W górach przeklętych, czyli poczet wampirów

O wampirach można rozprawiać godzinami – bywają całe kursy akademickie im poświęcone – i wcale tematu nie wyczerpać. Pozwólcie więc, że ograniczę się do stwierdzenia na wstępie, że mało która postać zrobiła taką popkulturową karierę w ostatnich latach, jak wampir. Tak, wiem, truizm. Równie banalnie dodam, że nie sposób wymienić jednym tchem tych wszystkich powieści, filmów, seriali, w których pojawiają się mniej lub bardziej wyrafinowani krwiopijcy. Ale każda legenda, każda wampiryczna cecha, każdy rys postaci gdzieś bierze swój początek. Swój przeklęty, mroczny początek.

W książce „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów” Bartłomiej Grzegorz Sala stawia sobie za cel stworzenie pocztu najważniejszych wampirów gór Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Opisuje dokładnie dwadzieścia osiem postaci, zarówno te mało znane, jak i rozsławione na świat cały (nie mogło wszakże zabraknąć Elżbiety Batory oraz hrabiego Drakuli, stworzonego przez Brama Stokera). Sięgając po dawne kroniki i opracowania, ale także po nieco bardziej współczesne nam dzieła kultury (vide choćby lord Ruthen, opisany w noweli Polidoriego), pokazuje swoistą wampirzą ewolucję – od wstającego z grobu chłopa, który gnany niekontrolowanym pragnieniem morduje okoliczne wioski, po wysublimowanego arystokratę, snującego plany zdobycia świata (albo chociaż Londynu). Zmora z Siedlęcina, Arnaut Pavle, wampir z Bystrego, Azzo von Klatka, Carmilla czy graf Orlok – postaci z kart historii, powieści i filmu tworzą dumny, krwiopijczy korowód.

Koncept, muszę przyznać, niezły, niemniej jego realizacja kuleje. Może i bardziej zasadne byłoby skupienie się tylko na postaciach znanych z folkloru czy kronik historycznych, niekoniecznie dorzucanie do tego postaci znanych wyłącznie z literatury, ale domyślam się, że kryterium geograficzne było tutaj najbardziej istotne. Rzecz jest bardzo ciekawie wydana – wydawnictwo BOSZ proponuje naprawdę oryginalne graficzne publikacje, a niepokojące ilustracje Justyny Sokołowskiej tworzą wyjątkowy klimat. Ale za poważne uchybienie uważam brak mapy – w tak pięknie wydanej książce mapa tytułowych okolic musiała by być wielkiej urody, a tu nawet takiej schematycznej brak. Przez to czytelnik może się czuć zagubiony, a przy tak intensywnych opisach geograficzno-historycznych mapa jest po prostu koniecznością. Ba, proponowałabym nawet mini-mapkę przy każdym rozdziale, albo przy bardziej obszernych historiach – choćby wtedy, gdy autor opisuje szereg miejsc historycznie związanych z Władem III Palownikiem.

https://coczytamalita.files.wordpress.com/2016/05/w-gc3b3rach-przeklc499tych2.jpg
Ładne obrazki, czyli tak się kąpie krwawa Elżbieta.

Wspomniane intensywne opisy geograficzno-historyczne są ważne, wręcz konieczne, by wprowadzić w czasoprzestrzeń: ale momentami zdecydowanie dominowały nad samymi wampirzymi opowieściami. Choćby przy opisie wampira z Tomic (opowieść z 1830 roku, zanotowana przez Oscara Kolberga wiele lat później) autor zaczyna historyczne wprowadzenie od śmierci Zygmunta Augusta (1572 Anno Domini, przypominam), by przejść przez trzy rozbiory i zahaczyć o rabację galicyjską. Dla mnie to dużo za dużo, jakby autorowi zabrakło pomysłu na właściwą treść i opakowywał upiory w zbyteczne warstwy historycznego wodolejstwa. Rozplanowanie książki też pozostawia nieco do życzenia: niektóre rozdziały wydawały się być zbiorem podrozdzialików raczej luźno ze sobą związanych – o sytuacji danego regiony w dziejach, o wampirze, o miejscach z nim związanych – i brakowało mi w nich płynności.

Te wszystkie powyższe niedociągnięcia jeszcze bym i przebolała, niemniej ostateczny wydźwięk książki przyprawił mnie o bardzo gwałtowny skok irytacji. Patetyczne zakończenie łka nad trywializacją postaci nosferatu w naszych czasach i odarciu go z kulturowych znaczeń. Autor wini produkcje takie jak „Blade”, „Zmierzch” czy „Czysta krew”, gdyż pokazują, że

oderwanie wampira od jego kulturowej spuścizny i symboliki prowadzić może tylko do raczej tandetnych, pozbawionych gotyckiej atmosfery (która zresztą również nie jest wartością samą w sobie) opowieści dla nastolatków*.

Daleka jestem od uznania „Zmierzchu” za dzieło wybitne, ale potępianie z zasady współczesnych produkcji za spłycanie Dawnych I Przecież Lepszych Wątków Kultury uważam za przesadnie buńczuczne. Tak, czytałam i oglądałam „Zmierzch”. Tak, czytałam i oglądałam „Czystą krew” (zresztą to są naprawdę dwa różne dzieła i wymienianie ich na jednym poziomie tandety uważam za niesprawiedliwe). Czytałam też Stokera i opracowanie Erberto Petoi („Wampiry i wilkołaki. Źródła, historia, legendy od antyku do współczesności”), z którego Bartłomiej Sala czerpie garściami. Od czegoś trzeba zacząć, a czasem nastolatkom zaczytanym w opowieściach pozbawionych gotyckiej atmosfery łatwiej wyruszyć w wampirzą podróż od „Czystej krwi”, a dopiero potem odkrywać kulturową spuściznę nosferatu. I nie tylko nastolatkom.

[tl;dr] Przeklęty wampirzy korowód – ładne obrazki, autorska końcowa interpretacja – już nie tak ładna.

PS. Za poczet ów bardzo dziękuję wydawnictwu BOSZ!

* „W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów” Bartłomiej Grzegorz Sala, BOSZ 2016, s. 231.

Ostatnia mykwa na Syberii

Dawno, dawno temu Owca z książką pisała o Eshkolu Nevo, uroczym ponoć Izraelczyku, a pisała tak, że z miejsca zarezerwowałam pierwszą możliwą powieść w bibliotece (szczęśliwie tę samą, o której pisała Owca). O rezerwacji zdążyłam zapomnieć, aż mail z Jagiellonki wprawił mnie w stan oczekiwania pełnego ekscytacji. Ze wszech miar słusznie – otworzyłam „Samotne miłości”, przedostatnią powieść Nevo, i po trzydziestu stronach przepadłam z kretesem.

Przecież i tak nikt by nie uwierzył w tę historię, zaczyna przewrotnie Nevo. Ale można odkopać jej początek spod warstw niemówienia gdzieś w urzędowym skoroszycie z napisem Datki w latach 1993-1994. Otóż zaczęło się od żony Amerykanina Jeremiaha Mendelstruma. Gdyby nie ona – a właściwie, gdyby nie jej śmierć – nieutulony w żalu małżonek nie postanowiłby ufundować mykwy celem oddania hołdu ukochanej. Wysyła zatem bardzo długi list do władz Miasta Cadyków (to tylko jedna z cudownie peryfrazujących nazw u Nevo, obok Miasta Piasków, Jeziora bez Wody czy Tajnej Jednostki, o której Wiedzą Wszyscy), w którym rozwlekle opowiada o umiłowanej zmarłej i dopiero pod koniec przechodzi do rzeczy. Mianowicie, obiecuje góry złota i prosi o dwie rzeczy: by na ścianie mykwy umieścić tabliczkę upamiętniającą żonę oraz by budowę ukończyć w ciągu roku – żeby mógł zobaczyć gotową mykwę następnego lata, gdy przybędzie do Izraela, jeśli Bóg pozwoli.

Problem w tym, że ilość mykw w Mieście zdecydowanie przekracza zapotrzebowania mieszkańców. Burmistrz Awraham Danino postanawia zatem postawić mykwę na Syberii, czyli na osiedlu imigrantów przybyłych z Rosji. Lokatorzy nowiutkich syberyjskich bloków to sympatyczna ekipa emerytów, którzy niekoniecznie mykwy potrzebują – jeśli w ogóle potrafiliby i chcieli z niej korzystać. Ale mykwę zbudować należy i do tego zadania burmistrz oddelegowuje Mosze Ben Cuka, swojego asystenta. Mosze to ten typ faceta, o którym się mówi „mężczyzna z przeszłością” (o chodzi tu zarówno o pracę dla wspomnianej Tajnej Jednostki, jak i zakazaną miłość do pięknej Ajelet), ale pracę traktuje poważnie – co nie zmienia faktu, że z mykwą już od początku są same kłopoty: młody Arab, faktycznie kierujący budową, zostaje aresztowany za szpiegostwo (a on tylko obserwował sokoły śniade, orliki, sójki i zięby, naprawdę, niewinna pasja ornitologiczna). Mieszkańcy Syberii uznają mykwę za klub szachowy i zabierają się za planowanie harmonogramu rozgrywek… a wizyta owdowiałego filantropa zbliża się nieubłaganie.

Całokształt tych radosnych zdarzeń składa się na historię niezwykłą, historię wspaniałą, która jednocześnie jest opowieścią o najbardziej ludzkich z uczuć oraz komedią omyłek. Nostalgia przeplata się z humorem i tylko czekać wybuchowego finału, w którym spotkają się mieszkańcy Syberii, burmistrz Miasta Cadyków, jego asystent oraz, rzecz jasna, sam Mendelstrum. Nevo balansuje między rozrzewnieniem a absurdem, pokazując współczesny Izrael w przedziwnym – niekoniecznie krzywym – zwierciadle, a jednocześnie snuje opowieść do bólu uniwersalną: bo to opowieść o miłości. O każdym z jej rodzajów. I dzięki temu Nevo delikatnie dociera do samego wnętrza czytelniczego serduszka, zapewniając mu błogość, irytację i dawkę serdecznego śmiechu.

[tl;dr] Mykwa na Syberii = same kłopoty. Głównie z miłością. Tak to już bywa w tym Izraelu.

Mości panowie, kupą na Śląsk, czyli trylogia husycka vol. 2

Boży bojownicyŻadne korki w Krakowie mi niestraszne, ba, nawet nie odczułam czasowego zamknięcia kluczowego dla mnie odcinka linii tramwajowej. Wszystko to dzięki rowerowym wycieczkom, bo całe to zamieszanie remontowo-korkowo-samochodowe elegancko omijam. No, chyba, że pada. Niemniej, abstrahując od pogody, jazda rowerem posiada jeszcze jeden atut: można spokojnie słuchać audiobooków. Innymi słowy, mknę wzdłuż Błoń, a tak naprawdę właśnie przechadzam się ulicami Pragi i pukam do drzwi apteki, w której zbierają się mistrzowie magii. Czasem tylko, jak spotykam kogoś znajomego, muszę szybko wyskoczyć z tego innego świata, co z reguły dość zabawnie wychodzi: wyplątuję się ze słuchawek, tłumacząc „czekaj, czekaj, bo ja jestem na polu bitwy”. A bitew imię – legion!

Tym oto wstępem przechodzę do „Bożych bojowników” czyli to drugiego tomu trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego w epickim (tak, tak) wydaniu słuchowiskowym. Za sprawą znanego już nam trio – impulsywny a uparty Reynevan, cyniczny demeryt Szarlej oraz  skrywający potężną tajemnicę Samson Miodek – wpadamy w sam środek wojen husyckich, targających Śląskiem. Sam Reynevan co i rusz wpada w tarapaty, choć trzeba przyznać, że nie zawsze z własnej winy. Ale cóż, kiedy jasno a z przekonaniem opowiada się za sprawą Kielicha i pragnie dla sprawy działać… wojna jest wojna i nie ma na to rady. Ergo Śląsk Anno Domini 1427 znów staje się areną, na której ścierają się religie, herezje, armie, oddziały zorganizowane, osoby zupełnie prywatne, Inkwizycja oraz magiczna konfraternia. Reynevan, rzecz jasna, a z nim Szarlej i Samson podążają na sam środek ten areny. A jak gdyby było mało tych wyzwań, Reynevan będzie musiał odnaleźć odpowiedź na szalenie ważne pytanie: czy poświęcić sprawę dla miłości, czy miłość dla sprawy?

Reżyser słuchowiska, Janusz Kukuła, określa trylogię husycką jako połączenie Sienkiewicza z Tolkienem – i fakt, to mariaż imponującej historycznej narracji i umiejętnie poprowadzonych wątków fantastycznych. Może i tych czarów wśród „Bożych bojowników” znajdzie się nieco mniej niż w „Narrenturmie”, przynajmniej mniej czarownic, a więcej ceremonii wysokiej magii. Jednak drugi tom to dla mnie przede wszystkim kampania wojenna, okrutna, krwawa i prześcigająca się w okrucieństwach każdej ze stron (ot, spalmy te wioski, będzie wygodniej walczyć w nocy przy świetle ognia). Te dwie partie „małżeńskie” doskonale ze sobą u Sapkowskiego współgrają.

Raz jeszcze dodam, że produkcja słuchowiska jest znakomita. Wybornie zagrana, klimatycznie wyprodukowana (muzyka, efekty, wszystko). Plus wyjątkowo zabawnie ogląda się wszystkie ujęcia „z planu” – o ile filmowe making of często daje zabawną konfrontację elementów bardzo współczesnych z bardzo niewspółczesnymi (greenbox i elfy), to w tym przypadku uderzyło mnie, jak o ogromną wyobraźnią muszą dysponować aktorzy. Bo nawet elf w greenboxie posiada jakiś tam strój, a tutaj dysponujemy li i jedynie mocą swojego głosu. Podziwiam i głosy, i całokształt – i zgrywam na odtwarzacz tom trzeci.

[tl;dr]Boży bojownicy maszerują na Śląsk i będą z tego same nieszczęścia. Ale jak opisane! Jak zagrane!

PS. Znów, Tata-Malita pożyczył wszystkie Bojownikowe płyty.

Miłosna wydmuszka

https://i0.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/95000/95604/352x500.jpgBył spokojny, majowy wieczór, który nie współgrał ze stanem moich skołatanych nerwów. Lekarstwem na takie rozedrganie ogólne, jak wiemy, bywają odpowiednie książki – zasiadłam zatem na naszej wielkiej kanapie (ulubione miejsce w rogu zaczyna się powoli wycierać) i wzięłam do ręki wyczekaną w bibliotece „Miłość na marginesie”  Yoko Ogawy. Z początku powieść ukoiła, uspokoiła, ukołysała. Ale potem przyszło rozczarowanie.

Wskakujemy w sam środek opowieści, snutej przez narratorkę-bez-imienia. Z jej pomocą rekonstruujemy bieg wydarzeń: po niecałych trzech latach małżeństwa porzuca ją mąż, a następnego pewnego dnia coś dzieje się z jej słuchem. Nie chodzi o to, że traci zupełnie zdolność słyszenia dźwięków, wręcz przeciwnie – owego dnia, o poranku, zaraz po przebudzeniu, słyszy dźwięk niezwykły. Coś jak flet… choć nikt w pobliżu nie gra na flecie. Odtąd dźwięki zaczynają ją oszukiwać, każdy najdrobniejszy szmer może zabrzmieć jak huk tysiąca wodospadów. Ale ta dziwaczna dolegliwość, długo zresztą leczona klinicznie, przynosi niespodziankę od życia: stenografa Y, który spisuje historię bohaterki na potrzeby periodyku medycznego.

Pierwsze spotkanie z Y prowadzi do kolejnych – czy to wizyt w szpitalu, czy w domu. Ona zachwyca się jego dłońmi, długimi palcami, przez które przepływają setki spisywanych opowieści. On mówi niewiele i cicho, dostosowując swój głos do chorych uszu onej. Razem powracają do wspomnień sprzed lat, własnych i cudzych, poruszając się po zwodniczym labiryncie pamięci. Ona opowiada, on pokrywa całe strony stenograficznym zapisem: coś na kształt terapii, subtelnej, ale skutecznej. Uczucie, jakie między nimi się rodzi, kiełkuje delikatnie i nieśmiało, by zyskać zaskakujący – czy naprawdę? – finał.

To bardzo zmysłowa opowieść, bardzo cielesna – ale w znaczeniu dosłownym: słuch, wzrok, uszy, dłonie, palce pełnią w narracji bardzo ważną rolę. Także w „Miłości na marginesie” widać to specyficzne Ogawowe konstruowanie miejsc-niemiejsc: w większości bezimienne postaci (jak główna bohaterka, jej mąż, znany tylko z inicjału Y), enigmatyczne określenia różnych lokalizacji (patrz choćby Klinika Otolaryngoliczna F). Tym razem z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że rzecz dzieje się w Japonii, ale właściwie umiejscowienie akcji nie jest takie ważne.

Ważne jest to, że do pewnego momentu byłam owszem, oczarowana, ale potem zaczęło coś zgrzytać. Swego czasu zachwycałam się (i dalej się zachwycam, to ważne, podkreślam) „Muzeum ciszy” Ogawy i właśnie z tych zachwytów wyczekiwałam kolejnych lektur pióra Autorki. Piotr, blogujący jako Zacofany w lekturze, określił „Muzeum” jako „kruche i nietrwałe cacko z wydmuszki”. Ja miałam i mam inne wrażenie, jeśli chodzi o tę pierwszą powieść, ale za to „Miłość na marginesie” okazała się dla mnie właśnie taką wydmuszką. Misterną, pieczołowicie skonstruowaną i nie przeczę, ładnie napisaną, niemniej w miarę czytania rozczarowanie rosło, a zakończenie pozostawiło w poczuciu oszukania.

[tl;dr] Miało być pięknie, a przyszła pustka. Pustka-oszustwo, nie pustka-błogość.

Boże, chroń Królową

Jak wiecie, są książki, które mieszkają w lodówce: co nie otworzysz lodówki/internetów/blogów/Youtube’a, to wyskakuje właśnie rzeczona powieść. Czasem z przekory staram się omijać i nie zagłębiać w temat, a potem z reguły wyklinam samą siebie, że czemu mi to tyle zajęło. Tak było z „Dziewczyną z rewolwerem”, tak jest i z „Królową Tearlingu” Eriki Johansen. Nigdy więcej, obiecuję.

Otóż. Rzecz dzieje się w Tearlingu, w czasach, gdy Przeprawa to tylko odległe wspomnienie – bowiem wieki temu John Tear i jego towarzysze wyprawili się w nieznane, chcąc ocalić część populacji i ziemskiego dziedzictwa oraz stworzyć świat wolny od technologii. Jednak szumna utopia Teara uległa degeneracji, a obecnie sam Tearling to królestwo biedne i mało przyjazne mieszkańcom. Zwłaszcza po przegranej wojnie z sąsiednim Mortmesne, którym włada potężna Szkarłatna Królowa, słynąca z okrucieństwa i magicznych zdolności. I ta właśnie nieszczęsna kraina przypada w udziale Kelsei Glynn Raleigh, dziedziczce tearlińskiego tronu. Kelsea, raczej przeciętna z urody dziewiętnastolatka, przez całe życie dorastała z dala od stolicy, a milczący pakt jej przybranych rodziców ochraniał ją od skrytobójczych zamachów (ze strony wuja-regenta i Szkarłatnej Królowej). Do czasu – bo oto teraz Kelsei powraca, by przejąć władzę. Do pomocy ma surowe zasady, wpojone przez wychowawców, magiczny błękitny klejnot odziedziczony po matce i bardzo niewielu sprzymierzeńców. A swoje rządy zaczyna od szaleńczego, zdawałoby się, rozkazu, który może skończyć się tylko wojną.

Spójrzcie, jakie boskie są te dwie okładki. Cudeńko.
Spójrzcie, jakie boskie są te dwie okładki. Cudeńko.

Mogłoby się wydawać, że „Królowa Tearlingu” to gładka bajeczka o dzielnej pannicy, która przebojem zdobywa wszystko. Nic bardziej mylnego – Kelsea to świetnie skonstruowana postać, która łączy w sobie zarówno potencjał do bycia doskonałą władczynią, upór nastolatki, cudowne rozterki w stylu „trochę przytyłam, trochę się zakochałam” i naprawdę mocny kręgosłup moralny. Dzielność serca, wytrwałość i śmiałość mogą zawieść młodą królową bardzo daleko. A Kelsea to tylko jedna z całej galerii zacnych bohaterów: nie sposób nie wspomnieć solidnego dowódcy jej Straży, Lazarusa zwanego Buławą, tajemniczego Ducha, równie sprawnie władającego magią, co intelektem czy równie tajemniczej Szkarłatnej Królowej.

To, co jeszcze mi się bardzo podobało, to takie mini-wypisy z innych ksiąg, zawarte przed każdym rozdziałem – choćby fragmenty traktatów, kronik, wspomnień, cytaty z „Wczesnej historia Tearlingu” czy zagadki. Lubiłam u Sapkowskiego („Monstrum, czyli wiedźmina opisanie” – do dziś pamiętam!), lubiłam u Franka Herberta (wspomnienia Irulany, choćby), lubię i tu. Taki zabieg bardzo dobrze buduje całe uniwersum bez jakiegoś większego nakładu sił.

Trudno się dziwić, że delektowałam się lekturą i starałam się nie połknąć całości na raz, zwłaszcza, że ostatnio naprawdę niewiele mam czasu na czytanie. Co więcej, „Królowa” klimatem momentami przypominało mi uhołubioną „Wybraną” – tam też i sensowna bohaterka w roli głównej, i magii dużo, i przeciwności losu. Tom drugi czeka już u mnie na półce i naprawdę niecierpliwie wyglądam momentu, kiedy znów wybiorę się do Tearlingu. Naprawdę, bardzo niecierpliwie.

[tl;dr] Młoda królowa Tearlingu nie ma łatwo, ale radzi sobie wybornie. Trzymam za nią kciuki!

PS. Nie mogę nie wspomnieć, że rzecz ma tak przepiękną okładkę i ogólnie jest wydana tak bardzo zacnie, że chce się toto czytać w rękawiczkach, żeby nie pokalać odciskami palców.
PPS. Zwłaszcza, gdy to książka pożyczona – dzięki, Myszkovsko.

Jak w witrażu – rzecz o czterech nieszczęśliwych kobietach

Gdzieś we Lwowie stoi stary dom, ba, kamienica dumnie prezentująca na ścianie klatki schodowej olbrzymi, secesyjny witraż. Dom rozkłada się i niszczeje, podobnie jak całe miasto. Z końcem wieku zaczynają odpadać lwowskie balkony i zabytkowe sztukaterie, a przejście przez ulicę może skończyć się poważnym urazem głowy. Ale nie o balkony chodzi – a o to, że i Lwów, i dom z witrażem byli świadkami wielu tragedii, jak w dniu, kiedy przyniesiono ciało Marianny, przeszyte kulą snajpera i zawinięte w niebiesko-żółtą flagę. To właśnie ten dzień otwiera właściwą historię „Domu z witrażem”.

Żanna Słoniowska, nagrodzona w konkursie To musi się powieść, zabiera czytelników świat o zbyt wielkiej niejednoznaczności, do Lwowa i Ukrainy targanych konfliktami, od wojen światowych aż po wieńczący opowieść Majdan. Przewodniczką po tym świecie jest córka uznanej operowej śpiewaczki, która snuje opowieść o czasach dawnych i współczesnych. I na każdym planie czasowym żyje w cieniu swojej matki, czy to jako jej nie dość kochane dziecko, czy jako kochanka jej kochanka. Zawiłe, wiem, ale u Słoniowskiej nic jest proste i łatwe do zrozumienia. Może wyjąwszy śpiew Marianny, czysty, zdecydowany, oddany sprawie.

Na okładce przedstawiono powieść Słoniowskiej jako opowieść o otwieraniu oczu na sztukę i historię, o pragnieniu wolności, o wzniecaniu rewolucji, ale mnie najmocniej poruszyła część nie polityczna, nie historyczna, nie artystyczna – a kobieca, ta przykra nieuniknioność, ta konieczność żałościwego nieszczęścia. Bowiem tytułowy dom, tytułowy witraż spajają cztery pokolenia kobiet, które koegzystują w nabrzmiałym pogardą milczeniu, kłótniach, krzykach i wzajemnym niezrozumieniu. Prababka w spranym szlafroku, bezkształtna i odwieczna, nieszczęśliwa i kulejąca Aba, jej córka-śpiewaczka Marianna, impulsywna, namiętna, oddana walce z systemem i wreszcie pokolenie najmłodsze, bezimienna narratorka. „Jesteśmy jak matrioszki – zauważa córka Marianny – jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo, która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która już nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot”.

Strzał na wylot i historia, która pcha się w nasze życie drzwiami i oknami – tak narratorka mogłaby podsumować życie swoje i swoich antenatek. To nie jest opowieść, którą czyta się łatwo, wymaga zatrzymania się, zastanowienia. Czasem bywa nużąca, a przeszłość przeplatająca się z teraźniejszością jak szkiełka w witrażu potrafią zagmatwać obraz. I choć domyślam się, że to wątki polityczno-rewolucyjno-historyczne nie pozostały bez znaczenia w ostatecznym konkursowym rozstrzygnięciu, to dla mnie wartość „Domu” leży zupełnie gdzie indziej: w intymnym portrecie czterech kobiet. Choć bezsilnie obserwujemy gorzki rozbrat ich marzeń i rzeczywistości.

PS. Rzecz z Serii Proza – za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova!

#ComfortBooks Tag

Mam nadzieję, że oddajecie się błogiemu majówkowemu lenistwu, koniecznie z odpowiednią obstawą książkową – a że taki zestaw (to jest, lenistwo i książki) należy do zestawów wielce komfortowych, wywołuję z odmętów #ComfortBooks TAG. Anka Wstawiająca Tytuł pyta bowiem o książki, które są zawsze w sam raz. Jak się tak zastanowiłam, to imię ich legion – ale zasadniczo w Malitowym przypadku realizują one jeden standard: są to opowieści, które posiadają porządny happy end. Nie muszą w nim występować fajerwerki, tęczowe jednorożce i kiczowate obietnice, wystarczy po prostu takie rozwiązanie wątków, które dla uhołubionych przeze mnie bohaterów skończą się szczęśliwie. Uwaga: nie musi to być historia stricte miłościwa, mile za to widziana nutka rozrzewnienia. Mam dla Was trzy takie książki, w sam raz na komfortową majówkę.

Primo, „Janka z Latarniowego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Rzeczona Autorka zresztą większością swoich powieści wpisuje się w #ComfortBooks TAG, dość wspomnieć urodzinowy „Błękitny zamek”. Tym razem poznajemy historię Janki Stuart, zahukanej jedenastolatki, terroryzowanej przez surową Babkę i uznaną za niespecjalnie rozgarnięte dziecko (brzmi znajomo, prawda?). Pewnego dnia Janka dowiaduje się, że nie dość, że jej ojciec żyje (dotąd miała go za zmarłego), to jeszcze – o zgrozo! – życzy sobie, by córka spędziła z nim trzy miesiące wakacji. Dziewczynka z nastawieniem męczenniczki podróżuje więc z Toronto na Wyspę Księcia Edwarda, by poznać swojego rodziciela – i z miejsca pokochać go jako najlepszego z ojców i najwspanialszego przyjaciela. Spokojny i przekorny Tatko uczy Jankę nie tylko pływać i rozpoznawać gwiazdozbiory, ale przede wszystkim być pewną siebie i odważnie stawiać czoło wszystkim przeciwnościom losu. Piękna, kojąca historia. Rozrzewnienie murowane.

Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.
Oto wszystkie trzy, środkowa zaczytana do niemożliwości.

Secundo, „Gwiezdny pył” Neila Gaimana. To był mój pierwszy Gaiman, wiecie? Przepadłam z miejsca. Tajemniczy Mur i cały świat za Murem, wielki quest celem uzyskania wzajemności pewnej damy (oczywiście, okazuje się, że prawdziwa miłość takich questów nie wymaga, a Pragnienie Serca spełnia się w najbardziej nieoczekiwanych momentach), walki o władzę, zaklęcia, łowcy błyskawic, czarownice – wszystko tam jest. Rozrzewnienie? No troszkę też. Bardziej na smutno, ale zawsze. W ekranizacji za to rozrzewnienie murowane.

Tertio, „Szósta klepka” Małgorzaty Musierowicz. „Jeżycjadę” oceniam jak przysłowiowe wino – im starsze, tym lepsze. A najpierwsza „Szósta klepka” to jedna z moich ulubionych części. Jeszcze nie Borejkowie, a rodzina Żaków wprowadza czytelnika na poznańskie Jeżyce połowy lat 70-tych: jest mama-artystka Żakowa i Żaczek-inżynier, ich latorośle – niefrasobliwa Julia oraz zakompleksiona Celestyna, dziadek-inteligent, który ze wszystkich łakoci najbardziej lubi boczek, ciocia Wiesia i jej syn, skaranie-boskie-Bobcio… familijne perypetie, tchnące ciepłem, wiodą od cieknących karpi, przez opiekę nad niemowlęciem, rozterki miłosne i szkolne dramaty. Musierowicz w swojej najlepszej formie. Rozrzewnienie murowane.

Ale ze mnie, cholera, sentymentalistka.