Pan z kosą, czyli Poldark

„Kosił?” zabrzmiało w słuchawce pierwsze słowo Mamy-Mality, kiedy ja już zdążyłam obejrzeć kolejny odcinek, a ona nie. Kto kosił, zapytacie – no jak to. Ross Poldark, tytułowy bohater serialu i/lub powieści Winstona Grahama.

Poldarkowy serial zdążył zrobić furorę, a ja zabrałam się do oglądania dopiero wtedy, kiedy za jego emisję zabrała się TVP. Lepiej późno niż później. Rozczochrany Aidan Turner, z blizną na policzku, szelmowskim uśmiechem tudzież smutkiem w duszy jest Rossem idealnym i choć nie należę do team-Poldark tak mocno jak do team-Bołkoński („Wojnę i pokój” BBC oglądałam równolegle), to jednak pan Poldark ma coś w sobie. Zwłaszcza, gdy kosi.

Ale kto ten pan Poldark – zapytacie być może. Otóż to młody szlachcic rodem z Kornwalii, który powraca na ojczyzny łono po wojennych doświadczeniach za oceanem (jest rok 1783, rewolucja amerykańska, walka o niepodległość, Poldark broni praw mateczki Brytanii, te klimaty). Los przynosi mu jednak same smutki i rozczarowania zamiast radosnych powitań: ojciec Rossa zmarł, pozostawiając rodzinny dwór w opłakanym stanie, a wielkiej urody ukochana wychodzi za innego. Za kuzyna Rossa, dokładniej, jego wielkiego przyjaciela. Ktoś inny mógłby popaść w rozgoryczenie, rzucić w diabły schedę i nieszczęśliwą miłość, ale nie Ross. O, nie. Pan Poldark zakasuje rękawy i bierze się do roboty – porządkuje dwór, próbuje przywrócić świetność ojcowskiej kopalni miedzi i choć trochę zmienić życie kornwalijskich górników. Przy okazji zmienia też własne, zwłaszcza po tym, jak zatrudnia do pomocy w kuchni wychudzoną dziewczynę imieniem Demelza.

ross-poldark
Trochę wieje na tych kornwalijskich klifach.

„Ross Poldark” jest pierwszą częścią wielkiej sagi rodzinnej i nie udaje niczego więcej: romanse, rodzinne przepychanki, pieniądze, interesy, och, lubimy wielce takie sploty opowieści. Ciężko powiedzieć, jak by się to czytało bez znajomości serialu: połowa pierwszego sezonu obejmuje wszystkie książkowe wydarzenia prawie jeden do jednego, a i postaci trudno wyobrazić sobie inaczej, niż te, które zna się z ekranu. Przyznaję jednocześnie, że pasują idealnie.

W tym miejscu należy dodać, że Ross jest bohaterem naprawdę przyzwoitym – to ten typ, który wstawia się w sądzie za swoim służącym przyłapanym na kłusownictwie – ale bez nadmiernej ilości lukru. Ot, porządny facet i z całego serducha chce mu się kibicować. Niech mu się uda, z kopalnią, majątkiem, życiem osobistym, z wszystkim. A ta dawka gniewu w duszy pana Poldarka wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie: czyni postać bardziej autentyczną (a czytelniczki mdleją z zachwytem). Acz nie tylko Rossowi kibicowałam mocno – moją ulubioną bohaterką pozostaje Demelza, dziewczę z biglem, a trójcę ulubieńców zamyka Verity, poczciwa kuzynka Rossa. Dla takich postaci chce się czytać dalej i dalej. Ergo to właśnie planuję.

[tl;dr] On, ona, historia, Kornwalia, kopalnie, familijne opowieści – nie potrzeba mi wiele więcej.

PS. Ile skoszonej przez Rossa trawy – tyle skrzyń wdzięczności posyłam Pani Redaktor z wydawnictwa Czarna Owca.

Krakowski światek kryminalny

Jak się już rzekło wielokrotnie, jedną z najzacniejszych stron posiadania bloga czytelniczego jest fakt, że różni ludzie przynoszą/polecają/pożyczają kolejne lektury. No wiecie, w stylu „to ci się spodoba, skoro czytałaś XYZ” aż po „a bo znajoma znajomego… chcesz książkę?”. Nie da się ukryć, że na hasło „chcesz książkę?” całe moje jestestwo zwykło się układać w metaforyczne „tak tak daj proszę!”. I mniej więcej tą drogą weszłam w posiadanie „Wagi” Bartłomieja Basiury. Czyli kryminał. Czyli Kraków.

Zaczyna się do sterty rozsypanej układanki i całego kalejdoskopu wątków, które tylko pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Otóż jest Dagmara, studentka prawa, która odbywa praktykę na komendzie policji. U swego ojca, dodajmy – Miłosza „Lamy” Goczałki, legendy krakowskiego Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego. Z kolei Szymon, bezrobotny absolwent dziennikarstwa, planuje pisać biografię doktora Droubera, dość frapującej (i wrednej) postaci. Do tego ambitna Edyta Kotarska, która ma mnóstwo kłopotów w pracy (zastępca dyrektora aresztu przy Montelupich to nie przelewki) i niewiernego męża (przystojny Adam, pilot, co lotnisko to kochanka) (no, prawie). Te i inne postaci połączy zbrodnia: z początku niby tylko tragiczny rezultat porachunków pseudokibiców. Trzy ciała, znalezione w jednym z krakowskich mieszkań, wiodą do kolejnych ciał, a w każdym brakuje jakiegoś organu. Jakby ktoś je kolekcjonował… policja i prokuratura drepczą w kółko, w areszcie przy Monte sprawy się komplikują, a nagle znikąd pojawia się tajemnicza firmo-instytucja, Insight, która przynosi więcej pytań niż odpowiedzi – jakby tych pierwszych było mało.

O ile pomysł i splecenie wątków naprawdę niezłe – choć początkowo ciężko było się wciągnąć, końcówkę czytałam do późnej nocy – to wykonanie słabsze, momentami mocno toporne. Mieszanie normalnej, trzecioosobowej narracji z elementami gwary więziennej czy potknięcia stylistyczne typu „zrobił kolejny łyk” trochę irytują przy czytaniu. Ujmując rzecz nieco od innej strony: swego czasu „Nowa Fantastyka” publikowała porady dla piszących w wydaniu Michaela J. Sullivana. Część z nich była świetna, część dość oczywista, ale jedna z nich mocno zapadła mi w pamięć. Parafrazując: lepiej pokazywać, niż opowiadać wprost i łopatologicznie tłumaczyć wszystko czytelnikowi. Więc jeśli w ciągu kilkunastu stron trzy razy dowiaduję się, że Dagmara „nie należała do bystrych” i „nigdy nie grzeszyła inteligencją”, to sama czuję się jakoś taka mniej bystra przez to. Jako że wolę powieści o słabszej fabule, ale wyśmienicie napisane od tych kiepsko napisanych, ale z pomysłem na akcję – trochę jestem rozczarowana.

[tl;dr] Początek toporny. Finał mocny. Forma utykająca. Nie przekreślam na amen.

PS. A za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Videograf.

Coś zwietrzałe te przyprawy

https://i0.wp.com/www.fabryka.pl/uploads/tx_evoproducts/mi/st/mistrzyni-przypraw_chitra-banerjee-divakaruni-99902072531_978-83-7506-704-0_600.jpgMalita ostatnio z nosem bardziej w opracowaniach naukowych, bo a.) trzeba b.) te książki, które akurat pragnę przeczytać asap, z reguły leżą schowane pod folią na czas remontu. Ale chwilami decyduję się na dzielną walkę z kurzem i pyłem, odkrywam folię i wynoszę w bezpieczne miejsce kolejne egzemplarze. Jak „Mistrzynię przypraw”, choć ona akurat mogłaby sobie tam jeszcze poleżeć.

Są takie niezwykłe kobiety, które swoją miłość do przypraw potrafią przekuć na jak najbardziej realną pomoc życiową: oto złocistobrązowy cynamon przynosi przyjaciół, ziarna sezamu zmielone z drewnem sandałowym leczą choroby żołądka, olej brahmi na ostudzenie gniewu. Niezwykłe kobiety, których słuchają przyprawy, uczą się od Najstarszej pieśni i zaklęć i z niedostępnej wyspy wyruszają w swoje misje.

Najbardziej niezwykła, najzdolniejsza jest Tilo, kobieta pyszna i uparta. Wbrew sugestiom Najstarszej rusza do kalifornijskiego Oakland, by tam prowadzić sklep z przyprawami. Niby-zwyczajne miejsce, do którego Tila jest przywiązana aż do końca swojej misji. Sprzedaje nasiona, przyprawy i inne drobne smakołyki, a do każdego zakupu dodaje magiczną modlitwę dla nabywającego – dla żony Ahuji dający siłę fenkuł, goździk współczucia dla Jagjita… Dla lokalnej społeczności Tilo staje się małą wyrocznią, staruszką wiedzącą i potrafiącą uczynić więcej niż zwykli śmiertelnicy, a jej sklepik oazą spokoju w zabieganym świecie. Mistrzyni przypraw ma obowiązek pomagać wszystkim – oprócz siebie. Nie wolno jej opuszczać sklepu, nie wolno jej dotknąć żadnego śmiertelnika, a już przede wszystkich – obdarzyć go uczuciem. I tak Tilo zostaje wystawiona na poważną próbę, gdy w jej drzwiach staje pewien Amerykanin…

Image by Mukti's Kitchen
„Byłaś jedyną, w której dłoniach przyprawy zaśpiewały w odpowiedzi”

Ujmijmy to tak: punkt wyjściowy jak najbardziej daje radę (szczypta magii w przyprawach, poświęcenie, złośliwy los), ale wykonanie… za wysoki poziom pretensjonalności jak na mnie. Lubię lubić bohaterów, niemniej trudno mi było poczuć sympatię do afektowanej Tilo, a poznałam ją dobrze: pierwszoosobowa narracja zapewnia wgląd w myśli i wszystkie emocje. Jej rozterki, pragnienia, konflikt tychże pragnień z obowiązkiem – egzaltowane, aż strach. Ciężko mi podać jeden przykład, to raczej wrażenie, które wyciągam z całości. A wiem, że da się takie rozdarcie w duszy opisać przekonująco – żeby nie szukać daleko, Morgiana z „Mgieł Avalonu” to doskonale napisana postać, a rozterek też miała co niemiara. I choć nie popieram pewnych jej decyzji, to w pewien sposób je rozumiem. W przypadku Tilo natomiast – miałam ochotę chwycić ją za sari i potrząsnąć z gromkim „Ogarnij się, kobieto!”.

Nie ogarnęła się, niestety. A miało być tak pięknie.

Projekt Szekspir, czyli kochamy retellingi

Instytucja retellingów bardzo mi leży, nie ukrywam, zarówno w wersji filmowej, jak i książkowej (specjalne miejsce w tej kategorii zajmują „The Lizzie Bennet Diaries”, które oglądam cięgiem tak raz do roku). Jak usłyszałam o Projekcie Szekspir, z miejsca się zachwyciłam – wielcy tego świata opowiadają na nowo dzieła wielkiego tego świata. Pisarze opowiadają Szekspira. O, tak.

Pierwsza powieść z cyklu to bardzo osobisty namysł nad „Zimową opowieścią”, nieco mniej znaną sztuką Szekspira. Oryginał przedstawia historię przebaczenia, które często pojawia się w późnych sztukach mistrza ze Stratford-upon-Avon (ileż można o tej zemście…). A Jeanette Winterson (pamiętacie jej młodzieżowy „Dom na krańcu czasu”?) mówi o niej „element słowa/świata pisanego, bez którego nie potrafi żyć” i przyznaje, że „Zimowa opowieść” towarzyszy jej od ponad trzydziestu lat.

Retelling, który proponuje Winterson, przenosi nas z szekspirowskiej niby-Sycylii między innymi do tętniącego życiem Londynu i sielankowej Wirginii. Osadza w nowej rzeczywistości znane postaci: porzucone dziecko, które znajduje nową rodzinę i przynosi jej ocalenie. Oszalałego z zazdrości mężczyznę, który miał wszystko. Jego żonę, cudowną istotę i artystkę, zniszczoną przez tę zazdrość. Jego przyjaciela, który nie daje sobie rady z nadmiarem bliskości w relacji. Historia wszystkich razem i każdego z osobna potrafi zaczarować, podobnie jak sposób przeniesienia całokształtu we współczesne realia (na marginesie: wątek anielskiej gry – po prostu cudo!).

Jednak to, co u Winterson ujęło mnie najbardziej, to sposób podania. Matko jedyna, jak to jest przepięknie napisane! To jest jedna z tych książek, w których rzeczywistość w sposób nie do końca zrozumiały przeplata się z czymś cudownie onirycznym. Nie mówiąc o tym, że połowę książki ma się ochotę pozaznaczać, a najpiękniejsze cytaty przepisać do specjalnego kajecika. Zwłaszcza ten:

W tym skąpanym w nocy łóżku szukam przy tobie odwagi na następny dzień. Żebym zwróciła się w jego stronę, gdy nastanie światło. Nie może być nic prostszego. Nie może być nic trudniejszego.

Szekspir w każdym wydaniu daje radę, a w takim już zwłaszcza. Rozpływam się. Koniecznie musicie to przeczytać.

PS. Ciąg dalszy Projektu Szekspir: Margaret Atwood opowiada na nowo „Burzę”, a Jo Nesbø „Makbeta”. Nie mogę się doczekać!

Rzecz o rasie, rzecz o miłości

Wiadomy Portal społecznościowy swego czasu doniósł Wam, że czasem czuje się całe oceany ulgi po skończeniu książki. Niekoniecznie dlatego, ŻE się skończyła, ale JAK się skończyła. Więcej o zakończeniach opowiadać nie będę, bo ja z tej ekipy, która spoilery traktuje jako świętokradztwo rangi najwyższej. No, staram się.

O „Amerykaanie” przeczytałam u Ekrudy już długą chwilę temu i uświadomiłam sobie, że Nigeria to jeden z tych wielu krajów, o których może i odrobinę wiem, ale za to zupełnie, totalnie, kompletnie nie znam od strony literackiej. Kilka miesięcy oczekiwania w bibliotece – i oto jest. Kilka stron przejrzanych celem researchu na temat autorki – oto są. Chimamanda Ngozi Adichie, rodem z Nigerii, przeniosła się na studia do USA, gdzie szło jej świetnie i z nauką, i z pisaniem, vide jej debiutancka powieść, „Fioletowy hibiskus” i kolejne dzieła. Nie można zapomnieć też o wykładach dla TED tudzież o występie w teledysku Beyoncé (witaj, postmodernizmie).

Jej „Amerykaana” to powieść o rasie i o miłości (kolejność obojętna). Otóż Ifemelu i Obinze poznali się w liceum w Lagos i zakochali w sobie bez pamięci. Ich codzienna rzeczywistość, czasy wojskowej dyktatury, jeszcze bardziej umacnia w postanowieniu: wyjechać z kraju. I to nie byle gdzie, a do Stanów Zjednoczonych, ziemi obiecanej, wyczytanej, poznanej przez kulturę, literaturę, muzykę. Ifemelu faktycznie wyjeżdża do USA na studia i choć jej życie po drugiej stronie oceanu to początkowo raczej upadki niż wzloty, to jednak wreszcie przebojem zdobywa nową rzeczywistość. Nowi przyjaciele, związki i romanse bledną jednak wobec wielkiego problemu: jak być czarną w Ameryce. Czarną nie-Amerykanką. Z obserwacji, czasem mocno zgryźliwych, rodzi się poczytny blog. Niby życie się układa, ale… Ifemelu postanawia wracać do Lagos. I w tym punkcie powrotnym, punkcie wyjściowym, spotykamy ją po raz pierwszy. Dopiero potem Chimamanda Ngozi Adichie pokazuje, jak do tego punktu wyjścia doszło, snując jednocześnie dużo mniej pomyślną historię Obinze. Dawny ukochany Ifemelu nie dotarł do Ameryki – problemy wizowe po 11 września – usiłuje zatem utrzymać się w Londynie (on, piekielnie zdolny i praworządny, wiedzie żywot nielegalnego imigranta), a gdy i tam zawodzi, robi nieco tylko szemraną karierę w Nigerii. Dom, rodzina, dziecko. I nieustanna tęsknota za milczącą Ifem.

https://americanahblog.files.wordpress.com/2014/09/image.jpg
Nigeryjski widoczek prosto z bloga Ifemelu (patrz PS).

„Amerykaana” – czyli ta, która powróciła z Ameryki – opowiada historię dwojga niezwykłych ludzi, ale snuje też rozważania na bardziej „makro” poziomie: o konstruowaniu na nowo własnej tożsamości w nowym miejscu, o byciu czarnym nie-Amerykaninem i czarnym Amerykaninem, o dyskryminacji, poprawności politycznej i o tym, że manifestacją polityczno-społeczną mogą być nawet włosy. Zwłaszcza włosy. Wiecie, jak trudno uczesać prawdziwe afro?

Wyjąwszy kilka potknięć translatorskich (ale nie tak rażących, żeby się wwiercały w pamięć), „Amerykaana” przykuwa i hipnotyzuje od pierwszych stron i mało którym bohaterom kibicowałam tak gorliwie a namiętnie, jak Ifem i Obinze. Po pierwsze, żeby im się udało, a po drugie, żeby im się udało razem. Oprócz sympatii w ich kierunku bardzo podobało mi się też tło kulturowe: zarówno Nigeria, jak i Stany, z zupełnie nowej, rasowej i nie tylko, perspektywy. W pewnym momencie wśród amerykańskich przyjaciół Ifem toczy się dyskusja o literaturze i Shan, wyjątkowo irytująca osóbka (i pisarka, dodajmy), stwierdza, że:

„W tym kraju nie można napisać szczerej powieści o rasie. Gdybyś napisała, jak rasa wpływa na ludzi, byłoby to zbyt oczywiste. Czarni pisarze, którzy tworzą w tym kraju fikcję literacką, wszyscy trzej, nie te dziesięć tysięcy płodzących bzdurne powieści o gettach w jaskrawych okładkach, mają dwie opcje do wyboru: albo będą pisać wspaniale, albo pretensjonalnie”.

Choć Shan miała na myśli trochę inną literaturę, biorę jej podział za dobrą monetę. Chimamanda Ngozi Adichie pisze wspaniale. Kropka.

PS. Tu znajdziecie stronę autorki, a tu blog samej Ifemelu, ten drugi, prowadzony już z Lagos. Zalecam czytać po „Amerykaanie”.

Ostrożnie z przesyłkami kurierskimi

Mało którego detektywa lubię tak bardzo, jak Cormorana Strike’a (już samo to imię!). Przytyty, nadmiernie owłosiony olbrzym-weteran o zgryźliwym humorze i z protezą nogi zdecydowanie odkuł się od sytuacji wyjściowej (brak kasy, brak perspektyw, brak klientów w agencji detektywistycznej i ogólny Weltschmerz) w tomie pierwszym. Tom drugi to świadectwo całkiem dobrej passy – głośna sprawa z pewnym zaginionym manuskryptem i dość… literackim morderstwem. Tom trzeci rozpoczyna się od makabrycznej przesyłki, a potem napięcie rośnie. Uważajcie na kurierów, moi drodzy. Zwłaszcza jeżdżących czarno-czerwoną hondą.

Otóż pewnego pięknego poranka Robin Ellacott, asystentka Strike’a, otrzymuje przesyłkę do agencji. Nic w tym dziwnego – większość paczek okołoślubnych zamawia na adres biurowy, skoro przesiaduje w pracy całymi dniami. Jednak w kartonie zamiast eleganckich zaproszeń leży odcięta kobieca noga. Owa przesyłka staje się preludium nie tylko do kolejnej sprawy dla agencji Strike, ale także przyczynkiem do unurzania się w paskudnej przeszłości. Cormoran na dzień dobry ma trzech podejrzanych, zupełnie innych, rzecz jasna, niż policja. Oficjalne śledztwo toczy się powoli, więc Cormoran i Robin – partnerzy w akcji – ruszają w drogę, i to dosłownie: rozklekotanym land roverem odwiedzają kolejne miasta, rozgrzebując sprawy minione i pozornie coraz bardziej tracąc trop. Zbrodnie się mnożą, a ich sprawca ma obsesję nie tylko na punkcie detektywa, ale również jego asystentki…

Czasem tak jest, że w kryminałach bardziej ceni się otoczkę niż intrygę (profesorowa Szczupaczyńska, do raportu!). O ile poszukiwanie mordercy i nadawcy paczki składa się na całkiem przyzwoity wątek (równie przyzwoite i równie paskudne są wątki poboczne, vide wszyscy trzej podejrzani), to tutaj bardziej raduje jednak część obyczajowa. Szczęśliwie dalej unikamy kiczowato romansowych wstawek na linii Corm-Robin, ale jednak obydwoje niespecjalnie dobrze czują się w aktualnych związkach, a ich życie prywatne mocno rzutuje na pracę agencji. Tym razem to Robin wyjątkowo obrywa w sferze damsko-męskiej, ślub już za trzy miesiące, a końca problemów nie widać.

Skądinąd, mam wrażenie, że „Żniwa zła” są bardziej o Robin, niż o Cormoranie. Nie tylko właściwa mordercza intryga wysuwa dziewczynę na pierwszy plan i stawia na równi ze Strikiem, ale przede wszystkim lepiej poznajemy jej przeszłość. Pewne wydarzenia z życia Robin rzutują nie tylko na jej uczucia do płci przeciwnej, ale przede wszystkim na marzenie o pracy w agencji i zostanie detektywem. Marzenie, które wspiera Strike, a torpeduje matka i przyszły mąż Robin. Nie sposób uniknąć kolejnych konfliktów w tej kwestii.

Nie potrafię ocenić, która z dotychczasowych Cormoranowych opowieści podobała mi się najbardziej i to już coś mówi o „Żniwach zła” – Galbraith/Rowling nieustannie trzyma poziom i idzie w jak najbardziej słusznym kierunku.

Tylko ta końcówka. Błagam. Taki cliffhanger, że aż zęby bolą. Fukałam przez dobrych kilka minut, rozdzierająco pytając „jaaaak to?!”. Czekam na tom czwarty. Niecierpliwie.

PS. Ktoś dzwoni do drzwi. Mam nadzieję, że to nie kurier.
PPS. Kurier. Przyniósł buty. Seems legit. </czarny humor>