Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i2.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

3 thoughts on “Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

  1. Po pierwsze, książkę ustrzeliłaś świetną i ja już jestem kupiona. Smoki zawsze na propsie, szczególnie, jeśli zamiast „Eragona” przywołujesz Szczerbatka, „Grę Endera” i „Harry’ego Pottera” ;)

    Po drugie, miałam komentować na fejsksiążce, mój komentarz odnośnie „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini”. Gdy w gimnazjum miałam największą jazdę na odkrywanie fantastyki i trafiłam na to kompendium wiedzy, byłam absolutnie zafascynowana i zaczęłam traktować je jako prywatną biblię. Przepisałam sobie na komputerze całą listę i wydrukowałam, a potem łaziłam do biblioteki i wyszukiwałam tytuły. Chłonęłam co się dało i bardzo sobie cenię chociażby Ursulę Le Guin, którą odkryłam dzięki temu spisowi, ale wreszcie trafiłam na książkę, która mój dziecinny jeszcze móżdżek mocno skrzywiła i już więcej nie sięgnęłam do kolejnej pozycji. To była chyba „Córka żelaznego smoka” czy coś takiego. Nie było w ogóle smoków, za to było coś z molestowaniem i obozem pracy dzieci. Nie polecam, 2/10.

    Teraz jak wracam pamięcią do „Rękopisu…”, stwierdzam jednoznacznie, że to po prostu fantastyka wg Sapkowskiego, koniec kropka, a kto się nie zgadza, niech nosi piwo, bo się nie zna. Obok olbrzymiej dawki podstawowej i głębszej wiedzy fantastycznej, to bucówka z góry do dołu.

    A do „Kronik Amberu” bym decydowanie wróciła. Za młoda byłam, żeby to zrozumieć, a polskie tłumaczenie nie pomagało. Teraz się szykuje serial podobno? :>

    Powodzenia w queście!

    1. Uau!
      Po pierwsze, tak! „Eragona” czytałam dość późno i raczej… cóż… nie zachwycił, tak to ujmijmy, nawet nie skończyłam cyklu. A Szczerbatek to moje wymarzone zwierzątko domowe.
      Po drugie, gimnazjum to chyba była taki ogólny około-fantastyczny okres, miałam mocną fazę na czytanie wszystkiego, co wpadło w łapki, ale w pewnym momencie zapał po prostu siadł. Choć nie miałam żadnych doświadczeń w stylu „Córki żelaznego smoka” (albo wyparłam i nie pamiętam, że miałam). A bucówkę Sapkowskiego teraz też lepiej widzę niż te naście lat temu, zdaję sobie z niej sprawę i biorę z całym dobrodziejstwem inwentarza (a ten fragment z noszeniem piwa serdecznie mnie bawi aż do dziś).
      „Kroniki Amberu” faktycznie będą ekranizowane serialowo i głównie dlatego przypomniałam sobie o całej liśćie, chciałabym zdążyć przed emisją ;) więc dzięki, przyda się!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s