Nie było chrztu i miało być pięknie.

„Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk to kolejny przykład książek, które określam jako „lodówkowe” – otwierasz lodówkę, a tam książka. Co i rusz gdzieś się natykałam, tu znajoma znajomej pożyczała, tu trafiam na recenzję, tu leży na stosie w księgarni… wreszcie, skusiłam się i ja. I to w całkiem odpowiednim momencie – wszak to ponoć w Wielkanoc Anno Domini 966 roku, czyli 1050 lat temu, książę Mieszko przyjął był chrzest, co niosło ze sobą ważkie konsekwencje.

Koncept „Szeptuchy” przynależy do dziedziny „co by było, gdyby…”. Dywagacje o mniejszym lub większym stopniu prawdopodobieństwa bardzo mnie interesują – ot, starczy wspomnieć historię „co by było, gdyby Jezus zszedł z krzyża i dał łupnia prześladowcom”, czyli przypadki inkwizytora Mordimera Marteddina. Miszczuk również podnosi wątek religijny – „co by było, gdyby w X wieku Mieszko jednak nie przyjął chrztu…”. Otóż byłoby tak: oto Polska, silne państwo słowiańskie, rządzone przez jednego  ostatnich monarchów Europy Wschodniej, Mieszka XII. Wiara przodków trzyma się mocno, w miastach może przywiązuje się mniejszą wagę do świąt i starych obrzędów, ale przesądy okołomagiczne (w stylu: nie farbuj włosów podczas okresu) są na porządku dziennym. Ba, bóstwa, demony, rusałki, płanetnicy i inne postaci nie z tego świata okazują się być bytami jak najbardziej realnymi. Czasem wyjątkowo wrednymi – ale tego przyjdzie się nam dowiedzieć w toku akcji.

Z pozycji niewierzącej i wątpiącej w całą tą nadnaturalną otoczkę startuje główna bohaterka, Gosława Brzózka, dziewczę w kwiecie wieku (24 wiosny, znaczy się), świeżo upieczona absolwentka studiów medycznych. Ale zanim Gosia zdobędzie upragniony lekarski fartuch, musi zgodnie z prawem odbyć roczną praktykę u szeptuchy. Tak, jest XXI wiek, ale w Królestwie Polskim instytucja szeptuchy, wiejskiej mądrej kobiety, wciąż funkcjonuje i ma się świetnie. Szeptuchy nie tylko sporządzają różne miłosne tynktury, ale też diagnozują i leczą. Czasem odsiewają hipochondryków od prawdziwie chorych, dzięki czemu „stanowią pierwszą linię obrony polskiej medycyny”, jak z przekąsem zauważa Gosława. Dziewczyna, współczesna do bólu, na każdą wyprawę do lasu przywdziewa odzież chroniącą przed kleszczami, a wszystkie podejrzane ziółka starannie myje w czystej wodzie. Nic dziwnego, że do stażu nastawiona jest niechętnie – a przyjdzie jej się wybrać w rodzinne strony, do Bielin, wioski małej i odludnej. Oczywiście, na miejscu na dzień dobry poznaje przystojnego ucznia lokalnego żercy, Mieszka, seksownego i odpowiednio zbudowanego, a dodatkowo spowitego mrokiem tajemnicy. Gosia powoli wdraża się w pracę szeptuchy, ale okaże się, że jest zaledwie pionkiem w olbrzymim, boskim planie…

Powiem tak – koncept naprawdę niezły, podobało mi się wykorzystanie postaci szeptuchy i wplecenie wszystkich dawnych wierzeń i postaci, od Welesa po utopca (wplecenie całkiem sensowne, dodajmy). Niestety, słabuje wykonanie, bo Miszczuk pisze raczej topornie. Irytowało mnie nieustanne wałkowanie Gosinego współczesnego podejścia do życia, podkreślanie jej braku talentu do prac manualnych, schematyczność wątku romansowego, a przede wszystkim, płaskość postaci. Mało w którą potrafiłam uwierzyć, jedynie sama szeptucha wzbudzała moją sympatię. Nie mówiąc o tym, że z pewną podejrzliwością podchodzę do książek, w których jesteśmy co i rusz informowani, jaki strój założyła bohaterka (od trampek, przez sukienkę, aż po majtki z Hello Kitty, a do tego słynny płaszcz na kleszcze).

Przyznaję, czyta się szybko, ale co i rusz widziałam podobieństwa do przesławnej „Gry o Ferrin” Katarzyny Michalak (lepsi ode mnie o niej pisali, patrz tutaj i tu też), żebym naprawdę mogła cieszyć się lekturą. Lecząca-widząca, przepowiednie, bóstwa bijące się o bohaterkę… brzmi znajomo. Nie ten poziom, oczywiście, ale skojarzenia nasuwały się nieproszone. Na minus dorzucam też parę potknięć logistyczno-logicznych: ot, choćby jakim cudem Góry Świętokrzyskie nazywają się Świętokrzyskie? Przecież w pogańskim państwie nie powinno być klasztoru na Świętym Krzyżu.

Podsumowując: miało być pięknie, wyszło jak zawsze. Szkoda, bo to zmarnowany potencjał, a troszku wątpię, żeby potencjał ów był nadrobion w częściach kolejnych (tak tak, szykuje się ciąg dalszy). Naprawdę szkoda.

[tl;dr] Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek.

PS. Ukłony ogromne dla Pani Redaktor z Grupy Wydawniczej Foksal za egzemplarz recenzyjny.

17 thoughts on “Nie było chrztu i miało być pięknie.

    1. Nie dyskryminuj Mieszków :3
      Serio – określenie „seksowny” to już moja interpretacja, ale po fragmencie „moje spojrzenie ześlizgnęło się po jego nagiej umięśnionej klatce piersiowej i twardym, wyrzeźbionym brzuchu” nasuwa się samo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s