Ganbare. Po prostu.

Przyznaję z miejsca, że kiedy przychodzę do kogoś w odwiedziny i dostrzegam książki, to zaraz idę przyjrzeć się z bliska. Kartkuję, wybieram, pożyczam. I gdy odwiedziłam w zeszłym tygodniu myszkovską (i opracowałyśmy plan nadrabiania klasyki fantastyki), na wierzchu leżało „Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Tej książki akurat pożyczyć nie mogłam, ale przeczytałam pół na miejscu. Tylko pół, ale nie dlatego, że nie miałam czasu, tylko dlatego, że to nie jest książka do czytania na raz.

Zasługuje na więcej.

Choć raczej rzadko czytam reportaże, to dla tych okołojapońskich robię wyjątek. A w tym przypadku Katarzyna Boni postanowiła zmierzyć się z szalenie trudnym tematem, trudnym także dlatego, że wciąż tak bardzo świeżym. Choć od 11 marca 2011 minęło już ponad pięć lat, to skutki tamtych wydarzeń widać do dzisiaj. Ot, obrazek: jedna sosna została z lasu przy mieście Rikuzentakata, zmiecionego przez bezlitosne fale. Ot, obrazek: czarnej worki zalegające wszędzie w Fukushimie. Wypchane są skażoną ziemi, której nie da się odkazić, trzeba są po prostu zapakować i wywieźć. Te dwa obrazki symbolizują dwie wielkie tragedie: bo w marcu 2011 zdarzyło się to nie tylko tsunami, potężny żywioł niszczący wszystko, co napotka, ale i awaria w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. Aha, ten ryż, co leży na półmisku, pochodzi właśnie z Fukushimy, przeszedł wszystkie atesty. Ale… czy zjesz ten ryż?

Nie tylko tsunami, nie tylko elektrownia, ale także rzut oka na współczesną Japonię – oto, co proponuje autorka. Opisuje tytułowe warsztaty umierania, szamanki itako kontaktujące się z duchami, Godzillę i nowy, atomowy bestiariusz japoński. Niemniej, rzecz tworzy bardzo spójną całość, delikatnie krążąc wokół wszystkiego, co związane ze śmiercią i tragediami do niej prowadzącymi.

„Ganbare!” (がんばれ!) to japoński okrzyk oznaczający „Dasz radę!”. Wyraża poparcie i zachętę, dodaje otuchy komuś innemu… albo samemu sobie. Ale granica pomiędzy „ganbare dam radę” a  „ganbare próbuję, ale nie dam rady, nie śmiem jednak prosić o pomoc” jest zwodnicza i cienka. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy została przekroczona

Boni przyjęła doskonałą strategię – w większości mini-rozdziałów opiera się na pojedynczych historiach pojedynczych Japończyków i ich bliskich. Nie od dziś wiemy, że anonimowe dziesiątki, setki, tysiące cierpiących ofiar robią zupełnie inne wrażenie niż opowieść jednego ocalałego, który nie ogłosił śmierci swojej córki – a dostałby przecież odszkodowanie – bo chce, by „brakująca jedynka przy nazwie miasta” przypominała o tym dniu. Krótkie, oszczędne w słowach, ale jednak nabrzmiałe emocjami opowieści Boni potrafią przeniknąć głęboko, głęboko do środka i solidnie zakołysać naszym własnym ukontentowanym poczuciem spokoju.

Bo całokształt jest po prostu wstrząsający.

To nie jest książka do przeczytania na raz.
Za dużo nieszczęścia w sobie kryje.

PS. Okładka jest po prostu idealna. Oklaski!

2 thoughts on “Ganbare. Po prostu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s