Seks, betel i czary – Wyspy Trobrianda sto lat po Malinowskim

Kiedy dawno, dawno temu natknęłam się na tę książkę w księgarni, zachłysnęłam się genialnością tego pomysłu – pojechać na Trobriandy śladami Malinowskiego, ach, to lepiej niż płynąć do Indii śladem Kolumba! Natychmiast odżyły mi w głowie wszystkie te stronice o ogrodach koralowych, wymianie kula i magii na drugim końcu świata, przeczytane na pierwszym roku w ramach poznawania podstaw antropologii. Bo wiecie, moi drodzy, jak Słowackim wielkim poetą był, tak Bronisław Malinowski wielki antropologiem był. Ba, ojcem antropologii terenowej! Ów drobny badacz w okularach wstał zza biurka i ruszył w teren. Dosłownie. Sto lat temu, przez łącznie prawie dwa lata, mieszkał wśród Kiriwińczyków na Trobriandach (dziś: Papua-Nowa Gwinea). Chodził, pytał (w tambylczym języku), fotografował, starał się być jak najbardziej obiektywny, zbierał legendy i opowieści, dokumentował obrzędy i rytuały. Po czym opublikował swoje badania w kilku pracach, wykazując przy tym zmysł marketingowo-reklamowy: jedną z nich zatytułował „Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji”.

Do tej pracy bezpośrednio nawiązuje Aleksandra Gumowska w podtytule swojego reportażu: „Życie seksualnej dzikich sto lat później”. Sam podtytuł, wraz z trzema tytułowymi słowami (seks, betel i czary – znów wracamy do zmysłu marketingowo-reklamowego), doskonale oddaje zawartość tej książki. Autorka dwukrotnie odwiedziła Kiriwinę, w tym wieś Omarakana, gdzie sto lat wcześniej badał terenowo Malinowski i jakby wskoczyła w jego czarno-białe zdjęcia: bo niby zmieniło się wszystko, a właściwie nie zmieniło się nic.

Malinowski wśród Trobriandczyków, 1918 rok

Aleksandra Gumowska, reporterka i dziennikarka, zdążyła zwiedzić kawał świata, zanim wybrała się na Trobriandy (łodzią z głównej wyspy Papui-Nowej Gwinei, dodajmy, nie poleca). Tam, bardzo gościnnie przyjęta przez wodza Omarakany, zamieszkała w chacie z liści i otrzymała stosowne imię. „Krewna Malinowskiego”, szeptali autochtoni, którzy doskonale wiedzą, kim był polski antropolog. Autorka podąża jego śladami nieustannie, zwiedzając Kiriwinę i sąsiednie wyspy, poszukując podobieństw do czasów Malinowskiego i odkrywając ten niezwykły świat. Świat bez prądu i kanalizacji, bez telefonu i bez wychodków. Gdzie swoboda obyczajowa wśród młodzieży wciąż dorównuje legendzie, ukutej przez Malinowskiego. Gdzie wciąż działają czarownicy (za odpowiednią opłatą rzucą zaklęcie na wrogą osobę), a czarownice – zwane mulukwausi – mogą przybrać postać kogoś bliskiego. Skądinąd, Malinowski miał cudowny sposób na nocne wiedźm odstraszanie, Wagnerowsko-wulgarny, strona 161 dla chętnych.

Sielska Wyspa Miłości, bo tak czasem określana jest Kiriwina, ma jednak swoje ciemne strony i autorka nie waha się pokazać ich palcem – od AIDS, przez nieudolność opieszałych urzędników, po upadek władzy wodzowskiej, dotychczas spajającej wszystko w jeden stabilny organizm. Tak, Zachód zawitał na Trobriandy i wcale nie pomaga tambylcom. Jak gorzko zauważa siostra Valentina, zakonnica mieszkająca na Kiriwinie, Zachód przynosi zmianę, nie rozwój: „Rozwój to coś, co wzrasta powoli, ale pozostaje. Tutaj jest raz lepiej, raz gorzej. To zmiany – nagłe i krótkotrwałe”.

https://i1.wp.com/ocdn.eu/images/pulscms/Mzk7MDQsMCw3NCw0NTAsMjZkOzA2LDMxNCwxYmM7MGMsMTQwYjFjZmU3ZjBhYzUyZWRjMDEwZDcwOTc4ZTg0YmUsMSwxLDYsMA__/a1dad0eeed70e81e8032f5406d6ee25d.jpg
Tak się tańczy kasawagę tomanabweta, czyli taniec zwany przystojnym. Fot.Aleksandra Gumowska

Jak wiecie, nie jestem reportażowa, ale tutaj nie szczędzę zachwytów. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do Malinowskiego mam duży sentyment: on wywodził się z Krakowa i zahaczył o moją Alma Mater, a ja z rozrzewnieniem wspominam pierwszy semestr na kulturoznawstwie, kiedy pracowicie wkuwaliśmy schemat rytualnej wymiany kula (do dziś pamiętam, że „raz w kula, zawsze w kula”, że naszyjniki z czerwonej muszli krążą po wyspach zgodnie ze wskazówkami zegara, a naramienniki z muszli białej odwrotnie). Ergo miło było wrócić do tych opowieści i poczytać coś na kształt ciągu dalszego. Po drugie, Aleksandra Gumowska zapewnia kolory opowieściom i fotografiom słynnego antropologa – dosłownie i w przenośni, bo w książce znajdziemy zestawienia zdjęć „dawniej i dziś”. To jak tchnięcie nowego życia w dawne dzieje, fascynująca wyprawa do przeszłości i teraźniejszości jednocześnie. Czasem zabawna, czasem przykra, czasem przerażająca. Nie jest to li i jedynie jednak analiza porównawcza, ale żywa opowieść o własnej podróży, bardzo barwnie napisana.

Na pewno ci, którzy znają choć trochę dzieła Malinowskiego, będą mieć więcej frajdy z „Seksu, betelu i czarów” (pierwotnie stało tu tylko pierwsze słowo z tytułu, ale nie brzmiało to jakoś specjalnie mądrze). Co nie znaczy, że prerekwizytem do lektury powinny być dzieła zebrane Bronisława M., wręcz przeciwnie. Czytajcie bez prerekwizytów, bo Wyspy Trobrianda to miejsce, które warto odwiedzić i dziś. Chociaż czytelniczo.

[tl;dr] Sto lat po słynnym antropologu. Seks, betel, czary – still applies. Warto!

PS. Ok, jedna mała prerekwizytowa sugestia. Bardzo zacny artykuł o Malinowskim, jego badaniach i jego dziennikach (a wyłonił się z nich zupełnie inny człowiek, niż można sądzić po oficjalnych pracach naukowych) – tu, na stronie National Geographic.
PPS. Wywiad z autorką i kilka zdjęć – tuże!

One thought on “Seks, betel i czary – Wyspy Trobrianda sto lat po Malinowskim

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s