Urodzinowo o Błękitnym Zamku

Jako się rzekło – dziś Co czyta Malita obchodzi 5 urodziny! Oddajmy się na chwilę banalnym „ach, kiedyż to minęło…” czy „jakże ten czas zleciał”, a teraz: wpis właściwy. Wpis ów realizuje wytyczne urodzinowej tradycji – co urodziny, to słów parę o ulubionej Malitowej książce. Panie, panowie, przed wami przesławna Lucy Maud Montgomery.

Ręka w górę, kto nie zaczytywał się swego czasu w opowieściach o Ani Shirley o włosach rudych jak marchewka? Otóż właśnie. Ja osobiście najbardziej zawsze lubiłam „Anię na uniwersytecie” i „Rillę ze Złotego Brzegu”, w starych wydaniach z pięknymi okładkami, zaczytywałam się też w „Jance z Latarniowego Wzgórza” czy „Dzbanie ciotki Becky”. Ale jest jedna książka szczególna w dorobku autorki, nieco mniej znana, ale nie mniej cudowna: „Błękitny Zamek”. Czyli Kanada, dokładniej miasteczko Deerwood, lata 20-te XX wieku.

Z „Błękitnym Zamkiem” powstało nieco tłumaczeniowego zamieszania – pierwsze polskie wydanie to bardziej wariacja na temat niż wierny przekład. Tłumacz powycinał kilka scen, zmienił imiona niektórych postaci (w oryginale para głównych bohaterów to Valancy i Barney) i zasadniczo skrócił całą powieść. Nie zmienia to faktu, że to ta okrojona wersja zajmuje specjalne miejsce w moim serduszku i nie planuję czytać tej bardziej odpowiadającej oryginałowi. Z przyczyn bardzo… osobistych. Bo Joanną zostałam ochrzczona nie bez powodu.

Wieloczęściowe, zaczytane i hołubione wydanie.

Powieściowa Joanna, de domo Stirling, jest starą panną. Wstyd przynosi całej familii: według Stirlingów Joanna nie należy do ogarniętych życiowo, brak jej urody, ogłady, polotu. I męża, ba, nawet narzeczonego. Łatka „tej gorszej”, raz przypięta, towarzyszy dziewczynie przez 29 lat życia. Choć Joanna w rzeczywistości ma w sobie dużo więcej ikry, niż rodzina mogłaby podejrzewać, z nieśmiałości i lęku nie potrafi przeciwstawić się surowej matce i wiecznie gderającej ciotce. Woli zamykać się w wymarzonym Błękitnym Zamku, swojej oazie spokoju, gdzie nie ma bronchitu, ploteczek z sąsiadkami i wiecznego porównywania się z piękniejszą o niebo kuzynką Oliwią. Marna egzystencja wlecze się i wlecze aż do dnia, gdy dziewczyna dowiaduje się od lekarza, że cierpi na nieuleczalną chorobę serca – co gorsza, został jej najwyżej rok życia. I Joanna postanawia ten rok przeżyć. Całą sobą.

Bardzo podziwiam Joannę. Stłamszona przez krewnych, którzy traktowali ją jak dziecko, potrafiła zerwać więzy konwenansów, zawalczyć o swoją niezależność i o swój Błękitny Zamek. A gdy niespodziewanie w jej życiu przyszła miłość – znaleźć w sobie na tyle odwagi, by nie zakopać tego uczucia gdzieś głęboko w odmętach duszy i na przekór świętoszkowatej społeczności Deerwood poślubić Edwarda, mężczyznę podejrzanego o najgorsze zbrodnie.

„Więzienie, w które chętnie wstępujemy, nie jest wcale więzieniem”, mówi Joanna do swego męża i trudno nie przyznać jej racji. Powieść Montgomery, choć mogłaby się zdawać przestarzałą opowiastką, niesie ze sobą odpowiednią dawkę wzruszeń i dużo mądrych treści. To historia o tym, że nikogo nie należy sądzić po pozorach. Że każdy ma swój Błękitny Zamek. I że wystarczy trochę odwagi, by go odnaleźć.

Po prostu – uwielbiam.