Ganbare. Po prostu.

Przyznaję z miejsca, że kiedy przychodzę do kogoś w odwiedziny i dostrzegam książki, to zaraz idę przyjrzeć się z bliska. Kartkuję, wybieram, pożyczam. I gdy odwiedziłam w zeszłym tygodniu myszkovską (i opracowałyśmy plan nadrabiania klasyki fantastyki), na wierzchu leżało „Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Tej książki akurat pożyczyć nie mogłam, ale przeczytałam pół na miejscu. Tylko pół, ale nie dlatego, że nie miałam czasu, tylko dlatego, że to nie jest książka do czytania na raz.

Zasługuje na więcej.

Choć raczej rzadko czytam reportaże, to dla tych okołojapońskich robię wyjątek. A w tym przypadku Katarzyna Boni postanowiła zmierzyć się z szalenie trudnym tematem, trudnym także dlatego, że wciąż tak bardzo świeżym. Choć od 11 marca 2011 minęło już ponad pięć lat, to skutki tamtych wydarzeń widać do dzisiaj. Ot, obrazek: jedna sosna została z lasu przy mieście Rikuzentakata, zmiecionego przez bezlitosne fale. Ot, obrazek: czarnej worki zalegające wszędzie w Fukushimie. Wypchane są skażoną ziemi, której nie da się odkazić, trzeba są po prostu zapakować i wywieźć. Te dwa obrazki symbolizują dwie wielkie tragedie: bo w marcu 2011 zdarzyło się to nie tylko tsunami, potężny żywioł niszczący wszystko, co napotka, ale i awaria w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi. Aha, ten ryż, co leży na półmisku, pochodzi właśnie z Fukushimy, przeszedł wszystkie atesty. Ale… czy zjesz ten ryż?

Nie tylko tsunami, nie tylko elektrownia, ale także rzut oka na współczesną Japonię – oto, co proponuje autorka. Opisuje tytułowe warsztaty umierania, szamanki itako kontaktujące się z duchami, Godzillę i nowy, atomowy bestiariusz japoński. Niemniej, rzecz tworzy bardzo spójną całość, delikatnie krążąc wokół wszystkiego, co związane ze śmiercią i tragediami do niej prowadzącymi.

„Ganbare!” (がんばれ!) to japoński okrzyk oznaczający „Dasz radę!”. Wyraża poparcie i zachętę, dodaje otuchy komuś innemu… albo samemu sobie. Ale granica pomiędzy „ganbare dam radę” a  „ganbare próbuję, ale nie dam rady, nie śmiem jednak prosić o pomoc” jest zwodnicza i cienka. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, kiedy została przekroczona

Boni przyjęła doskonałą strategię – w większości mini-rozdziałów opiera się na pojedynczych historiach pojedynczych Japończyków i ich bliskich. Nie od dziś wiemy, że anonimowe dziesiątki, setki, tysiące cierpiących ofiar robią zupełnie inne wrażenie niż opowieść jednego ocalałego, który nie ogłosił śmierci swojej córki – a dostałby przecież odszkodowanie – bo chce, by „brakująca jedynka przy nazwie miasta” przypominała o tym dniu. Krótkie, oszczędne w słowach, ale jednak nabrzmiałe emocjami opowieści Boni potrafią przeniknąć głęboko, głęboko do środka i solidnie zakołysać naszym własnym ukontentowanym poczuciem spokoju.

Bo całokształt jest po prostu wstrząsający.

To nie jest książka do przeczytania na raz.
Za dużo nieszczęścia w sobie kryje.

PS. Okładka jest po prostu idealna. Oklaski!

Nadrabiam fantastyczną klasykę, więc smoki.

Jak już zeznałam na Wiadomym Portalu Społecznościowym, nadrabiam klasykę fantastyki. Nadrabiam zresztą od lat, podążając za listą ‘the best of’ Andrzeja Sapkowskiego z „Rękopisu znalezionego w smoczej jaskini” i nie jest źle, ale wciąż jeszcze kilometry stron przede mną (ale fajnie!) (stosowna kategoria blogowa: tuże). Co nie zmienia faktu, że zdążyłam już dzięki tejże liście odkryć całe mnóstwo świetnych powieści, jak choćby cykl o Alvinie Stwórcy lub wszystko, co napisał Guy Gavriel Kay. A ostatnio z myszkovską doszłyśmy do wniosku, że o wiele sympatyczniej będzie nadrabiać w duecie i ta spontaniczna myśl została błyskawicznie wprowadzona w czyn: ona nabyła „Kroniki Amberu” Rogera Zelaznego, ja pierwszy tom cyklu „Temeraire” Naomi Novik. Jeśli chodzi o mnie – strzał w dziesiątkę!

Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.
Tak się prezentuje początek listy w moim starym wydaniu.

Nigdy nie byłam fanką wojen napoleońskich – pamiętam, jak przed maturą z historii zanosiłam w głębi serca błagania do wszystkich wysokich instancji, by wypracowanie było na temat przednapoleoński – choć nie da się ukryć, że jest to okres szalenie inspirujący. Pomyślcie choćby o imponującym objętościowo cyklu o Richardzie Sharpie pióra Bernarda Cornwella. A jakby do tego całego zamieszania dokooptować smoki?

Świat stworzony przez Novik (tak, to ta pani od „Wybranej”!) do złudzenia przypomina nasz własny, z tą drobną różnicą, że już od tysięcy lat smoki stanowią zupełnie normalny element rzeczywistości. Od starożytnych Rzymian po współczesnych Chińczyków: wszyscy smoki hodują, trenują tudzież używają w celach przeróżnych, acz ostatnio najczęściej wojennych. W końcu sam Napoleon (i nie tylko on) dysponuje konkretnymi smoczymi oddziałami i potrafi je użyć podczas bitwy czy zwiadu. Ale taką bojową bestię trzeba najpierw odpowiednio wyszkolić, a przede wszystkim, ujarzmić – dzieje się to zaraz po wykluciu, gdy wybrany awiator nakłada smokowi uprząż. Wszystko świetnie, tylko co robić, kiedy akurat będąc na morzu przechwytujecie francuską fregatę, na której pokładzie znajduje się jajo gotowe do wyklucia, a do lądu jeszcze wiele dni rejsu? Z braku odpowiednio wykwalifikowanych osób, ktoś z załogi musi podjąć się dość niewdzięcznego zadania nałożenia smokowi uprzęży. Zrzędzeniem losu to kapitanowi HMS Reliant, Willowi Laurence’owi, przypada ten zaszczyt i tak oto staje się opiekunem smoka, któremu nadaje imię Temeraire. I tak się zaczyna…

Oczywiście okazuje się, że Temeraire jest stworzeniem niezwykłym, nawet jak na smoka. Will odkrywa jego liczne przymioty (a czytelnicy wraz z nim), hołubi, karmi, i wreszcie porzuca służbę w marynarce na rzecz brytyjskiego Korpusu awiatorów. Zarówno on sam, jak i Temeraire muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przyzwyczaić do rytmu treningów i różnych awiatorskich zwyczajów – i to przyzwyczaić w trybie pilnym, bo Napoleon już w natarciu. Będą szkolenia, akcje, bitwy i różne inne, bardziej towarzyskie przyjemności.

Tyle rzeczy mi się w tej książce podobało! Ale jak mam już wymieniać konkretnie, to osobiście bardzo lubię te fragmenty różnych narracji, w których bohater się czegoś uczy, uczęszcza do szkoły etc. – stąd moja sympatia do „Gry Endera” czy nauczenie się prawie na pamięć połowy „Córki marnotrawnej” Archera, nie wspominając już o pewnej Szkole Magii i Czarodziejstwa. Bardzo ciekawie zarysowano też środowisko awiatorów i różne społeczno-obyczajowe aspekty, które odróżniają opiekunów smoków choćby od ekipy służącej na morzu. Z kolei silna relacja, łącząca Willa i Temeraire’a przywołuje oczywiście przyjaźń Czkawki i Szczerbatka, znanych z książek Cressidy Cowell i arcyuroczych animacji, a to skojarzenie zawsze słuszne i rozczulające.

https://i0.wp.com/i.imgur.com/7UbDfrJ.gif
Spójrzcie tylko na niego.

Sam Will to przesympatyczna postać, prawdziwy żołnierz w służbie Imperium, a jednocześnie czuły i troskliwy smoczy przyjaciel. Codziennie czyta Temeraire’owi na dobranoc (też bym tak mogła) i uczy go ludzkiego spojrzenia na świat. Skądinąd smok ma solidne jakobińskie tendencje. Ta smoczo-ludzka przyjaźń to chyba najsolidniejszy wątek tegoż wybornego konceptu w wydaniu Novik. I tak się właśnie zadziało, że zaciekawiły mnie wojny napoleońskie – ale tylko w takim smoczym wydaniu. Czekam na więcej!

PS. Raz jeszcze gratuluję sobie i myszkovskiej znakomitego pomysłu wspólnego czytania. Brawo my.

Kupiec wenecki mieszka w Złotym Trójkącie

Pamiętacie „Projekt Szekspir”, czyli współcześni autorzy opowiadają na nowo historie znane dzięki dramaturgowi wszech czasów? Zaczęło się od świetnej „Zimowej opowieści” w wydaniu Jeanette Winterson, zdążyły ukazać dwie kolejne książki, a ja wciąż nie miałam okazji nadrobić. Choć miałam większą ochotę na „Poskromienie złośnicy” pióra Anne Tyler, to postanowiłam chronologicznie, ciągiem wydania, przeczytać inspirowaną „Kupcem weneckim” powieść Howarda Jacobsona, czyli „Shylock się nazywam”.

Howard Jacobson wydaje się być idealnym autorem do podjęcia się ponownego opowiedzenia szekspirowskiej historii – nawet nie tylko dlatego, że doskonale zna dzieła mistrza ze Strafordu, ale że w swoich własnych, pełnych humoru dziełach portretuje brytyjskich Żydów (sam się określa czasem jako „żydowska Jane Austen”). I właśnie w Wielkiej Brytanii czasów współczesnych umieszcza akcję opowieści o Shylocku, Strulovitchu, ich córkach i żonach oraz o Annie Livii Plurabelle Kleopatrze Co Piękne Cieszyć Nigdy Nie Przestanie Christine Shalcross (tak, to Porcja) wraz z jej kolorowym towarzystwem. Miłości, romanse, przyjaźnie, pozyskiwanie tychże oraz pozyskiwanie dzieł bardziej materialnych, sztuka, poszukiwanie tożsamości i definiowanie wciąż na nowo bycia Żydem i… bycia ojcem – o tym właśnie pisze Jacobson, raczej luźno sięgając do XVI-wiecznego pierwowzoru.

We współczesnej historii Shylocka zabrakło szekspirowskiego wstępu – tak sprytnie zaproponowanego przez Winterson. Z grubsza pamiętam, o co chodziło we właściwym „Kupcu weneckim”, ale krótkie podsumowanie na początku wydaje się całkiem zasadne. I tak, wiem, przecież można sprawdzić w internecie. Nie zawsze się jednak ma dostęp, prawda? Ergo dopiero po powieści odświeżyłam sztukę i od razu kilka puzzli wskoczyło na swoje miejsce w mojej głowie – choćby wątek z funtem ciała, który w Jacobsonowskiej wariacji na temat staje się pewną kluczową częścią męskiego organizmu (ciepło, ciepło, ale nie do końca, drodzy domyślni).

Co myślę o tejże wariacji? Podchodziłam trzy razy, bo tu nie można się było skupić na czytaniu, potem trzeba było wyjechać na tydzień i nie mogłam wziąć Shylocka ze sobą, a jak się zabrałam po powrocie, to z roztargnienia zostawiłam książkę u Mamy-Mality i znowu musiałam sobie przypominać… może to właśnie dlatego trudno było się wciągnąć. Zaczęło się wspaniale: „To jeden z tych lutowych dni na północy Anglii, kiedy człowiek wolałby nie żyć; ciasny prześwit między ziemią a niebem przypomina szparę na listy, a samo niebo jest bezmiernie banalne”. Potem, owszem, bywało błyskotliwie (zwłaszcza, gdy Plury/Porcja osobiście wymyśla próby celem odnalezienia idealnego kandydata, tylko szkatułki zastępuje samochodami), niemniej koniec końców po prostu zmuszałam się do doczytania całości. Mam wrażenie, że trochę zawiniło to zaczynanie powieści na raty, a trochę to, że poczucie humoru Jacobsona nie bardzo współgra z moim własnym. Tym razem – bez zachwytów.

PS. Mama-Malita Shylocka zapewniła!

A światłość wiekuista… czyli trylogia husycka vol. 3

https://i0.wp.com/fonopolis.pl/userdata/gfx/fa0887ea6867da15a0b95c49c79affd4.jpgJuż się dwa razy spowiadałam z audiobookowego odświeżania trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego (ergo był „Narrenturm” i byli „Boży bojownicy”), spowiadam się i po raz trzeci. Bo skończyłam. Z analogowej lektury trzeciej części lata temu pamiętałam właściwie tylko dwa momenty, które mnie zmierziły (i pewnie dlatego tak mi zapadły w pamięć), więc właściwie poza nimi spotkanie z ostatnią częścią trylogii było jak odkrywanie terra incognito. Dobre i to.

Moje ulubione ostatnio trio – Reynevan, Szarlej i Samson – nie znajduje wytchnienia, a każda próba wyrwania się z błędnego koła wojennych kampanii i osobistych wycieczek kończy się mniej lub bardziej spektakularną porażką. Reynevan zostaje pozbawiony ostatnich złudzeń okołopolitycznych (wiadomo, co wygrywa w starciu między ideą a ordynarnymi rozgrywkami politycznymi), a wojny husyckie wkraczają w krytyczną i ostatnią – my to wiemy, oni jeszcze nie – fazę. Odnalezienie ukochanej, zemsta na bezlitosnym i potwornym wrogu oraz ostatnia próba wdrożenia życiowych ideałów w wyjątkowo nieidealną rzeczywistość, zanim ogarnie nas światłość wiekuista – oto, proszę państwa, „Lux Perpetua”.

Muszę przyznać, że fabularnie jestem nieco obrażona na rozwój akcji, ale spoilerować nie śmiem (ja wiem, że w XXI wieku trudno uniknąć spoilerów, ale come on, ja ich nie cierpię i unikam ich rozprzestrzeniania). Ujmijmy to dyplomatycznie, że losy pewnych postaci, które lubiłam wyjątkowo, nie potoczyły się tak, jak sobie tego życzyłam. Ale to tak, jakby zarzucać George’owi R.R. Martinowi, że metodycznie wybija wszystkich po kolei…

Co nie zmienia faktu, że forma wykonania słuchowiska pozostaje wybitna – aż do bólu, bo co innego czytać o łamiących się kościach i wyciu męczonych ludzi, co innego mieć to w wersji efektów specjalnie dźwiękowych. Skądinąd, „Lux Perpetua” podtrzymuje krwawość tomu poprzedniego, ba, chyba nawet ją przebija – bezlitosność dowódców obydwu stron jest naprawdę przerażająca. Niemniej, po raz trzeci (ale już ostatni, obiecuję) zachwycam się rozmachem tej produkcji, jako że reżyseria Janusza Kukuły i muzyka Adama Skorupy tworzą klimat doskonały. Dodam tylko malutką łyżkę dziegciu, mianowicie interpretacja Pomurnika alias Birkarta Grellenorta w wydaniu Tomasza Marzeckiego jest wyjątkowo ekspresywna i momentami wydawała mi się w tej ekspresji przesadzona. Ale poza tym – klękajcie narody. Nawet w błotko gościńca między Frankensteinem a Ziębicami.

Tyle husytów, na razie. A audiobookowo zapodałam sobie – dla zmiany klimatu – „Pożegnanie  Afryką” Karen Blixen. Klasykę winno się nadrabiać!

PS. Tradycyjnie – wyrywki z planu, czyli jak nagrywano „Lux Perpetua” („bo musimy mieć, jak on odlatuje!” oraz dłuższy fragment w temacie („pochylone kopie i wrzask, żeby przestraszyć wroga”)

Dzieła zebrane #14

Siedzę z nosem w książce, jak wiadomo, nieustannie, ale są takie okresy w życiu, kiedy chce się czytać cały czas, są też i takie, w których raczej by się oglądało filmy/seriale. Chwilowo obowiązuje u mnie ten pierwszy (nie tylko dlatego, że szósty sezon „Gry o tron” już za nami), co cieszy z uwagi na stosy książków zalegające wszędzie. Znów wróciłam do formuły „jedna-książka-około-naukowa-lub-w-pracy-przydatna-tygodniowo”, co oznacza, że aktualnie odświeżam „Białą Boginię” Gravesa i pojękuję nad stylem autora, już abstrahując od treści. Ale, ale, dwa #dziełazebrane mam dla Was, jedno eseistyczne, jedno fantastyczne (w gatunku, nie w epitecie).

„Jak przestałem kochać design”  Marcin Wicha

https://www.karakter.pl/uploads/catalog/product/cover/77/small_WICHA__Jak_przesta_em_kocha__design_-_ok_adka_96_dpi.pngWicha prezentuje zbiór krótkich esejów na temat designersko-architektoniczno-społeczne, celnie punktując różne upadki i wzloty polskiego designu dawniej i dziś. Dla mnie najlepszy z nich to „Krótki kurs antydesignu”: autor, uczciwszy dokonania polskich projektantów na Wielkich Światowych Wystawach, pisze wprost: to nie Wielkie Wystawy, a codzienne drobiazgi decydują o jakości życia. Czy karty do głosowania są czytelne, czy elementarz szkolny jest „kolory do mdłości” czy nie, czy nie gubimy się zanadto w szaro-szarych polach wniosków PIT i oznaczeniach autostrad. Ale w Polsce, zauważa Wicha, takich rzeczy nie traktuje się jako design. „W Polsce design – spieszy z wyjaśnieniem autor – to sfera ludzkiej działalności polegająca na Rzucaniu Świata na kolana za Pomocą Dywanika z Filcu Inspirowanego Sztuką Ludową”.
No, nie powiem, coś w tym jest. Zwłaszcza jeśli idzie o wszelakie wnioski biurokratyczne.
A podsumowując całokształt: erudycyjny zbiór pełen wycieczek w czasy przeszłe i teraźniejsze, osobiste i mniej osobiste. Warto!

„Palimpsest” Catherynne M. Valente

Dawno, dawno temu, za czasów wspaniałej promocji -50% na Ucztę Wyobraźni, nabyłam dwie książki. Jedną z nich przeczytałam już długą chwilę, a fakt, że nie mogłam się zebrać do spisania wrażeń, już jest wielce znaczący. Niemniej – „Palimpsest” pióra Valente to pokręcona historia miasta znanego właśnie jako Palimpsest, które mieści się gdzieś w pół drogi miedzy snem a jawą, fantazją i najgorszym z koszmarów. Dostać się tam można tylko dzięki blizno-znamieniu z fragmentem mapy, i to w dodatku po przespaniu się z innym posiadaczem blizny. A w Palimpseście czekają spełnione marzenia, żywe znaki kanji, pociągi jak ze snu, i nic nie przychodzi tam bez bólu i śmierci.
Ujmijmy to tak: ja naprawdę lubię new weird, dziwaczne, pokręcone książki. Ale tutaj to jest już po prostu przerost osobliwości, za dużo, zbyt dziwacznie, zbyt pokręcenie. Przeczytałam do końca z poczucia obowiązku, ale ani świat nie zachwycił, raczej znużył, ani bohaterowie nie przyciągnęli. Rozczarowanie i smuteczek, otóż i dwie emocje po-palimpsestowe.

PS. A to pierwsze zapewniła myszkovska!
PPS. Przy okazji, jestem fanką okładki numer jeden.

 

Epidemia w kosmosie, czyli porywająca Grawitacja

Nic tak nie skraca czasu podróży, jak porządna powieść sensacyjna albo kryminał – wciągasz się w zagadkę, pędzisz przez kolejne rozdziały… i nagle trzeba wysiadać (pół biedy, jak się skończyło książkę, ale gdy zostaje 30 stron…)! W każdym razie, moje pierwsze spotkanie z Tess Gerritsen wypadło nad wyraz pomyślnie – a wszystko za sprawą powieści „Gravity”.

Tess Gerritsen, amerykańska pisarka i lekarka, słynie z thrillerów okołomedycznych, a mnóstwo jej powieści zostało wydanych po polsku, łącznie z rzeczoną „Grawitacją”. Co nie zmienia faktu, że czytanie  książek w oryginale owocuje z reguły poznaniem dużej ilości randomowych słówek – jak czytywałam Philippę Gregory, byłam na bieżąco z określeniami typu „joust”, czyli „turniejować” czy „her womb was barren”. Tym razem słówka techniczne, jak „to jettison” („wyrzucić  za burtę”) tudzież cała masa akronimów – nie na darmo NASA ochrzczono jako „National Acronym Slinging Agency”, w końcu ilość skrótów generowanych na potrzeby agencji jest nieprawdopodobna. Całe szczęście, że autorka wyposażyła nas w słowniczek na końcu książki, bo trochę by było ciężko (a tak to wiemy, że EVA to Extravernicular Activity, czyli spacer w przestrzeni kosmicznej, albo że ME oznacza Main Engines).

"Grawitacja" lewituje na tle zieleni.
„Grawitacja” lewituje na tle zieleni.

Ale o co chodzi? Ha, chodzi o kosmos! A dokładniej, o Międzynarodową Stację Kosmiczną, na którą właśnie przybyła zdolna lekarka, Emma Watson. Na Ziemi pozostawiła kota i prawie-byłego-męża, Jacka, również lekarza i niedoszłego astronautę. To miała być zwykła misja badawcza, ale ku zgrozie wszystkich zainteresowanych w stacji wybucha tajemnicza epidemia, siejąca spustoszenie wśród całej załogi. Dlaczego niewinne organizmy jednokomórkowe pobrane z dna morza zaczynają się zachowywać tak dziwacznie? Jak powstrzymać potworną chorobę, jak znaleźć na nią antidotum? Jak ocalić tych, którzy opierają się chorobie? Emma wspina się na wyżyny swoich możliwości, by rozgryźć przyczyny epidemii, a Jack i NASA próbują sprowadzić ją na Ziemię (Emmę, nie epidemię). Do sprawy miesza się wojsko, a zegar tyka…

Och, jakie świetne to było. Temat kosmosu znam bardziej z filmów niż książek (choć bywają wycieczki w stylu Mary Roach czy bardziej fantastycznie-naukowo, jak w przypadku Petera Wattsa), nie da się ukryć, że łatwiej i często bardziej spektakularnie jest obserwować lądowanie czy start jakiegoś wehikułu na ekranie — skomplikowanie takiego procesu i, cóż, raczej nieczęsty kontakt z nim na planie rzeczywistym sprawia, że trudno sobie go tak po prostu wyobrazić. Gerritsen opisuje kosmiczną rzeczywistość bardzo sugestywnie, ergo taki laik jak ja mógł się poczuć jak w kokpicie pilota. Plastyczność i barwność opisu to jedno, ale główne zalety „Grawitacji” stanowią jej znakomite tempo oraz nieustanne napięcie, sprawiające, że gorączkowo przerzuca się kolejne strony. Plus, uwielbiam te momenty w książce/filmie, kiedy to trwa jakaś ważna rozmowa ważnych postaci i nagle z ważnego laboratorium albo kluczowego punktu obserwacyjnego płynie nabrzmiały niepokojem komunikat „Guys… you’ve got to see this”.

Tymczasem – guys, you’ve got to read this. Oderwać się nie idzie!

PS. Ania aka Wąż Jadwiga zapewniła tę powieść Tess… i od razu następną!
PPS. Tess Gerritsen pozwała twórców filmu „Grawitacja” z 2013 roku za „złamanie postanowień umowy dotyczącej zakupu prawa do jej książki”. Sąd oddalił pozew, ale to nie koniec historii – więcej na stronie autorki.

Oto Tiao, oto Fei, oto kobiety w kąpieli

https://i0.wp.com/media.znak.com.pl/upload/file/Ning_Kobiety_w_kapieli.jpgJak wiele znamy chińskich pisarek? Otóż to, raczej nie pojawia się głowie cała lista na dzień dobry. O ile kilku pisarzy można po namyśle wymienić – choćby noblista Mo Yan czy Yu Hua, autor „Braci”, o nich ostatnio było chyba najgłośniej – to z piszącymi paniami jest troszkę trudniej. Choćby Tie Ning, uznana chińska autorka, przewodnicząca China Writers Association (i pierwsza kobieta na tym stanowisku!) w Polsce jak dotąd nie była wydawana. Ale jak już przyszło do premiery – to z impetem! Wczoraj ukazały się „Kobiety w kąpieli”, bardzo… osobista historia czterech Chinek w cieniu przemian Kulturalnej Rewolucji. Powieść oparta jest na przeżyciach samej Tie Ning, nominowano ją zresztą do azjatyckiego Bookera – Man Asian Literary Prize 2012.

Przedstawiam Wam zatem Yin Xiaotiao, czyli po prostu – Tiao. Tiao mieszka w Fuanie i skupia się na swojej karierze w wydawnictwie – spotykamy ją zaś w momencie, gdy w przededniu ślubu ze swoim przyjacielem czyta listy od dawnego kochanka, słynnego aktora. Później śledzimy dzieciństwo Tiao w Fuanie na przełomie lat 60-tych i 70-tych, przeskakując niekiedy do bliższych nam czasów, a także poznając jej krewnych i przyjaciół. Oto rodzice Tiao, zesłani na farmę Trzcinowa Rzeka, gdzie wraz z innymi intelektualistami zostali poddani reformie przez pracę w izolacji. Oto ich młodsza córka, Fan, zapatrzona w Tiao jak w obraz, która wyrośnie na kapryśną piękność, przekonaną o tym, że jedyne szczęście można znaleźć za granicą. Oto przyjaciółki Tia, dumna uwodzicielka Fei i zakochana w gotowaniu Youyou. Oto Fang Jing, gwiazda ekranu i nieznośny kobieciarz. Chen Zai, uznany architekt, przyjaciel i cichy wielbiciel Tiao. Ich pragnienia rozbijają się nie tylko o trudną chińską rzeczywistość, ale i o wzajemne relacje, wszakże nie dzieje się tak, że ktoś może być bez winy. Nawet jeśli ta wina jest głęboka skrywana i dotyczy traumatycznego wydarzenia z czasów dziecięcych, które właściwie zdefiniowało losy nie tylko Tia i Fan, ale także innych postaci.

https://i0.wp.com/media.znak.com.pl/upload/file/opowiesc_pozostanie_opowiescia_13.07.jpg

Tie Ning bardzo oszczędnie pokazuje intymny portret Tiao i jej przyjaciółek, ostrożnie wplatając go w konteksty historyczno-polityczne. Gorzki to portret i przykry, bo właściwie żadna z postaci nie jest do końca szczęśliwa, lawirują tylko między nieszczęśliwymi związkami i oczekiwaniami napierającymi ze wszystkich stron. Poznajemy Tiao i pozostałych od najgorszych (i najlepszych czasem też, przyznajmy) stron, w momentach, kiedy są słabi i malutcy. Idzie im współczuć, ale ciężko polubić.

Choć osią książki właściwie są relacje Tiao z kolejnymi mężczyznami, to najcenniejsze i najciekawsze wydaje mi się coś innego, mianowicie zasugerowanie realiów tamtych dawnych czasów – gdy Tian i Youyou jako małe dziewczynki wracały ze szkoły, niosąc na plecach płócienne plecaki, a w nich „Cytaty z przewodniczącego Mao”. Jeden z tych cytatów szczególnie zapada w pamięć, nie tylko Tian (i Youyou, która nieszczęśliwie przekręciła myśl towarzyszącego na lekcji i już nigdy nie została wywołana do odpowiedzi), ale i czytelnikom. „Rewolucja to nie zapraszanie przyjaciół na kolację”. Jeśli rewolucja nie jest zapraszaniem przyjaciół na kolację – zastanawia się nastoletnia Youyou – to po co nam rewolucja?

Tian, Fan, Fei i Youyou przynajmniej miały swoje kolacje. Przynajmniej przez chwilę.

PS. Za egzemplarz „Kobiet” dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!

#Tolkienowski TAG książkowy

Raz na jakiś czas lubię zasiąść do kreatywnego zadania okołoksiążkowego i zebrać kilka książek w zestawie tagu książkowego (pamiętacie ten czarowniczy?). Czasem wymaga to stania przed półkami (nie, żebym się uskarżała, bynajmniej), czasem po prostu od razu wiadomo, która książka, postać, wątek pasuje do danej kategorii. Tym razem Lolanta nominowała mnie do Tolkienowskiego tagu książkowego – no no, pomysł jest zacny!

Ergo:

Drużyna pierścienia, czyli ulubiona książkowa paczka przyjaciół

Ostatnio jestem na bieżąco z trylogią husycką Andrzeja Sapkowskiego (w słuchawkach ostatni tom, tj. „Lux perpetua”) i pewnie dlatego od razu pomyślałam o trio Reynevan-Szarlej-Samson. Przyjaźń między nimi, dość nieoczekiwana i właściwie trochę niezrozumiała, trwa niezmiennie przez wszystkie trzy tomy. I choć wspólne działania całej trójki opierają się głownie na ratowaniu Reynevana lub wszystkich trzech z kłopotów, w które ich Reynevan wpakował, to czasem zdarza się moment wytchnienia, gdy mogą beztrosko i bez pogoni na karku zasiąść w karczmie i zaspokoić sybaryckie potrzeby. Czego im życzę jak najczęściej.

Pierścień, czyli ulubiona książka o władzy

I tu wybór był łatwy – „Diuna” Franka Herberta, monumentalne dzieło otwierające przed czytelnikiem równie monumentalny świat. Tu o władzę walczą wszyscy, a symbol jej posiadania stanowi pozornie jałowa planeta, Arrakis, gdzie wydobywa się przyprawę. A jak wiemy, the spice must flow. W tym korowodzie graczy wszyscy: Bene Gesserit, wysokie rody, Imperator i jego świta, wszyscy grają o władzę. Nawet arrakijskie plemiona, Fremeni, pragną władzy: władzy nad własną ojczyzną. Oprócz tych politycznych rozgrywek „Diuna” fenomenalnie przedstawia rozterki przed podjęciem drogi ku własnemu przeznaczeniu (czyli co zrobić, kiedy wedle wszelkich przepowiedni jesteś obiecanym mesjaszem). Aż sobie chyba przekartkuję na dobranoc, takiej ochoty nabrałam!
PS. Choć czytałam też „Mesjasza” i „Dzieci”, części kolejne, ba, nawet widziałam ich ekranizacje — wypieram. Liczy się tylko „Diuna” i na niej poprzestaję.

https://i0.wp.com/img09.deviantart.net/8b3e/i/2011/223/5/f/arrakis_by_ramasg-d4695xv.jpg

Nazgul, czyli książka, która wzbudziła we mnie strach

Jak wiecie, raczej rzadko czytam typowe horrory, wolę oglądać grozę na ekranie niż poznawać ją na kartach książki (idealny tryb oglądania horrorów: za dnia, najlepiej, gdy światło się odbija w telewizorze, mało co widać, mało co słychać – Król Małżonek zawsze wypytuje „po co ty to oglądasz, jak nie oglądasz?”. Oj tam oj tam.). Więc nie będzie tu o strachu typowo horrorowym, ale o innym. Znów, będąc na bieżąco z trylogią husycką: przeraża mnie fanatyzm religijno-myślowy, przedstawiony po obu stronach konfliktu. Zajadłość w prześladowaniach i rzeziach, ciemnota w przekonaniach, kompletny brak zrozumienia dla inaczej myślących – o tak, tego się boję. Na planie rzeczywistym również.

Bilbo Baggins, czyli książka, która nieoczekiwanie wkradła się do mojego serca

Zupełnie niespodziewanie! Eshkol Nevo i jego „Samotne miłości”, czyli ostatnia mykwa na Syberii – cudowna, słodko-gorzka opowieść o współczesnym Izraelu. Co tu więcej opowiadać, idźcie czytać Nevo (można uprzednio Malitową recenzję).

Sam Gamgee, czyli bohater, który mógłby zostać moim przyjacielem

Hermiona Granger, jak nic. Czuję z nią pokrewieństwo dusz. Wiecie, Hermiona wiecznie siedzi w bibliotece, na wszystkie lekcje i egzaminy przychodzi przygotowana, a dzień bez przeczytania jakiejś opasłej księgi uważa za stracony. Lekko przemądrzała, ale odważna i lojalna – któż nie chciałby mieć takiej przyjaciółki? Choć zakładam, że byłybyśmy w innych domach (Malita, jak wiecie, Ravenclaw through and through), to pewnie i tak siedziałybyśmy razem w ławce i chodziły na wszystkie możliwe dodatkowe przedmioty, jakie tylko można. Wyjąwszy wróżbiarstwo.

https://i0.wp.com/imagesmtv-a.akamaihd.net/uri/mgid:file:http:shared:mtv.com/news/wp-content/uploads/2015/06/Hermione-Now-If-You-dont-Mind-GIF-1433745682.gif
Czyż ona nie jest cudowna?

Eowina i Faramir, czyli ulubiona książkowa para

Tak właściwie, to bardzo lubię parę Eowina-Faramir – obydwoje tak doświadczeni przez los, znajdują razem ukojenie, zawsze wydawało mi się to bardzo sprawiedliwe, a jednocześnie piękne… ale żeby tagowi stało się zadość, to jednak lećmy inną klasyką literatury angielskiej (nie Jane Austen, ale blisko!). Mianowicie: pan Thornton i panna Hale z „Północ Południe” Elizabeth Gaskell. Ich początkowa wzajemna niechęć prowadzi do dojrzałego i pełnego zrozumienia uczucia – bardzo bardzo lubię podczytywać sobie zakończenie tej powieści raz na czas jakiś.

Gandalf, czyli ulubiony pisarz-czarodziej

Zakładam, że genderowy przykład kategorii to tylko sugestia, bo ja tu chciałam zaproponować czarującą pisarkę. Otóż moi drodzy, nikt inny, tylko J. K. Rowling, która pisze doskonale, niezależnie od tego, czy zabiera czytelników do Hogwartu,  czy snuje opowieść o Pagford, małym angielskim miasteczku czy proponuje podążyć tropem mrocznych przygód pewnego detektywa i jego asystentki.

Sauron, czyli znienawidzona książkowa postać

„Nienawiść” jest słowem mocnym i ciężko będzie mi znaleźć postać, co do której żywiłabym tak drastyczne uczucia. Ale jest za to sporo takich, których mniej melodramatycznie, ale po prostu nie cierpię. Ostatnio na przykład nie cierpię Liny i Eleny, dwóch bohaterek opowieści snutych przez tajemniczą Elenę Ferrante. Mamy tu klasyczny przypadek relacji typu ­love-hate, bo nie cierpię obu pań, a książki pochłaniam jak szalona.

Gollum, czyli bohater książki, któremu współczuję

Dużo łatwiej znaleźć mi takich bohaterów, którym współczuję, niż tych, których nie znoszę. Tu niechże będzie za to Poncjusz Piłat z opowieści jerozolimskich w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa (które, skądinąd, przeczytałam same w sobie na parę lat przed samą powieścią”, targany wyrzutami sumienia z powodu śmierci Jeszui Ha-Nocri. Przy okazji – polecam najnowszą rosyjską ekranizację, mini-serial z 2005 roku. Efekty specjalne są fatalne, ale muzyka i klimat bardzo na tak.

Hobbiton, czyli moja książkowa ojczyzna

Mam ich dziesiątki, zależnie od nastroju – czasem chce się bojowo ruszyć na hordy orków, a czasem wyszywać makatki z siostrami Bennet. Ale żeby tak ogólna ojczyzna… hmm,  pomyślmy… musiałyby tam przede wszystkim książki, ładne widoczki i dużo dobrego jedzenia. I trochę magii w codziennym życiu. I dużo świetnych ludzi dookoła.
…Hogwart jak nic.

Zaiste, #tag długi, ale zacny! I miły przyczynek do tego, żeby się wieczorową porą wybrać do Śródziemia i w inne okolice. Aha, a potem na Arrakis. Się podróżuje!

Gdy odchodzą czarownice, czyli pożegnanie ze Światem Dysku

Właściwie to planowałam tylko wspomnieć słów parę w cyklu #DziełaZebrane, ale wyszło inaczej. Czasem po prostu siada się do pisania, a słowa same spływają spod palców. Z reguły dzieje się tak przy książkach wyjątkowych – a „Pasterska korona”, ostatnia powieść Świata Dysku sir Terry’ego Pratchetta jest książką wyjątkową. Ze wszech miar. Bardzo się cieszę, że mogliśmy ją przeczytać, choć, jak dowiadujemy się z posłowia – „nadal nie była ukończona całkiem tak, jak by sobie tego życzył [autor]”.

„Pasterska korona” jest dla mnie o tyle osobista, że po pierwsze traktuje o czarownicach, a po drugie, to pożegnanie też z moją ulubioną Dyskową postacią – babcią Weatherwax. Nie powiem, otwarcie książki mocno mnie przygnębiło, niemniej: taka kolej rzeczy. Jak powiedziała Niania Ogg, „my, czarownice, niedługo nosimy żałobę. Wystarczą nam szczęśliwe wspomnienia. To one są cenne”. A gdy zabraknie babci, która była przywódczynią-wiedźm-które-co-prawda-przywódczyń-nie-mają-ale-gdyby-miały-to-byłaby-nią-babcia… cóż, różne rzeczy mogą się zdarzyć. Granica między Krainą Baśni a spokojną Kredą i sielskim Lancre staje się niebezpiecznie cienka, ustalenie nowych porządków czarowniczych zajmuje trochę czasu i wysiłku, a Tiffany Obolała, dziedzicząca po babci chatkę i przywództwo-którego-właściwie-nie-ma, będzie musiała nie tylko zdwoić czarownicze wysiłki, ale też podjąć nowe wyzwania i dojść do ładu z samą sobą – bo określenie, kim się jest naprawdę, to bardzo trudne zadanie.

Nie bez przyczyny czarownice to moje ulubione postaci w Świecie Dysku. Nie chodzi tylko o sam fakt, że wiedźmy wszelkiego kalibru mają u mnie sympatię zapewnioną na dzień dobry, ale chodzi o specyficzną czarownicy dyskową konstrukcję. Otóż u Pratchetta mag składa się z laski, spiczastego kapelusza, szat oraz nadziei, by nigdy nie musieć robić czegoś naprawdę magicznego. Czarownica natomiast składa się z miotły, spiczastego kapelusza oraz – jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało – misji pomagania ludziom („Czarownictwo to męska robota. Dlatego trzeba do niej kobiet” wzdycha pewnego razu Tiffany). Bycie wiedźmą to męczące, niewdzięcznie i najczęściej mało magiczne powołanie. Bardzo trafne ujęcie tematu. Bardzo… życiowe.

Takich trzech, jak nas dwie, to nie ma ani jednej.

Zresztą wszystko w tej książce jest takie, jak być powinno. Od spotkania ze starymi przyjaciółmi, jak odwieczna  Niania Ogg (zakonserwowana przez życie i inne używki tak, że Śmierć nierychło zapuka do jej rezydencji), aż do poznania nowych znajomych, jak Geoffrey, który udowadnia, że jak się chce, to można, a wręcz trzeba. Nawet jeśli pół świata uważa inaczej. Skore do nieustannej bitki hordy Nac Mac Feeglów przynoszą odpowiednią ilość groteski, a wątek królowej elfów – poznającej ludzki świat – mógłby rozwinąć się w ckliwy banał, ale został poprowadzony tak, jak powinien zostać poprowadzony.

I teraz rzecz najważniejsza. O ile na początku mojej przygody widziałam Świat Dysku bardziej jako błyskotliwe popkulturowe hocki-klocki, znakomicie napisane, ale jednak głównie humorystyczne, to z czasem zaczęłam dostrzegać coraz więcej mądrości. Humor oczywiście pozostaje, bez niego to zupełnie nie to samo — ale „Pasterska korona” jest wybornym przykładem książki po prostu mądrej, taką zwykłą-niezwykłą życiową mądrością. Że trzeba pozostać sobą, bo wtedy jest się najbardziej autentycznym… i skutecznym. Że choć w głowie kłębią się Pierwsze i Drugie (a czasem nawet Trzecie) Myśli, podpowiadając zupełnie sprzeczne auto-opinie, to trzeba zagryźć zęby i robić tak, żeby było przyzwoicie. Że trzeba mieć jakiś cel w życiu i coś do roboty, nawet, gdy będzie to zwykła szopa. Bo jeśli jedyna aktywność, jaką podejmuje się w ciągu dnia, to podniesienie nóg, kiedy żona zamiata podłogę, to jest z nami raczej słabo. Nawet nie wiecie, cholera, jak to mi dało to myślenia — może nie ta szopa konkretnie, ale całokształt.

Sir Terry, dziękuję. Znów i zawsze.

PS. Ślę stosowne podziękowania za ebook (podziękowania wiezione miotłą, rzecz jasna) wydawnictwu Prószyński i S-ka!
PPS. Było jeszcze co najmniej z pięć różnych cytatów, które chciałam upchnąć do powyższego tekstu, ale po namyśle zrezygnowałam – sami znajdźcie swoje ulubione. Mądre, dowcipne, słodko-gorzkie, każde.