Kupiec wenecki mieszka w Złotym Trójkącie

Pamiętacie „Projekt Szekspir”, czyli współcześni autorzy opowiadają na nowo historie znane dzięki dramaturgowi wszech czasów? Zaczęło się od świetnej „Zimowej opowieści” w wydaniu Jeanette Winterson, zdążyły ukazać dwie kolejne książki, a ja wciąż nie miałam okazji nadrobić. Choć miałam większą ochotę na „Poskromienie złośnicy” pióra Anne Tyler, to postanowiłam chronologicznie, ciągiem wydania, przeczytać inspirowaną „Kupcem weneckim” powieść Howarda Jacobsona, czyli „Shylock się nazywam”.

Howard Jacobson wydaje się być idealnym autorem do podjęcia się ponownego opowiedzenia szekspirowskiej historii – nawet nie tylko dlatego, że doskonale zna dzieła mistrza ze Strafordu, ale że w swoich własnych, pełnych humoru dziełach portretuje brytyjskich Żydów (sam się określa czasem jako „żydowska Jane Austen”). I właśnie w Wielkiej Brytanii czasów współczesnych umieszcza akcję opowieści o Shylocku, Strulovitchu, ich córkach i żonach oraz o Annie Livii Plurabelle Kleopatrze Co Piękne Cieszyć Nigdy Nie Przestanie Christine Shalcross (tak, to Porcja) wraz z jej kolorowym towarzystwem. Miłości, romanse, przyjaźnie, pozyskiwanie tychże oraz pozyskiwanie dzieł bardziej materialnych, sztuka, poszukiwanie tożsamości i definiowanie wciąż na nowo bycia Żydem i… bycia ojcem – o tym właśnie pisze Jacobson, raczej luźno sięgając do XVI-wiecznego pierwowzoru.

We współczesnej historii Shylocka zabrakło szekspirowskiego wstępu – tak sprytnie zaproponowanego przez Winterson. Z grubsza pamiętam, o co chodziło we właściwym „Kupcu weneckim”, ale krótkie podsumowanie na początku wydaje się całkiem zasadne. I tak, wiem, przecież można sprawdzić w internecie. Nie zawsze się jednak ma dostęp, prawda? Ergo dopiero po powieści odświeżyłam sztukę i od razu kilka puzzli wskoczyło na swoje miejsce w mojej głowie – choćby wątek z funtem ciała, który w Jacobsonowskiej wariacji na temat staje się pewną kluczową częścią męskiego organizmu (ciepło, ciepło, ale nie do końca, drodzy domyślni).

Co myślę o tejże wariacji? Podchodziłam trzy razy, bo tu nie można się było skupić na czytaniu, potem trzeba było wyjechać na tydzień i nie mogłam wziąć Shylocka ze sobą, a jak się zabrałam po powrocie, to z roztargnienia zostawiłam książkę u Mamy-Mality i znowu musiałam sobie przypominać… może to właśnie dlatego trudno było się wciągnąć. Zaczęło się wspaniale: „To jeden z tych lutowych dni na północy Anglii, kiedy człowiek wolałby nie żyć; ciasny prześwit między ziemią a niebem przypomina szparę na listy, a samo niebo jest bezmiernie banalne”. Potem, owszem, bywało błyskotliwie (zwłaszcza, gdy Plury/Porcja osobiście wymyśla próby celem odnalezienia idealnego kandydata, tylko szkatułki zastępuje samochodami), niemniej koniec końców po prostu zmuszałam się do doczytania całości. Mam wrażenie, że trochę zawiniło to zaczynanie powieści na raty, a trochę to, że poczucie humoru Jacobsona nie bardzo współgra z moim własnym. Tym razem – bez zachwytów.

PS. Mama-Malita Shylocka zapewniła!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s