przyjęcia, herbatki, zaproszenia, obyczaje panów i służby (zaraz mi się przypomniały posiedzenia w kuchni u Granthamów!), ach, mogłabym o tym czytać i czytać bez końca. Przepadam za takimi opowieściami (uczciwszy absurdalność tamtejszych obyczajów, rzecz jasna). Autor żongluje nazwiskami postaci historycznych: ówczesnych polityków, architektów, malarzy… nazwiskami może niekoniecznie znanymi polskiemu czytelnikowi, stąd tłumaczka, Anna Bańkowska, zapewniła dużo przypisów, dookreślających, kto zacz. Bardzo dużo. Osobiście uważam, że przypisy wyjaśniające są w powieściach raczej niepotrzebne – kto wie, ten się irytuje, że mu tłumaczą, a kto nie wie, ten albo rzecz przeskoczy, albo sprawdzi w internetach – za wyjątkiem nieprzetłumaczalnych gier słownych, których nie da się zgrabnie obejść w inny sposób. Niemniej, co redakcja, to inny styl.

Nie zmienia to faktu, że „Belgravię” czyta się naprawdę dobrze. Grono bohaterów – ciężko wyróżnić tu jednego głównego – reprezentuje wszystkie stany i charaktery (od służby po hrabiów, od drani po anioły), w tle tętni mój umiłowany Londyn, dobro zwycięża, zło dostaje po łapkach. Jest, jak trzeba. I o to chodzi.

PS. A za egzemplarz „Belgravii” ślę podziękowania dla Pani Redaktor z wydawnictwa Marginesy – na białym kartoniku, niczym księżna Richmond.
PPS. Dodam jeszcze, że rzecz jest bardzo ładnie wydana, śliczna okładka!

One thought on “Bal w skutki brzemienny, czyli Belgravia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s