Sagi rodzinne… meh.

https://i0.wp.com/www.granice.pl/sys6/pliki/okladka_k/7c38b4340b2b4278496c9740c31440ae.jpegJuż kiedyś wspominałam, że – uwaga, cytuję samą siebie – przeczytanie raz na jakiś czas grubaśnej powieści obyczajowej o starej dobrej Anglii korzystnie wpływa na samopoczucie. Wielkie sagi rodzinne, grzeszki, miłości (w wersji z happy endem i w wersji tragedia-bardziej-niż-Szekspir), romanse (których owoce zawsze wyjdą na jaw, nie ma się co łudzić), spory o spadek, monumentalne rodzinne posiadłości… och, cudo. Bardzo takie lubię. Wińcie sagę rodu Whiteoaków (to, co prawda, kierunek Kanada, ale też familia, wspaniała rezydencja tudzież romanse), przerobiłam wszystkie szesnaście tomów, gdy miałam dwanaście bodajże lat.

Problem w tym, że dobre samopoczucie zapewnia dobra powieść obyczajowa. Ergo na przykład taka, w której polubimy chociaż część bohaterów. A rodzina Penmarów, skądinąd wzorowana na Plantagenetach (Henryk II, Eleonora Akwitańska i cała ta radosna ekipa), wybitnie nie przypadła mi do gustu. Niestety.

Otóż gdzieś w Kornwalii wznosi się majestatyczna acz posępna posiadłość, tytułowy Penmarric. Spory o to, kto akurat zarządza domostwem, ciągną się przez wszystkie pokolenia rodu Penmarów. Zresztą w tej rodzinie ilość i poziom konfliktów przekracza normę ustawową, a wielkie sprawy polityczno-światowe (jak I wojna światowa), sprawy równie wielkie, choć lokalne (jak wątek kornwalijskich kopalni cyny) oraz sprawy osobiste (tych wymienić nie sposób) przeplatają się mniej lub bardziej dostojnie w toku narracji. Przez pięć rozdziałów – przedstawionych z punktów widzenia pięciu kolejnych członków rodziny, reprezentujących trzy pokolenia – poznajemy losy Penmarricu i jego mieszkańców (a także mieszkańców-wannabe) na przełomie XIX i XX wieku.

https://wallpaperscraft.com/image/castle_road_gray_gloomy_thrown_left_53310_2560x1440.jpg
O, tak sobie wyobrażam Penmarric. Brrr.

W powieści Howatch zaobserwowałam pewną nietypową prawidłowość – otóż z reguły, kiedy przychodzi do rozdziałów pisanych z perspektywy danego bohatera, to rzeczonego bohatera zaczynamy rozumieć, poznajemy jego motywy i czasem zaczynamy żywić do niego większą niż przed rozdziałem sympatię (koronny przykład stanowi dla mnie Cersei z „Pieśni Lodu i Ognia”, nie, żebym ją lubiła, ale dzięki koncepcji POV w pewnym sensie rozumiem jej tok myślenia). A w „Penmarricu” jest odwrotnie. Gdy czytam wersję wydarzeń Marka, nie cierpię Marka. Wersja wydarzeń jego żony, Janny – nie znoszę Janny. Wersja wydarzeń Adriana, nieślubnego syna Marka – obrażam się na Adriana. Normalne toto nie jest.

Abstrahując od tej nieprawidłowości, „Penmarric” wydał mi się zanadto przygnębiający i ciężki do strawienia. Gdyby nie to, że z zasady czytam książki do końca – nawet, gdy niespecjalnie mi się podobają – pewnie bym nie dotrwała.

2 thoughts on “Sagi rodzinne… meh.

  1. O ja, czytałam to ze sto lat temu. Nawet mam tę cegłę w twardej okładce na półce w rodzinnym domu i za każdym razem, kiedy tam jestem, kusi żeby sobie przypomnieć, o co chodziło. No więc teraz kusi jakby mniej ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s