Nie było chrztu i miało być pięknie.

„Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk to kolejny przykład książek, które określam jako „lodówkowe” – otwierasz lodówkę, a tam książka. Co i rusz gdzieś się natykałam, tu znajoma znajomej pożyczała, tu trafiam na recenzję, tu leży na stosie w księgarni… wreszcie, skusiłam się i ja. I to w całkiem odpowiednim momencie – wszak to ponoć w Wielkanoc Anno Domini 966 roku, czyli 1050 lat temu, książę Mieszko przyjął był chrzest, co niosło ze sobą ważkie konsekwencje.

Koncept „Szeptuchy” przynależy do dziedziny „co by było, gdyby…”. Dywagacje o mniejszym lub większym stopniu prawdopodobieństwa bardzo mnie interesują – ot, starczy wspomnieć historię „co by było, gdyby Jezus zszedł z krzyża i dał łupnia prześladowcom”, czyli przypadki inkwizytora Mordimera Marteddina. Miszczuk również podnosi wątek religijny – „co by było, gdyby w X wieku Mieszko jednak nie przyjął chrztu…”. Otóż byłoby tak: oto Polska, silne państwo słowiańskie, rządzone przez jednego  ostatnich monarchów Europy Wschodniej, Mieszka XII. Wiara przodków trzyma się mocno, w miastach może przywiązuje się mniejszą wagę do świąt i starych obrzędów, ale przesądy okołomagiczne (w stylu: nie farbuj włosów podczas okresu) są na porządku dziennym. Ba, bóstwa, demony, rusałki, płanetnicy i inne postaci nie z tego świata okazują się być bytami jak najbardziej realnymi. Czasem wyjątkowo wrednymi – ale tego przyjdzie się nam dowiedzieć w toku akcji.

Z pozycji niewierzącej i wątpiącej w całą tą nadnaturalną otoczkę startuje główna bohaterka, Gosława Brzózka, dziewczę w kwiecie wieku (24 wiosny, znaczy się), świeżo upieczona absolwentka studiów medycznych. Ale zanim Gosia zdobędzie upragniony lekarski fartuch, musi zgodnie z prawem odbyć roczną praktykę u szeptuchy. Tak, jest XXI wiek, ale w Królestwie Polskim instytucja szeptuchy, wiejskiej mądrej kobiety, wciąż funkcjonuje i ma się świetnie. Szeptuchy nie tylko sporządzają różne miłosne tynktury, ale też diagnozują i leczą. Czasem odsiewają hipochondryków od prawdziwie chorych, dzięki czemu „stanowią pierwszą linię obrony polskiej medycyny”, jak z przekąsem zauważa Gosława. Dziewczyna, współczesna do bólu, na każdą wyprawę do lasu przywdziewa odzież chroniącą przed kleszczami, a wszystkie podejrzane ziółka starannie myje w czystej wodzie. Nic dziwnego, że do stażu nastawiona jest niechętnie – a przyjdzie jej się wybrać w rodzinne strony, do Bielin, wioski małej i odludnej. Oczywiście, na miejscu na dzień dobry poznaje przystojnego ucznia lokalnego żercy, Mieszka, seksownego i odpowiednio zbudowanego, a dodatkowo spowitego mrokiem tajemnicy. Gosia powoli wdraża się w pracę szeptuchy, ale okaże się, że jest zaledwie pionkiem w olbrzymim, boskim planie…

Powiem tak – koncept naprawdę niezły, podobało mi się wykorzystanie postaci szeptuchy i wplecenie wszystkich dawnych wierzeń i postaci, od Welesa po utopca (wplecenie całkiem sensowne, dodajmy). Niestety, słabuje wykonanie, bo Miszczuk pisze raczej topornie. Irytowało mnie nieustanne wałkowanie Gosinego współczesnego podejścia do życia, podkreślanie jej braku talentu do prac manualnych, schematyczność wątku romansowego, a przede wszystkim, płaskość postaci. Mało w którą potrafiłam uwierzyć, jedynie sama szeptucha wzbudzała moją sympatię. Nie mówiąc o tym, że z pewną podejrzliwością podchodzę do książek, w których jesteśmy co i rusz informowani, jaki strój założyła bohaterka (od trampek, przez sukienkę, aż po majtki z Hello Kitty, a do tego słynny płaszcz na kleszcze).

Przyznaję, czyta się szybko, ale co i rusz widziałam podobieństwa do przesławnej „Gry o Ferrin” Katarzyny Michalak (lepsi ode mnie o niej pisali, patrz tutaj i tu też), żebym naprawdę mogła cieszyć się lekturą. Lecząca-widząca, przepowiednie, bóstwa bijące się o bohaterkę… brzmi znajomo. Nie ten poziom, oczywiście, ale skojarzenia nasuwały się nieproszone. Na minus dorzucam też parę potknięć logistyczno-logicznych: ot, choćby jakim cudem Góry Świętokrzyskie nazywają się Świętokrzyskie? Przecież w pogańskim państwie nie powinno być klasztoru na Świętym Krzyżu.

Podsumowując: miało być pięknie, wyszło jak zawsze. Szkoda, bo to zmarnowany potencjał, a troszku wątpię, żeby potencjał ów był nadrobion w częściach kolejnych (tak tak, szykuje się ciąg dalszy). Naprawdę szkoda.

[tl;dr] Co by było, gdyby Mieszko nie przyjął chrztu? Smuteczek.

PS. Ukłony ogromne dla Pani Redaktor z Grupy Wydawniczej Foksal za egzemplarz recenzyjny.

Pan Darcy nie żyje, czyli wypadki przy pracy

Spokojnie. Tylko spokojnie. Tylko spokój nas uratuje. Tak, wiem, Darcy nie żyje, ale damy radę. Tak, rozkwasił się na bruku, ale to był wypadek. Chyba…

A teraz serio – chodzi o powieść „Pan Darcy nie żyje” Magdaleny Knedler. Zwykle miewam mieszane uczucia co do książek uzupełniających i/lub wykorzystujących wątki. Wiecie, jeden autor opiera się na drugim. Czasem wychodzi to przyzwoicie, czasem bluźnierczo, czasem arcyzabawnie. W kwestii Jane Austen bywam ostrożna, dość rzec, że na paluszkach podchodzę do zbliżającej się premiery filmowego opus zatytułowanego „Duma i uprzedzenie i zombie”. Tym razem, klikając „dodaj do koszyka”, pomyślałam sobie „a, nawet jak będzie złe, to i tak mam ochotę to przeczytać”. Będziecie zaskoczeni albo nie – nie było złe, ani trochę!

Magdalena Knedler wystartowała z raczej naukowego punktu siedzenia, pisząc pracę magisterską poświęconą obrazowi szlachty angielskiej w wybranych ekranizacjach powieści Jane Austen (ten moment, kiedy oglądasz filmy i robisz naukę jednocześnie – lubimy bardzo). I pewnego razu, gdy studiowała fotosy z planu „Dumy i uprzedzenia” z 2005 roku (Keira Knightley w roli Elizabeth, uroczo zmokły Matthew Macfadyen jako pan Darcy), w tym zdjęcia filmowego Longbourn, pomyślała – tu cytuję: „Ale fajny dom. I dach… a gdyby tak z tego dachu zleciał któryś aktor? Na przykład główny? Co by się wtedy stało z produkcją?”.

Groombridge Place, czyli Longbourn z 2005 roku. Fajny dom, fajny dach.

Na książkową realizację tych rozważań przyszło kilka lat poczekać, ale oto jest. Oto spadł, ten pan Darcy. A właściwie Peter Murphy, blondyn z loczkiem, który w powszechnej opinii bardziej nadaje się na Bingleya niż na Najsłynniejszego Bohatera Z Powieści Panny Austen. Zresztą, cała produkcja w reżyserii Alana Fawleya wydaje się być trefna – Lizzie (to jest, wybitna młoda aktorka, Zoe Alcott) jakaś taka chuda, plotki o anoreksji się szerzą i szerzą. Charakteryzatorka narzeka z kolei na Rosie Hinds, zatrudnioną do roli Jane Bennet, że podstarzała diwa i ma wory pod oczami jak basset. Zasadniczo, atmosfera na planie w Bridebridge Hall jest napięta i mało kto z ekipy tak naprawdę wierzy w powodzenie całego przedsięwzięcia. Ba, nawet nie chodzi o powodzenie w kinach, tylko o to, żeby film w ogóle nakręcić – pierwszy dzień zdjęć nie wypada najlepiej, mówiąc delikatnie. A do tego Zoe i kostiumografka Bell uciekają we dwie na rowerze. Jednym. Żeby całość jakoś zatuszować, reżyser wysyła ekipę na festyn do pobliskiego miasteczka. Wolny wieczór okazuje się brzemienny w skutki – Peter Murphy, seksowny przystojniak, spada z dachu. Czy sam, czy z czyjąś pomocą – to już rozstrzygnie dochodzenie. I wtedy dopiero zaczyna się zabawa.

Oczywiście, jak przyjdzie do przesłuchań i śledztwa, okaże się, że wszyscy zainteresowani mają jakieś tam grzeszki na sumieniu, nie tylko potencjalny morderca. Duchy przeszłości wynurzają się tu i ówdzie, dawne romanse nagle wychodzą na jaw, innymi słowy – kolorowy zawrót głowy. Tak, ja wiem, że tu tragedia i wypadek, ale serdecznie się ubawiłam całą błyskotliwością konceptu. Magdalena Knedler napisała wciągającą, klimatyczną historię, od której ciężko się oderwać. Ba, błogosławiłam gigantyczną kolejkę na poczcie, gdzie musiałam odsiedzieć 40 minut, ale przynajmniej mogłam w spokoju dokończyć lekturę. Raz na jakiś czas taka mniej zobowiązująca, pysznie bawiąca się konwencją i pełna intertekstualnych nawiązań książka bardzo dobrze robi każdej czytelniczej duszy. Janeici o kryminalnym zacięciu – to coś dla was. I nie tylko!

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/tumblr_m5zn9hvNbJ1rtgi2wo4_500.gif
Zmokły Matthew Mcfayden na zakończenie. Bo czemu nie.

PS. Okładka jest obłędna.

AAAA męża w Nowej Zelandii poszukuję

Macie czasem tak, że stoicie przed półką pełną książek i szukacie tej jednej, która NA PEWNO kiedyś tam stała, a teraz uparcie jej nie ma i nie ma? Otóż ostatnio z Mamą-Malitą przez dobre kilka minut lustrowałyśmy biblioteczkę w poszukiwaniu jednej z powieści Cobena, bezskutecznie, rzecz jasna. W międzyczasie moje spojrzenie padło na grubą książkę, wyjęłam, patrzę: „W krainie białych obłoków” Sarah Lark. Saga rodzinna, że Nowa Zelandia, że połowa XIX wieku. Przywłaszczyłam sobie natychmiast. A poszukiwany Coben stał na tej samej półce, niemniej jakoś go przeoczyłyśmy. Klasyka.

Ale Nowa Zelandia. Malitowe dotychczasowe kulturalne spotkania z tym krajem ograniczały się głównie do podziwiania bajecznych plenerów, przez które przechadzała się Drużyna Pierścienia. Krajobrazy faktycznie wielkiej urody – i przyjdzie się o tym przekonać także naszym dwóm bohaterkom, które ruszają w podróż życia na antypody.

Dla guwernantki Helen Davenport, lat 27, wyjazd do Nowej Zelandii może być ostatnią szansą na stworzenie szczęśliwego stadła małżeńskiego. Etykietka starej panny i lęk o własną przyszłość uwierają coraz mocniej, dlatego Helen decyduje się na brawurowy krok i odpowiada na anons matrymonialny z gazetki parafialnej. Ma wypłynąć jak najszybciej, by na miejscu stać się żoną lokalnego farmera na równinie Canterbury. Na statku spotyka młodziutką Gwyneirę Silkham, rudowłosą piękność o konkretnym charakterku (to, że dziewczyna woli jeździć konno i szkolić owczarki zamiast układać bukiety było nieustannym frasunkiem jej matki). Gwyn czeka na końcu świata podobny los – wychodzi za syna „owczego barona”, o którym nie wie prawie nic (notabene, takie wycieczki matrymonialne – tylko bardziej „na łowy” niż do konkretnego małżonka zdarzały się także w kierunki Indii, wiem, bo czytałam świetną „Ptaszynę” Lindy Holeman). Rodząca się przyjaźń pozwoli obydwu paniom przetrwać trudy rejsu… i trudy na miejscu, bo Nowa Zelandia przynosi wiele niespodzianek: od odmiennego klimatu, przez kontakty z tambylcami (Maorysi są raczej przychylni cudzoziemcom, ale do czasu), aż po rozterki małżeńskie, miłosne i matczyne. Nowe życie bywa dalekie od idylli.

nz_edoras_mount-sunday
Mount Sunday – tu stało Edoras.

Po raz kolejny – czytając powieść historyczną – nie mogę uciec od gorzkich rozmyślań nad losem kobiet, którym właściwie tylko małżeństwo mogło zapewnić w miarę godziwy byt i poważanie w towarzystwie. Kto bowiem poważa starą pannę, guwernantkę użerającą się z cudzymi dziećmi? Ileż własnych marzeń, pragnień i potrzeb musiało zostać zamiecionych pod dywan na przestrzeni dziejów. I dotyczy to nie tylko dam z wyższej klasy, jak Gwyneira, ale setek biednych dziewcząt, nie mających grama wpływu na swój los. Tak jak sieroty, oddane pod opiekę Helen na czas rejsu, wysłane do Nowej Zelandii jako służące. Niektórym się powiodło, inne… cóż, okoliczności zmusiły je do wątpliwie moralnych rozwiązań.

O takich książkach zwykło się mówić, że są barwne – może to wyświechtany frazes, ale do opowieści o krainie białych obłoków pasuje idealnie. Sarah Lark snuje historię dwóch kobiet, ale i dwóch rodzin; a gdzie dwie powieściowe familie, tam zawsze konflikty i niesnaski. Nowozelandzka sceneria z dyskretnie przemyconymi wiadomościami o Maorysach tworzy wspaniałe tło – tym bardziej było dla mnie wspaniałe, że prawie zupełnie nieznane. Za to historia Gwyn i Helen była momentami trochę przewidywalna, acz nie mam żalu. Znacie, znamy, posłuchajcie – takie sagi rodzinne mogę często. Bo oderwać się nie szło!

[tl;dr] Na podbój Nowej Zelandii w poszukiwaniu męża, czyli saga rodzinna z biglem. Dobre!

PS. A to w ogóle jest pierwszy tom sagi! Miło.
PPS. Mamie-Malicie dziękując za pożyczenie.

Znów Kraków, znów kryminał – ale za to jaki!

Po ostatnich przygodach z kryminałami zapowiedziałam sobie samej, że właściwie to nie jestem fanką i nie muszę sobie zrobić przerwę. Los chciał inaczej – i nie przypuszczałam, że tak szybko przyjdzie mi rewidować stanowisko. A wszystko za sprawą trylogii grobiańskiej Krzysztofa A. Zajasa, którą pochłonęłam jednym cięgiem w niecały tydzień. Profesor Zajas wykłada na co dzień teorię literatury na mojej Alma Mater – a w wymiarze praktycznym popełnił jak dotąd trzy powieści: kolejno: „Ludzie w nienawiści”, „Mroczny krąg” i „Z otchłani”.

Jak każdy szanujący się kryminał, i te trzy posiadają swojego Przedstawiciela Prawa i Porządku. No, czasem bardziej porządku i ogólnie pojętej ludzkiej sprawiedliwości, niż prawnych niejasności i regulaminu policyjnego. Komisarz Andrzej Krzycki, okrzyknięty w toku działań „najlepszy śledczym małopolskiej policji” posiada cechę w swoim fachu cenną a rzadką: intuicję. Bezbłędne wyczuwanie rozmówcy/podejrzanego, brawura i bezkompromisowość tworzą funkcjonariusza tyle nietuzinkowego, co skutecznego. Tę skuteczność zapewnia Krzyckiemu także jego partner, aspirant Lucek Bałyś, dowcipny młodzian o blond loczku na czole i wyjątkowych talentach kulinarnych. Razem zaczynają pracę nad dziwacznym wypadkiem w podkrakowskich Skałkach, który zawiedzie ich do świniarni w Grobianach i dawno nie rozwikłanego morderstwa. Ciąg kolejnych ofiar (przyznajmy od razu, ostatnich drani i łajdaków) pozwala przypuszczać, że za zbrodniami stoi tajemniczy Mściciel, jednoosobowy wymiar sprawiedliwości, mszczący się na tych, którzy umknęli oficjalnej kary w majestacie prawa. I tak się zaczyna historia Krzyckiego, Mściciela i wszystkich innych: trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie.

Trzy tłuste tomy, mniam!
Trzy tłuste tomy, mniam!

Piszę o trylogii jako o całości, jako że przyjęłam trzy książki jednym haustem (z małym łyczkiem „Onego” w przerwie). Ale właściwie to jest jedna opowieść, nie kolejne, osobne sprawy, jak to często bywa w cyklach książek o dzielnych detektywach, prokuratorach, komisarzach i innych w temacie. Trylogia grobiańska, mroczna i splątana, tworzy spójną historię o Mścicielu i kolejnych jego następcach, a wątki i postaci z „Ludzi w nienawiści” pełnią ważną rolę także w „Z otchłani”. Dodam jednak dla porządku, że każdym tomie tło jest nieco inne – choćby w ostatniej części Krzycki wraz z nowym, tajnym partnerem, księdzem Adamem, zostaje uwikłany w sprawę morderstw księży, której drugie dno tapla się bagienku hipokryzji różnych polskich instytucji, z hierarchami Kościoła tuszującymi liczne przypadki pedofilii na czele. Wszystko podane w odpowiedniej mieszance akcji, dowcipu, kiczu, patosu oraz refleksji życiowych.

To, co bardzo Zajasowi wyszło w całej opowieści, to solidne postaci, pełnokrwiste, barwne, niektóre wyjątkowo podłe (czasem aż za bardzo, ale cóż, czarny charakter być musi). Moim ulubieńcem, oprócz blondynka zwanego Lucy, jest małomówny szef techników Gargulski, który jednym zmrużeniem powiek potrafi przekazać więcej treści niż trzy artykuły w prasie brukowej. In plus bardzo też postaci kobiece, wszak czasem w kryminałach panie bywają sprowadzone do roli trofeum lub mały wyrazistej postaci drugoplanowej. Tu aż się roi od naprawdę ciekawych bohaterek: od Izy, przebojowej dziennikarki z Warszawy, przez Ewę, bez której komenda niechybnie by się zawaliła, aż po Dorotę o twardym charakterze i pewnej ręce trzymającej broń.

Jedyne, co mi nie leży (ostrożnie, spoiler!), to arcydisneyowskie zakończenie. Z reguły kryminały, jeśli już kończą się szczęśliwie, to z nutką (albo całą gamą) goryczy. Trylogia zaś (mam tu na myśli zwieńczenie wszystkich trzech części) została obdarzona iście cukierkowym happy endem, który wydaje się trochę nieprawdopodobny. Ale wybaczam. Lubię happy endy.

Jeśli wprowadzam pewne zamieszanie w kolejnych częściach trylogii i z wszystkimi bohaterami – wybaczcie. Zalecam uporządkowanie tego mojego entuzjazmu we własnym zakresie, tj. przeczytanie trylogii pióra Zajasa w trybie pilnym. Nie będziecie rozczarowani.

[tl;dr] Kawał kapitalnego krakowskiego kryminału. Nie pytać, czytać. ASAP.

PS. Ważne ogłoszenie parafialne – pierwsze, premierowe spotkanie z Krzysztofem A. Zajasem o „Z otchłani” już w tę środę (16.03) w empiku w Bonarce o 18:00. Będę tam ja, prowadząca całokształt, bądźcie i Wy!
PPS. Za całą trylogię bardzo dziękuję wydawnictwu Sonia Draga.

Ten On, Ten Śpik

Jak tylko internety zwiastowały światu wieść o „Onym”, zaczęłam odliczać dni do marca – poruszający debiut Zośki Papużanki (rudej i z kolczykami), czyli „Szopkę”, zaliczam do najgenialniejszych książek, jakie czytałam w życiu. Sznyclowe kapłaństwo do dziś tkwi mi głęboko w pamięci. Poprzeczka postawiona była wysoko, ale są tacy pisarze, którzy przeskakują poprzeczki lekko i bez trudów najwyższych. Oj, są.

Panie, panowie, oto Śpik. Mniejsza o to, jak ma na imię – przezwisko przylgnęło do niego od pierwszego dnia szkoły i odtąd nikt o nim nie pomyśli inaczej, łącznie z mamą Śpika. Ze Śpikiem od początku było coś nie tak. Może to dlatego, że mama Śpika, zamiast iść na patologię, odczekała, aż Śpik wyjdzie na świat sam. A może dlatego, że przewróciła się z siatką ziemniaków na brzuch ze Śpikiem. A może nie. Śpikowe dzieciństwo przypada na czasy, kiedy na pomniku stoi Lenin, na nogach królują relaksy, a ojcowie martenowskie stawiają piece. „Kto to jest Lenin?”, pyta Śpik. „Ten pan na pomniku”, wyjaśnia po serii natarczywych dopytywań mama Śpika. Wiadomo.

Na kartach „Onego” pojawiają się różne postaci, od całej klasy Śpika, przez pana sprzedającego sskarpety po Głównego Dyspozytora Ruchu, ale na dobrą sprawę prym wiodą dwie z nich: sam Śpik i mama Śpika. On jest jak Głupi Jaś z baśni dawnych – dziecięcy jurodiwy, niewiadomocoznimrobić. Mało mówi, mało czym się potrafi zasłużyć (chyba, że posłusznym a bezrefleksyjnym wykonywaniem poleceń obwiesio-kolesiów z klasy), tylko na tramwajach i rozkładach czwórki ósemki dziewiątki zna się doskonale. Ona potrafi już być tylko jego matką, nikim innym, urodziła wstyd i za ten wstyd się musi wstydzić przed innymi matkami. Ale ten dobrowolny przymus bycia matką Śpika jest jej powodem do dumy.

Zośka Papużanka, jak sama mówi, stawia na sposób, jako że nawet najnudniejszą z opowieści można pokazać zajmująco (i odwrotnie, wyborną historię zniszczyć słabą narracją). I mam wrażenie, że każda próba przedstawienia, o czym jest „On”, wpada w strumyczek komunałów, który z kolei wpada do rzeczki banalności (tak, my w Krakowie wszystko zdrobniamy, pieniążki na bilecik, kawusia i chlebuś). Na kartach „Onego” skrywa się takie niewypowiedziane, niedookreślone, które wwierca się i wkręca głęboko. Znów, jak w „Szopce”, przeczołguje emocjonalnie do Nowej Huty i z powrotem. A przeczołguje także dlatego, że Papużanka pisze doskonale. Narody, klękajcie w to krakowskie błotko teraz i natychmiast. Proza, która wylewa się strumieniami z Onych kart, płynie prosto do serca i czasem bardzo boli (dość rzec, że jedna scena przyprawiła mnie o szloch rozdzierający). Jeden przykład ilustrujący nie odda sprawiedliwości, bo o tę potoczystość pisania chodzi. O całość. I tę całość musicie po prostu przeczytać.

„O czym jest ta książka?”, pyta łagodnie Król Małżonek, widząc mnie zwiniętą w kłębek emocji na kanapie. „O Śpiku”, odpowiadam po chwili namysłu. „A kim jest Śpik?”. „Nikim, tak właściwie”, mówię.

Ale teraz myślę, że jednak kimś.

[tl;dr] Papużankowa proza – oklaski. Na stojąco.

PS. Wydawnictwu Znak Literanova, łącznie z Serią Proza, bardzo dziękuję za książkę – a Autorce za autograf!
PPS. Na szybkości – dziś dziś (10 marca) w Krakowie, w księgarni Pod Globusem, o 18:00, spotkanie autorskie – bądźcie!

Dziewczyna z rewolwerem w lodówce

https://i0.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/274000/274727/435040-352x500.jpgJest taki typ dzieł lodówkowych – otwierasz lodówkę, a tam dzieło. I to zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym tego słowa znaczeniu. Są bowiem książki/filmy/płyty, o których mówi i pisze się tyle, że aż mdli nieszczęsnego, zarzuconego nadmiarem przekazu odbiorcę. Są też i takie dzieła, o których po prostu głośno i niekoniecznie czujesz się przez nie zaszczuty, kiedy otwierasz drzwi lodówki. Raczej zaintrygowany. W Malitowym przypadku takim dziełem była „Dziewczyna z rewolwerem” Amy Stewart.

Amy Stewart znam z dzieła zupełnie innego: otóż dawno, dawno temu za jej sprawą poznałam zabójcze właściwości nieugotowanego ziemniaka (i jeszcze paru innych roślinek, z czysto teoretycznej dodajmy strony, bo jeśli chodzi o praktykę ogrodniczą, usycham kaktusy). A tu proszę, powieść, a tu proszę, historia, a tu proszę, oparte na faktach. Hałas poczyniony dookoła „Dziewczyny” (górna półka lodówki) i ogólny podziw wyrażany tu i ówdzie skutecznie zachęciły mnie do nabycia drogą kupna ebooka (a że była promocja…). Moja podróż do stolicy dawno nie była taka miła!

https://i0.wp.com/www.amystewart.com/wp-content/uploads/2015/04/Kopp-sisters-revolvers.jpg
Prasa wie swoje, czyli gazetowa ilustracja stosowna.

Za to podróż sióstr Kopp wcale miła nie była. Oj, nie. Constance, Norma i Fleurette wybrały się powozem po sprawunki do pobliskiego Paterson (wszystkie trzy, bo w domu okrutnie się nudziły, choć cały świat Anno Domini 1914 obfitował w wydarzenia, od Meksyku po Sarajewo). Niemniej po drodze zaliczyły bliskie spotkanie z samochodem, a właściwie zaliczył je powóz. Kierowca automobilu niespecjalnie był skory do wzięcia odpowiedzialności za wypadek, ale przyparty do muru, wyrzucił z siebie dane. „Henry Kaufman z Farbiarni Jedwabiu w Putnam”, zapisała skrzętnie Constance i obiecała przesłać rachunek za poniesione szkody. I tak zaczyna się wielka historia, w której nie braknie osobistych dramatów i cegieł z listami pełnymi gróźb. Butny pan Kaufman ani myśli uiszczać odszkodowania, a Constance odpuszczać winowajcy. Ale grzeszki pana Kaufmana sięgają o wiele głębiej niż brawurowa jazda samochodem – i siostry Kopp wplątują się w aferę bardzo niebezpieczną. Na tyle niebezpieczną, że szeryf prowadzący śledztwo podaruje im broń. A Constance, nieustraszona dziewczyna z rewolwerem, odkryje w sobie detektywistyczną żyłkę.

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu chwaliłam powieści historyczne za pokazywanie mniej znanych wydarzeń. „Dziewczyna z rewolwerem” idealnie się wpasowuje w ten wątek, bo historia trzech sióstr to, uwaga, fakt autentyczny. Amy Stewart pracowicie przekopała się przez gazety, księgi genealogiczne, dokumenty sądowe i inne źródła, dopisała to i owo od siebie… i tak powstała wciągająca a barwna powieść o dzielnej, acz nieco ekscentrycznej kobiecie, która z zimną krwią ćwiczyła strzelanie do celu i skrywała w sobie więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać. Pozostałe panny Kopp – uparta Norma, hodująca gołębie i rozpuszczona Fleurette o wielkiej urodzie i talencie krawieckim – nie ustępują siłą charakteru najstarszej z sióstr. Razem stanowią dość nietypową, pocieszną gromadkę i aż chce się im kibicować, nie tylko w sprawie Kopp-Kaufman, ale zawsze i wszędzie. Amy Stewart wykonała kawał dobrej roboty. Zajrzyjcie do lodówki, może czeka tam na Was „Dziewczyna z rewolwerem” – warto skosztować.

[tl;dr] On ma zapłacić odszkodowanie, ale nie chce, ona ma rewolwer i nie zawaha się go użyć.

PS. Obłędne zdjęcia tudzież wycinki z prasy znajdziecie na oficjalnej stronie Amy Stewart.
PPS. Okładka fantastyczna!

Szkot w Nagasaki, czyli jak zmodernizować Japonię

Japoniahttps://i0.wp.com/ewaznieba.blox.pl/resource/czysta_ziemia.jpg, jak wiecie, jest bliska Malitowemu serduszku, książkowo również: współcześnie, powieściowo, reportażowo, wszystko. Ostatnio, jak wiecie, zawinąwszy do biblioteki tylko oddać książkę, napatoczyłam się na półeczkę „często pożyczane”. No i wyszłam z kolejną książką. Taka spontaniczność wychodzi mi czasem na dobre, bo trafiłam na rzecz wartą uwagi – mianowicie, „Czystą ziemię” Alana Spence’a.

Osobną kategorię wśród japońskich opowieści tworzą u mnie te o gajdzinach przybywających do nowego, egzotycznego miejsca: i mam tu na myśli takie hity historyczne, jak „Szogun” (na Jamesie Clavellu poznałam pierwsze japońskie słówka) czy „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” (ach, David Mitchell!). Do tego szacownego gajdzińskiego grona dołącza także Thomas Glover, przybysz ze Szkocji, postać jak najbardziej autentyczna (Clavell też się nim inspirował, tym razem przy pisaniu „Gai-jina”). Ponoć jego losy pośrednio przyczyniły się do powstania jednego z najdoskonalszych dzieł operowych, jakie zna rodzaj ludzki – „Madamy Butterfly” Pucciniego (i to jeden z tych momentów, kiedy kompletnie nie przeszkadza mi, że historia gejszy opowiedziana jest po włosku).

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/ce/GloverFamilly.JPG
Thomas Glover z rodziną, około 1900 roku, w Nagasaki

Jest rok 1859 rok. Ambitny Tom Glover, postawny młodzian z Aberdeen, zdobywa bardzo lukratywną pracę w firmie kupieckiej i wyrusza na drugi koniec świata. Jeszcze na Dejimie, sztucznej wyspie wybudowanej dla cudzoziemców, poznaje trzy zasady, których powinien przestrzegać: nie wchodzić w drogę samurajom, nie mieszać się do polityki i uważać, z kim się sypia. Jak się łatwo domyślić, Tom łamie jedną zasadę za drugą, wychodzi na tym lepiej lub gorzej, ale konsekwentnie pnie się po szczeblach kariery i zarabia naprawdę olbrzymie pieniądze. Niby Tom planował wyjechać do Japonii zaledwie na dwa-trzy lata, ale sam nie wie kiedy zapuszcza korzenie (dom, żona, dziecię) i zaczyna się czuć odpowiedzialny za swoją nową ojczyznę: chce pomóc w modernizacji Japonii, co rzecz jasna oznacza nie tylko pchanie się do polityki. Handluje bronią, buduje okręty, a nawet pomaga w nielegalnym wówczas opuszczeniu kraju słynnej Piątce z Chōshū, młodym Japończykom, którzy pragnęli uczyć się na Zachodzie (jednym z Piątki był sam Itō Hirobumi, serdeczny przyjaciel Glovera, pierwszy premier Japonii). Historia własna dzielnego Szkota, jego wzloty i upadki, przeplata się z nową erą w Kraju Wschodzącego Słońca – erą wielce pamiętną.

Powieści historyczne, jako się już rzekło nieraz, cenię za przedstawianie znanych i mniej znanych opowieści w formie bardziej przyswajalnej i przyjemniejszej niż suche notki w podręcznikach tudzież encyklopediach. Tak, wiem, trywialna uwaga, ale jednak napisanie powieści historycznej, która potrafi wciągnąć mimo tego, że doskonale znamy przebieg wydarzeń i wielki finał akcji, to wyczyn godny oklasków. Książka Spence’a po pierwsze, wciąga, a po drugie – i to też zaleta – plasuje się raczej bliżej przedstawiania mniej znanych historii. Thomas Glover, anyone? No właśnie, nie jest to najbardziej rozpoznawalna postać świata. A losy Glovera, czy raczej Guraba-sana, w wydaniu Spence’a powinny się spodobać i początkującym w japońskiej historii, i bardziej zaawansowanym w temacie.

PS. Słuchamy, oczywiście, Pucciniego.