Małe życie w Nowym Jorku

Miesiąc.

Miesiąc temu niecały przeczytałam „Małe życie” Hanyi Yanagihary. Rzecz obsypaną nagrodami i nominacjami, gorąco dyskutowaną, wielbioną i nienawidzoną. Kiedy zabierałam się za czytanie, byłam przekonana, że będzie to opowieść o życiu przyjaciół, coś na kształt portretu pokolenia w tętniącym życiem Nowym Jorku. I może faktycznie tak wszystko się zaczyna, ale tak naprawdę to jest o czymś zupełnie innym.

A czemu miesiąc?
Bo to jest powieść, po której się trzeba pozbierać emocjonalnie.

Początkujący aktor Willem, inteligentny i zagadkowy Jude, ekscentryczny artysta JB oraz obrzydliwie bogaty i zagubiony Malcolm – czterej przyjaciele, nierozłączni od czasów studiów, zaczynają nowe życie w wielkim mieście. Stoją przez nimi różne wyzwania, pokusy, przeszkody i sukcesy, jak to w życiu bywa. Acz, choć opowieść Yanagihary zaczyna się os rozterek czterech osób, tak naprawdę jest historią głównie jednego z nich. Tego jednego, który wydawał się być zawsze ostoją, niezdolną do skruszenia i upadku.

http://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/zWhktkqTURBXy9kMmY4ZmIyOWY4NGQyZmFjOTliNGJlY2NlZGRjODc5My5qcGVnkpUDAM0DNs0JOM0FL5MFzQMgzQHC
Doskonała okładka.

Niektórzy zarzucają ośmiuset stronicowemu opus, że ciągnie się niemiłosiernie, a akcji jak na lekarstwo. Fakt, Yanagihara stawia bardziej na powolne (bardzo!) budowanie postaci, oddając głos coraz to nowym bohaterom, by dopiero pod koniec książki wyjaśnić, co tak naprawdę się stało i dlaczego. „Mały życie” nie płynie jednostajnym strumieniem, ale cofa się to i rusz w przeszłość. Przynosi kolejne retrospekcje, wraca do dzieciństwa Willa czy JB, ale przede wszystkim tłumaczy, kim jest Jude, wycofany i enigmatyczny, jak koszmarną tajemnicę w sobie kryje i co z tą tajemnicą poczną wszyscy ci, którzy usiłują być mu bliscy.

Całość jest po prostu wstrząsająca. Bezmiar ludzkiego okrucieństwa spowija „Małe życie”, pchając czytelnika w odmęty traumy i w te mroczne zakątki ludzkiej istoty, których wolelibyśmy nigdy nie oglądać. Teraz, z perspektywy tego miesiąca, zastanawiam się, czy nie było tego za wiele i za mocno (przyjęłam powieść Yanagihary w jeden dzień, zaledwie, więc miałam dawkę szokową), ale chyba właśnie o to chodzi. O eskalację katastrof i nieszczęść, wręcz o upajanie się traumą, o sprawdzanie, co będzie, jeśli dorzucimy bohaterowi jeszcze jedną tragedię, jeszcze jeden dramat życiowy. Jeśli autorka miała na celu przeczołganie emocjonalne czytających, to oklaski, w moim przypadku się udało koncertowo. Spać nie mogłam. Nie będzie żadną nowością, jeśli wyznam, że przeżywam książki, to rzecz wiadomo. Ale „Małe życie” to nieco większy kaliber w kwestii przeżywania.

Zasadniczo chcę przez to wszystko powiedzieć, że „Małe życie” to książka trudna i bardzo przykra, a Yanagihara co i rusz prowokuje do refleksji nad poczuciem własnej wartości (czy raczej: jego braku), relacjami międzyludzkimi i oczyszczającą (a może tylko pozornie?) rolą przyjaźni i miłości. Trudno powiedzieć, że byłam tą powieścią zachwycona – to znaczy jestem, ale określenie „zachwyt” niespecjalnie licuje z treścią tej książki.

To może jeszcze inaczej: „Małe życie” to książka znakomita. Po prostu warto.

PS. Być może będzie ekranizacja! Z tej okazji, trochę spoilerowo, zaproponowana przez magazyn GQ lista obsady. Zasadniczo, zgadzam się z każdą propozycją.

18 thoughts on “Małe życie w Nowym Jorku

  1. Wciąż się zastanawiam, czy to, że książka może mną wstrząsnąć jest dla mnie zaletą. Z jednej strony to właśnie emocji szukam, a z drugiej zastanawiam się, czy nieszczęścia, które ponoć dotykają bohaterów nie wydają się sztuczne? Czy nieznanie tej książki będzie dużą stratą?

    1. Mam dokładnie takie same przemyślenia. Czytam bardzo dużo reportaży i wiele z nich mną wstrząsnęło, ale to były wydarzenia prawdziwe, które przydarzyły się prawdziwym ludziom, i zostały opisane dla potomności, byśmy wyciągnęli wnioski. Przynajmniej ja to tak odbieram. Więc nie wiem, czy epatowanie przemocą (wiem, jakiego jest ona rodzaju, bo gdzieś wyczytałam) w zupełnie fikcyjnym świecie, w odniesieniu do zupełnie fikcyjnego bohatera, ma jakiś sens…? Przeczytałam sobie pierwszych kilka stron tej książki na Amazonie i zniechęcił mnie styl, coś mi po prostu nie grało i stwierdziłam, że nie mam ochoty dalej czytać. Potem poczytałam recenzje, które są bardzo spolaryzowane, i doszłam do wniosku, że jak już mam szukać wstrząsających historii, to poczytam sobie o ludobójstwie w Rwandzie, bo to się zdarzyło naprawdę, niedawno, i do tego jeszcze przyszło mi w tym kraju mieszkać i obcować z ludźmi, którzy to przeżyli. Podoba mi się Twoje pytanie Tigerlily: czy nieznanie tej książki będzie dużą stratą? No właśnie, czy jak jej nie przeczytam, to ominą mnie wrażenia i emocje, których nie doświadczę czytając reportaże o tego typu przemocy ?

      1. Ja reportaży czytam niewiele, więc trudno mi porównywać – ale fakt, w przypadku fikcyjnego bohatera zawsze można ukoić się myślą, że to tylko powieść (choć podobne przypadki dzieją się wszak na planie jak najbardziej realnym…). Acz maestria Yanagihary polega na tym, że uwierzyłam w jej historię bez zastrzeżeń, nie mając wrażenia sztuczności – prędzej raczej przesady. Czy warto? Jako się rzekło, tak. Czy nieznanie będzie stratą? Tak, ale tak samo, jak stratą będzie nieznanie doskonałego reportażu o Rwandzie. Byłabym tu zatem za opcją maksimum, czyli czytamy i to i to… tylko może nie jedno po drugim, bo to już by było za dużo przeżyć.

      2. No tak, wszystko zależy, czego oczekujemy od literatury, jakiś przeżyć i emocji. Może za jakiś czas, jak już ten cały szum wokół „Małego życia” trochę ucichnie, jednak przeczytam. Nie chcę wpaść w pułapkę posiadania opinii o czymś, czego sama nie poznałam, a tylko coś o tym słyszałam/czytałam :)

      3. A to na pewno najlepiej spróbować samemu ocenić :) mnie jakoś ten szum ominął – to znaczy, wiedziałam, że się dzieje i że jest dużo dyskusji, ale się nie chciałam zagłębiać, zanim nie przeczytam.

      4. Kurczę, mój komentarz jest jakiś niezborny, a na trzeźwo pisałam ;) Miało oczywiście być „wszystko zależy OD TEGO” oraz „JAKICH” przeżyć :D Mnie Amazon cały czas wciskał tę książkę, potem zaglądam na stronę The Guardian na przykład, a tam ileś recenzji, to samo w NYT itd. Bałam się zajrzeć do lodówki ;) Myślę, że dam jej szansę – kiedyś, jak już wszyscy przeczytają ;)

  2. W jeden dzień?! Tak się da? Nie mówię o czysto fizycznym aspekcie, bo gdyby się pospieszyć… ale Yanagiharę i „Małe życie” w jeden dzień? Doskonale rozumiem, dlaczego czekałaś aż miesiąc.
    A z Twoimi spostrzeżeniami się zgadzam, co tylko podkreśla wieloaspektowość tej książki. Bo, owszem, było za dużo i za mocno, ale może właśnie ten literacki eksperyment miał coś uzmysłowić – okrutnie, ale skutecznie. Zapewne też pozostałbym dłużej w osłupieniu, gdyby mnie autorka w pewnym momencie tym dramatyzmem nie przesyciła. Tylko że nie mogąc się z Tobą nie zgodzić, chyba tylko potwierdzam, jak dobra jest to książka; mimo większych lub mniejszych zachwytów.

    1. Tak, to chyba było za mocne uderzenie, ale naprawdę chciałam wiedzieć, jak to się skończy… no i mam.
      Iii chyba właśnie na tym polega wielkość literatury – że każdy może z niej wyciągnąć coś innego, inny aspekt go dotknie, inaczej go zrozumie. A z „Małego życia” można czerpać całymi garściami.

  3. Ojej, ojej, ojej, najpierw Secrus z Tramwaju, teraz Ty. Coraz bardziej i bardziej żałuję, że nie kupiłam tego „Małego życia”, jak znalazłam po angielsku w tej miniaturowej księgarence na Stradomiu. Chyba się tam przejdę wkrótce i sprawdzę, czy ciągle jest. A nóż się da jeszcze sprowadzić?

  4. Ha! Ja też jestem już miesiąc po przeczytaniu „Małego życia’ i dopiero teraz zbieram się do pisania swojej opinii, bo dopiero teraz jako-tako się po lekturze pozbierałam. Żadna lektura mnie jeszcze tak emocjonalnie nie wykończyła.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s