Dzieła zebrane #13

Są takie dni w życiu Mality, że po prostu nie ma kiedy czytać, przynajmniej nie takich książek, które można opisać blogowo. Ale ostatnio jest lepiej (i ma to związek z pewną lekturą, o której niedługo Wam opowiem!), ba, tyle się świetnych książek pojawiło dookoła, że nie wiadomo, gdzie zacząć! Nie znaczy to, że nigdy ich nie było, ale wiecie – tu Dzień Dziecka, tu urodziny, i moja biblioteczka jakoś… ekspandowała.

Ale do rzeczy: w trzynastej odsłonie Dzieł Zebranych mam dla Was trzy kobiece książki: o kobietach, przez kobiety napisane, ale diametralnie różne. Niespokojne życiowo Lila i Elena, odważna, choć pełna trosk Kelsea czy Bride o hebanowej skórze i trudnej przeszłości: poznajcie je wszystkie. Każda z osobna jest warta takiego spotkania.

 „Historia ucieczki” Elena Ferrante

W sprawie kolejnej części historii o Elenie i Lili, dwóch przyjaciółkach-nie-przyjaciółkach z Neapolu lat 50-tych i 60-tych, mam tylko jedno zdanie komentarza: Eleno (bohaterko, nie autorko), tak się nie robi. Z tego będą tylko kłopoty.
Czyli: znów przeżywam bardzo. Ale Ferrante tak pisze, że nie sposób po prostu przejść obojętnie nad losami postaci, nad ich (kiepskimi, z reguły) wyborami, tylko trząść się, obrażać, wygrażać, złościć (zwłaszcza, jak sobie przypomnę „Przeznaczonych”, którzy wywołali we mnie reakcję zgoła odmienną, czy raczej brak reakcji). Jeszcze jeden tom i wtedy emocje dopiero sięgną zenitu!

„Inwazja na Tearling” Erika Johansen

Druga część fantastycznej historii królowej Kelsea Glynn (zerknijcie na refleksje z tomu pierwszego, dalej jestem zachwycona, ale chodzi mi też o bycie na bieżąco z historią Przeprawy). Rządy dziewczyny w biednym i nękanym przez ościenne Mortmesne Tearlingu już od samego początku były burzliwe, a teraz jeszcze wojna zbliża się wielkimi krokami. „Inwazja na Tearling” przynosi też drugi plan czasoprzestrzenny – dzieje sprzed Przeprawy, które Kelsea (a my razem z nią) ogląda oczami Lilly, mieszkającej w Bostonie w czasach nie tak znowu odległych od 2016 roku. Na pewno bliższych czasowo nam, niż Kelsea.
Najpierw obecność tego drugiego planu mnie irytowała – więcej Bostonu oznacza mniej Tearlingu – ale z czasem wciągnęła mnie i historia Lilly. Sama Kelsea pozostaje dla mnie naprawdę wybornie napisaną bohaterką. Nie wszystkie jej decyzje i pomysły mi się podobają, uważam wręcz, że czasem idzie w złym kierunku – ale przez to jest jeszcze bardziej autentyczna. Innymi słowy – niecierpliwie czekam na zwieńczenie trylogii, to już w listopadzie, ale w międzyczasie można przeczytać bardzo obiecujący fragment trzeciego tomu!

„Skóra” Toni Morrison

Jeszcze w zamierzchłych czasach czytałam „Umiłowaną” Toni Morrison, z której pamiętam tylko tyle, że mi się podobała (dobrze, że i wrażenie jakieś pozostało, bo jak się nic nie kojarzy, to nie najlepiej świadczy o książce) (albo o czytelniku). Za to „Skóra” – po prostu petarda. Ładunek emocji, jaki niesie ta książeczka, jest niesamowity. Czasem to właśnie te najmniej groźne objętościowo potrafią tak przeczołgać. Morrison przedziera się ze swoimi bohaterami przez szereg trudnych tematów – od kolosalnego poczucia winy i traumy, przez rasizm, aż po pedofilię – a trudna (czy wręcz niemożliwa) relacja matki (Sweetness) i córki (Bride) staje się punktem wyjścia do opowieści o nieszczęściu czterech różnych postaci. Ale, paradoksalnie, nie czułam się przygnębiona ani pognębiona ogromem tego dramatu, a wielką sztuką jest napisanie rzeczy przykrych tak, żeby nie powodowały u czytelnika zbyt wielu myśli depresyjnych. Świetna rzecz, koniecznie!

PS. Książki to wszystko otrzymane/pożyczone: Ferrante pożycza Mama-Malita, myszkovska wyposaża w Tearling, a pani redaktor ze Świata Książki w smakowicie wielkiej paczce przysłała „Skórę” – dziękuję po tysiąckroć!

3 thoughts on “Dzieła zebrane #13

  1. No i u Ferrante wynikły same kłopoty, jak przewidywałaś. Wiem, bo przeczytałam już czwarty tom. Straciłam resztki sympatii do Eleny, a Lila nie przestaje mnie fascynować i odpychać. Podziwiam Ferrante za cały rewelacyjny tłum postaci nazwijmy je mało oryginalnie drugoplanowymi,choć czasem gubię się w ich wzajemnych relacjach. Kolejny banał na koniec: to kawał świetnej literatury.

  2. Skórę macałam po skórce na targach w Warszawie, chętka jest straszna, ale w oryginale by się przydało:) „Beloved” czytałam niecały rok temu, więc jeszcze dużo pamiętam.

    A Ferrante – opłaca się czytać po polsku? Nie słyszałam pochlebnych opinii o tym tłumaczeniu. Jak się czyta?

    1. Wiadomo, oryginał zacna rzecz :)
      Ferrante w tłumaczeniu czytało mi się bardzo dobrze, ja z kolei nie słyszałam opinii niepochlebnych — choć na przekładach z włoskiego wyznaję się słabo, mój włoski trochę przyrdzewiał :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s