Pan Darcy nie żyje, czyli wypadki przy pracy

Spokojnie. Tylko spokojnie. Tylko spokój nas uratuje. Tak, wiem, Darcy nie żyje, ale damy radę. Tak, rozkwasił się na bruku, ale to był wypadek. Chyba…

A teraz serio – chodzi o powieść „Pan Darcy nie żyje” Magdaleny Knedler. Zwykle miewam mieszane uczucia co do książek uzupełniających i/lub wykorzystujących wątki. Wiecie, jeden autor opiera się na drugim. Czasem wychodzi to przyzwoicie, czasem bluźnierczo, czasem arcyzabawnie. W kwestii Jane Austen bywam ostrożna, dość rzec, że na paluszkach podchodzę do zbliżającej się premiery filmowego opus zatytułowanego „Duma i uprzedzenie i zombie”. Tym razem, klikając „dodaj do koszyka”, pomyślałam sobie „a, nawet jak będzie złe, to i tak mam ochotę to przeczytać”. Będziecie zaskoczeni albo nie – nie było złe, ani trochę!

Magdalena Knedler wystartowała z raczej naukowego punktu siedzenia, pisząc pracę magisterską poświęconą obrazowi szlachty angielskiej w wybranych ekranizacjach powieści Jane Austen (ten moment, kiedy oglądasz filmy i robisz naukę jednocześnie – lubimy bardzo). I pewnego razu, gdy studiowała fotosy z planu „Dumy i uprzedzenia” z 2005 roku (Keira Knightley w roli Elizabeth, uroczo zmokły Matthew Macfadyen jako pan Darcy), w tym zdjęcia filmowego Longbourn, pomyślała – tu cytuję: „Ale fajny dom. I dach… a gdyby tak z tego dachu zleciał któryś aktor? Na przykład główny? Co by się wtedy stało z produkcją?”.

Groombridge Place, czyli Longbourn z 2005 roku. Fajny dom, fajny dach.

Na książkową realizację tych rozważań przyszło kilka lat poczekać, ale oto jest. Oto spadł, ten pan Darcy. A właściwie Peter Murphy, blondyn z loczkiem, który w powszechnej opinii bardziej nadaje się na Bingleya niż na Najsłynniejszego Bohatera Z Powieści Panny Austen. Zresztą, cała produkcja w reżyserii Alana Fawleya wydaje się być trefna – Lizzie (to jest, wybitna młoda aktorka, Zoe Alcott) jakaś taka chuda, plotki o anoreksji się szerzą i szerzą. Charakteryzatorka narzeka z kolei na Rosie Hinds, zatrudnioną do roli Jane Bennet, że podstarzała diwa i ma wory pod oczami jak basset. Zasadniczo, atmosfera na planie w Bridebridge Hall jest napięta i mało kto z ekipy tak naprawdę wierzy w powodzenie całego przedsięwzięcia. Ba, nawet nie chodzi o powodzenie w kinach, tylko o to, żeby film w ogóle nakręcić – pierwszy dzień zdjęć nie wypada najlepiej, mówiąc delikatnie. A do tego Zoe i kostiumografka Bell uciekają we dwie na rowerze. Jednym. Żeby całość jakoś zatuszować, reżyser wysyła ekipę na festyn do pobliskiego miasteczka. Wolny wieczór okazuje się brzemienny w skutki – Peter Murphy, seksowny przystojniak, spada z dachu. Czy sam, czy z czyjąś pomocą – to już rozstrzygnie dochodzenie. I wtedy dopiero zaczyna się zabawa.

Oczywiście, jak przyjdzie do przesłuchań i śledztwa, okaże się, że wszyscy zainteresowani mają jakieś tam grzeszki na sumieniu, nie tylko potencjalny morderca. Duchy przeszłości wynurzają się tu i ówdzie, dawne romanse nagle wychodzą na jaw, innymi słowy – kolorowy zawrót głowy. Tak, ja wiem, że tu tragedia i wypadek, ale serdecznie się ubawiłam całą błyskotliwością konceptu. Magdalena Knedler napisała wciągającą, klimatyczną historię, od której ciężko się oderwać. Ba, błogosławiłam gigantyczną kolejkę na poczcie, gdzie musiałam odsiedzieć 40 minut, ale przynajmniej mogłam w spokoju dokończyć lekturę. Raz na jakiś czas taka mniej zobowiązująca, pysznie bawiąca się konwencją i pełna intertekstualnych nawiązań książka bardzo dobrze robi każdej czytelniczej duszy. Janeici o kryminalnym zacięciu – to coś dla was. I nie tylko!

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/tumblr_m5zn9hvNbJ1rtgi2wo4_500.gif
Zmokły Matthew Mcfayden na zakończenie. Bo czemu nie.

PS. Okładka jest obłędna.