Podróż za jednego jena

Trudno teraz napisać cokolwiek o Japonii, żeby wymknąć się z gajdzińskiego schematu dziwowania się różnych japońskim przypadłościom (aaa, siorbanie, gejsze, dziwne toalety, automaty z wszystkim, czego dusza zapragnie i cała paleta innych ekscesów). Takie dziwujące się reportaże były dobre w swoim czasie, na pierwsze spotkanie, na pokazanie po raz pierwszy tego innego jednak świata (z rozrzewnieniem wspominam tu tokijskie wojaże Budrewicza). Ale jak uciec schematowi? Ha, oto jest pytanie. Można próbować iść w stylistykę – arcydowcipne i świetnie napisane „W drodze na Hokkaidō” Fergusona jest tu doskonałym przykładem. Piotr Milewski natomiast poszedł w formę dzienniko-pamiętników i w podróżowanie jako takie. Bo jego „Dzienniki japońskie” to opowieść nie tyle o Japonii, a o podróży właśnie.

„Dziennikom” przyświeca cytat z Nicolasa Bouviera, uwaga, „Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie co innego niż to, po co się pojechało”. Piotr Milewski pojechał do Tokio w roku Królika (tj. w 1999) z niewielką ilością funduszy oraz znajomością podstawowych zwrotów (w tym: liczenie do stu i informacja „jestem głodny”). Zanurzył się w japoński klimat w najbardziej nieznośnej porze roku – tsuyu, czyli sześć deszczowych tygodni otulających wilgocią wszystko i wszystkich (niezbyt przyjemne, zaświadczam) i zamieszkał w Tokio, w maleńkim pokoju bez gazu i klimatyzacji, ale za to z wodą. Zimną. Spacerując, zwiedzał miasto, odwiedzając starych i nowych znajomych, a potem ruszył w trasę, na zachód, uzbrojony w śpiwór i zdany na życzliwość kierowców (tak, tak, autostop). Inuyama, Hikone, Kioto, Osaka, Nara, Himeji, Hiroszima – to tylko niektóre z miejsc, które odwiedził, choćby na jedno popołudnie. W roku Konia, trzy lata później, również autostopem zmierzał na północy wschód, w stronę Hokkaidō, zaglądając między innymi do Kanazawy czy Morioki.

W efekcie Autor raczej prześlizguje się po temacie. Trochę zwiedza, ale tylko trochę, bo go nie stać na jedzenie, nie mówiąc o biletach wstępu. Japonię poznaje, owszem, od południa na północ, od wschodu na zachód, geograficznie przemieszcza się właściwie po całym Honsiu i zahacza o Sikoku. W efekcie dostajemy reportaż-niereportaż, coś zawieszonego między pamiętnikiem a powieścią drogi. Paradoksalnie, samej Japonii w tym jest niewiele, więc nastawieni na zaspokojenie głodu wiedzy mogą się czuć rozczarowani, zwłaszcza, jak już coś niecoś kojarzą („Ty już to wszystko wiesz”, zauważył Król Małżonek z olimpijskim spokojem, komentując moje zżymanie się. Może nie wszystko, ale faktycznie, trochę wyszłam poza etap początkujący).

Zamek Nijō porą deszczową, czyli jeszcze Malitowe reminiscencje japońskie
Zamek Nijō porą deszczową, czyli jeszcze Malitowe reminiscencje japońskie

Mam mieszane uczucia co do całokształtu – przede wszystkim, trochę się  czułam zażenowana, czytając o tym, jak Autor co i rusz poszukiwał ławki w parku, żeby rozwinąć śpiwór i spędzić noc pod gołym niebem. Może dlatego, że moje podróże z zasady są podróżami komfortowymi (do czego się otwarcie przyznaję, nie dla mnie namioty i inne takie przyjemności). Nie jestem pewna, czemu ta ekstremalna bezjenowa wersja miała służyć – czy była kierowana jakąś głębszą potrzebą poznania, czy powodami czysto finansowymi. Zakładam, że chodziło o wgryzienie się w podróż, o zasmakowanie drogi w najbardziej hardkorowej z możliwych wersji. Trochę mnie to jednak zakłopotało.

Książka jest dość nierówna – abstrahując od nierówności w podziale na części, bo rok Konia jakby był dorzucony na szybko i na siłę – niektóre fragmenty są lepsze (tokijskie podobały mi się najbardziej), inne słabsze (prześlizgiwanie się po niektórych miejscowościach, jak choćby po Kobe, sprawia wrażenie powierzchowności i pozostawia spore pokłady niedosytu). Milewski ma naprawdę mocne momenty (opis pól ryżowych, łączących sacrum z geometrią euklidesową zachwycił mnie bez reszty), ale jednak za mało ich, by zrównoważyć ogólne płynięcie na fali szczegółowych opisów, kto i kiedy zabrał go na stopa.

Raz jeszcze: „Dzienniki japońskie” to rzecz o podróży. Czasem z dużym zacięciem filozoficznym tudzież wierszami autora, czasem z bardziej egzaltowanymi wynurzeniami, czasem z precyzyjnymi opisami gdzie, kto, jak. Najmniej jest o Japonii. Trochę czułam się trochę rozczarowana.

PS. Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.