Osobliwość zawsze w cenie.

Kiedy przez internety przetaczała się fala zachwytów nad „Osobliwym domem pani Peregrine” Ransoma Riggsa, puściłam ją mimo uszu. To znaczy tak, zarejestrowałam, zapamiętałam, ale jakoś mój umysł zaszufladkował tę powieść na półeczce „bardzo, bardzo później”. I pewnie tak by zostało, gdyby Tim Burton nie zabrał się za ekranizację. Widzicie, Malita ma duży sentyment do Burtonowych wizji. A jak jeszcze w tytułową właścicielkę domu wcieliła się Eva Green – równie cudowna jako księgowa z wyobraźnią w moim ulubionym Bondzie, co rozczochrana czarownica w kiepskiej skądinąd ekranizacji Pullmana – puściłam się w te pędy do biblioteki.

Otóż zaczęło się od zbioru zdjęć: i u Pana Autora, i u Pana Bohatera. Ransom Riggs zgromadził różne stare fotografie – tak zwane „vernacular photos”, zwyczajne-niby zdjęcia, pokazujące codzienne sytuacje. W kolekcji Riggsa znalazło się także sporo fotografii, przedstawiających dość nietuzinkowe dzieci (tę część zbioru sponsoruje cudowne angielskie słówko creepy). Ot, fruwające niemowlę, lewitująca dziewczynka, niewidzialny chłopiec. I właśnie na kanwie tej kolekcji powstała historia Jacoba i osobliwych dzieci.

Handouts
Nieco-mniej-creepy przykład, z kolekcji Roberta Jacksona i Thanatos Archive.

Pan Bohater natomiast, czyli Jacob Portman, zbiór fotografii kojarzył od zawsze ze swoim dziadkiem Abrahamem. Dziadek zwykł raczyć chłopca niesamowitymi historiami ze swojego dzieciństwa: o sierocińcu na walijskiej wyspie, gdzie mieszkał wraz z osobliwymi dziećmi o talentach nie z tego świata, o ptaszysku, które strzegło porządku, o potworach, które chciały dopaść osobliwe dzieci. Na dowód pokazywał zdjęcia: fruwające niemowlę, lewitująca dziewczynka, niewidzialny chłopiec. Jacob wyrasta jednak z egzotycznych opowieści, wyrasta na chłopca zamkniętego w sobie i samotnego, godząc się z tym, że fantastyczne przygody podobne do tych Abrahamowych nigdy nie będą jego udziałem. O tym, że mylił się z kretesem, przekonuje się w dniu śmierci dziadka. Śmierci… osobliwej.

„Osobliwość” to słowo-klucz tej powieści, już samo jego brzmienie przyprawia o gęsią skórkę. Riggs popełnił fantastyczny (w sensie gatunku i w sensie jakości) dreszczowiec dla dużych i małych osobliwych czytelników, kreując świat intrygujący, a zarazem niebezpieczny. I bardzo sugestywnie go opisuje, dość rzec, że parę razy zdarzyły się solidne ciarki, a to u mnie rzadkość (prym tu wiedzie Lovecraft, dreszcze murowane przy każdej lekturze). Osobna porcja oklasków należy się załączonym fotografiom, dopełniającym atmosfery osobliwej opowieści – ojj, niepokojące to obrazki. Słówko creepy wciąż w mocy.

Nie szło się oderwać, przyznaję, acz już trochę ochłonęłam z całego tego magicznego świata. Dobrze raz na jakiś czas zanurzyć się w taką frapującą młodzieżówkę. Chętnie przeczytam ciąg dalszy – w oryginale ukazały się już dwie kolejne książki! – ale tym razem nie będę pędzić.

No, chyba, że do kina.

PS. Pan Autor taki fajny.

4 thoughts on “Osobliwość zawsze w cenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s