Strzeżcie się litości. Rzecz o Stefanie Zweigu.

„To był naprawdę świetny pisarz i szkoda wielka, że dzisiaj jest już zapomniany”, powiedziała mi Magda-Która-Ma-Dużo-Pratchettów (Oraz-Innych-Zacnych-Książek), a miała na myśli Stefana Zweiga. Konkretnie, jego „Niecierpliwość serca”, w którą zostałam zaopatrzona w trybie natychmiastowym (w pakiecie z tegoż biografią Marii Stuart).

Fakt, w życiu nie słyszałam o Zweigu – nadrabiam i melduję, że to austriacki pisarz, dramaturg, pacyfista, przeciwnik faszyzmu. Jego twórczość była dobrze znana w latach 20-tych i 30-tych XX wieku, potem, po jego samobójczej śmierci w 1941 roku (chciał dać wyraz sprzeciwowi przeciwko działalności Hitlera), trochę o niej zapomniano. Więc przypominam. A sama „Niecierpliwość serca” to idealny powieściowy wyraz Zweiga zainteresowań psychologią i dziełami Zygmunta Freuda (przyznajcie, na tym zdjęciu wygląda trochę jak sam Freud…), a jednocześnie wielkie studium litości. Dla mnie także studium ludzkiej głupoty.

Bardzo lubię te stare PIWowskie wydania.
Bardzo lubię te stare PIWowskie wydania.

Otóż w pewnym miasteczku pod węgierską granicą stacjonuje pułk ułanów, a w nim młody podporucznik, Antoni Hofmiller. Jest maj 1914 roku, życie żołnierzy wypełnia musztra, monotonne ćwiczenia, wciąż te same twarze, rozmowy, rozrywki. Ale pewnego dnia, właściwie dość przypadkiem, Antoni zostaje zaproszony na obiad do pana von Kekesfalva, najbogatszego człowieka okręgu. Łaknąc nowości, skwapliwie korzysta z zaproszenia i stara się zaprezentować jak najlepiej – co prowadzi do popełnienia dość konkretnej gafy. Hofmiller prosi do tańca córkę gospodarza, nie wiedząc, że dziewczyna jest kaleką. Chcąc naprawić swój błąd, zjawia się dzień później z przeprosinami i olbrzymim pękiem róż. Potem przychodzi kolejnego dnia. I kolejnego. Odwiedza Edytę, jej ojca i przyjaciółkę, kierowany po trosze litością, po trosze uprzejmością, po trosze zadowoleniem z nowej sytuacji, jakże odmiennej od nużącego życia porucznika. Hołubiony przez mieszkańców pałacu, zupełnie nie dostrzega, że rozchwiana psychicznie panna von Kekesfalva zakochuje się w nim bez pamięci. A to prowadzi do bardzo trudnych, czasem egzaltowanych (z obydwu zaangażowanych stron) słów, listów, decyzji, kroków. I do kolosalnego poczucia winy.

Mam szczęście do przykrych a świetnych książek ostatnimi czasy, a „Niecierpliwość” jest zdecydowanie i przykra, i świetna. Świetna, bo jest faktycznie psychologicznie autentyczna – tok rozumowania Antoniego oddano wybornie, postaci świetnie skonstruowano (zwłaszcza samego pana von Kekesfalva, którego prawdziwą historię poznajemy dość późno). Przykra, bo Antoni właściwie bezwiednie (choć przez połowę książki sarkałam na jego ślepą głupotę, jakże nie potrafił dostrzec uczuć Edyty) komplikuje, czy wręcz niszczy, życie wielu osób. I czyni to bezpowrotnie – jak samo gorzko zauważa, „żadna wina nie jest zapomniana, dopóki pamięta ją sumienie”.

Skądinąd ciekawi mnie, skąd Zweig tak znakomicie oddaje tak ciężkie, skomplikowane i przykre emocje. Ile w tym jest lektury Freuda tudzież własnych psychoanalitycznych przemyśleń, a ile osobiście przeżytych dramatów? Muszę doczytać w temacie. A potem zabrać się za biografię Marii Stuart. Beletryzowaną, lubię ten typ.

PS. Tą i jeszcze inną powieścią („Dziewczyną z poczty”) Zweiga inspirował się Wes Anderson, kręcąc „Grand Budapest Hotel” – film, który mnie zachwycił wizualnie, ale fabularnie kompletnie nie trafił.
PPS. Do poczytania o Autorze.
PPPS. Last not least, podziękowania dla Magdy-Która-Ma-Dużo-Pratchettów (Oraz-Innych-Zacnych-Książek).

To twoja wina, Jakubie

Malitową opowieść o „Księgach” sponsoruje liczba trzy. Trzy miesiące je czytałam, trzy tygodnie zbierałam się do spisania przemyśleń, trzy dni je spisywałam. Już samo to daje pewien obraz wrażeń i odczuć. Bo wiecie. Nagrody były wręczane, peany były piane, zachwyty były wyrażane. Oczekiwania były wysokie. I nie da się ukryć, że „Księgi Jakubowe” to wielka rzecz. Objętościowo, to na pewno. Pod kątem konceptu, wydania, opracowania, przygotowania. Ale czy się podobała? Ech, nie bardzo.

Ale zacznijmy od początku.

Początek sytuuje się w połowie XVIII wieku, w polskim gąszczu kultur, religii, narodów i stanów. Gdy chłopi niezależnie od sytuacji geopolitycznej ciężko pracują, arystokraci mniej lub bardziej subtelnie rozgrywają swoje gierki, a Żydzi pokornie czekają na Mesjasza, gdzieś w zakątku Podola zjawia się on. Tajemniczy, egzotyczny, noszący się z turecka. Niby nasz, niby pochodzi z Korolówki, ale jednak nie-nasz – czyż prorok nie musi być obcy, nieznany, przybyły z daleka? Jakub Lejbowicz, Jakub Frank, przybywa więc ze Smyrny, a sława go wyprzedza. Przywozi nowe, przywozi objawienie: długie mowy, pełne przypowieści, o połączeniu religii, o nowej drodze do zbawienia. I tak rozpoczyna się na dobre wielka historia Jakuba Franka i jemu wiernych. Historia jednego człowieka i tysięcy kolejnych, którzy podążają za nim po połowie Europy, przyjmują chrzest (pobożni Żydzi!) i już na zawsze pozostaną odmienieni. Dziwują się temu – i czasem próbują wyciągnąć własne korzyści – bierni i czynni obserwatorzy: biskup Kajetan Sołtyk, kasztelanowa kamieniecka Katarzyna Kossakowska, piszący swoje opus magnum ksiądz Benedykt Chmielowski (swego czasu czerpałam dużą uciechę z lektury „Nowych Aten”, mam sentyment i do dzieła, i do autora), awanturnik Moliwda, a nawet cesarz Józef II.

Plejada znanych postaci historycznych przeplata się z legionem bohaterów mniej znanych, wymyślonych. Oto w zalawirowaniu dziejów przedzaborowej Polski spotykają się ci najwięksi z tymi najmniejszymi, Żydzi z katolikami, wierzący z wątpiącymi. Każdy ma swoją osobną opowieść, cały żywot do pokazania. Zresztą, Tokarczuk daje popis nie tylko w obfitości postaci, ale i w gąszczu miejsc: od Rohatyna i Kamieńca, przez małą wieś nad Dniestrem i stołeczną Warszawę, aż po sam cesarski Wiedeń. Wyobrażam sobie, jak wiele nakładu pracy wymagało odtworzenie nie tylko historii samego Jakuba (tak zdumiewającej, że trudno uwierzyć, że zdarzyła się naprawdę, jak mówi autorka), ale i zapewnienie tego klimatu tętniącego tygla, pełnego niemożliwości. Przed tą pracą chylę czoła.

A teraz co było nie tak.

Uczciwszy pracę i konstruowanie postaci, historii, zdarzeń, stwierdzam, że było za dużo. Wszystko splotło się w przytłaczającą, nużącą całość, która – czytana, przyznam, na raty – nie potrafiła zachwycić na dobre. Ale nie ma się co wymawiać objętością dzieła czy nadmiarem wątków, wszak „Wojna i pokój” do najkrótszych i najprostszych nie należy, a jakoś nie było dramatu. Dramat leży w czymś zupełnie innym. Czasem narzekam, że nie lubię bohaterów, że przeszkadzają, irytują, załamują bezmyślnością. Ale Jakub, o Jakub, śliski, wszechwładny, nieznośny, lubieżny Jakub. Jego to po prostu nie znoszę. Pasjami.

Jeszcze z innej strony: przyznaję, jest w Księgach kilka takich zwrotów, co chwytają za miękką część serduszka i dają moment rozrzewnienia (jak modlitwa, zanotowana w „Resztkach” Nachmana z Buska). Czasem się zdarza, że jedna taka chwila ratuje całą książkę („Dostatek” Crumneya, pamiętacie?), ale nie tym razem. Parę pięknych cytatów nie uratowało Jakuba i jego Ksiąg.

PS. Myszkovska pożyczyła egzemplarz z dedykacją. Dziękuję.

Dzieła Zebrane #10

To już dziesiąte Dzieła Zebrane, czyli mały jubileusz cyklu, zainaugurowanego przeszło rok temu dla zebrania krótszych przemyśleń. Pozostaje dla mnie pewną zagadką, dlaczego o jednych książkach mogę opowiadać i pisać całe stronice, a inne konkretyzuję w trzy zdania. Mniejsza o przyczyny takiej kategoryzacji – oto Dzieła dwutomowe, wycieczka w stronę grozy i podróż na krańce Czasu.

Na pierwszy ogień idzie „Domofon” Zygmunta Miłoszewskiego. Horrorowo, wyznam, lubię najbardziej jednak grozę na ekranie: nic nie powoduje u mnie takiego dreszczyku niepokoju jak dźwięk, sugestia i audiowizualny klimat, o który ciężko w książkowych horrorach. Co nie oznacza, że to gatunek dla Mality stracony – wręcz przeciwnie, vide debiutancka powieść Zygmunta Miłoszewskiego. „Domofon” rozgrywa się w bloku z wielkiej płyty, który miał stać się ziemia obiecaną, a okazał się piekłem. Zaczyna się od makabrycznego wypadku (morderstwa? Ha!), a potem napięcie rośnie, atmosfera gęstnieje i tylko czekać, aż z mroku klatki wychyną demony przeszłości… klisza? O nie! Nic nie przebije historii o prokuratorze Szackim, ale groza Miłoszewska też daje radę.

Okładka książki Dom na krańcu czasuSecundo Dom na krańcu czasu” Jeanette Winterson. Coś dla wielbicieli baśniobajek dla młodszych czytelników, zwłaszcza w stylu „Momo” Michaela Endego – bo i tutaj chodzi o Czas, który zaczyna się zachowywać nie tak, jak powinien. Tu zwalnia, tam przyspiesza, tu się zakrzywia, tu nagle w środku współczesnego Londynu pojawia się mamut,a niektórzy zaczynają Czasem handlować. Szczęśliwie, pradawna przepowiednia (a jakże!) obiecuje nadejście Dziecka o Złotej Twarzy, które odnajdzie Czasomierz i wszystko naprawi. Rzeczone dziecko, dziewczynka imieniem Silver, mieszka w cudownej, acz zaniedbanej rezydencji Tanglewreck razem z antypatyczną ciotką. Pewnego dnia na progu Tanglewreck zjawia się tajemniczy a podejrzany Abel Darkwater i tym samym rozpoczyna się dla Silver szalona podróż przez światy, czasy i wymiary, pełna nowych przyjaciół, prób i nowych doświadczeń. Kojąca pewność happy endu i ciekawy świat – dobrze robi raz na czas jakiś.

PS. Podziękowania w stronę pożyczającej: Magda-ktora-ma-mnóstwo-wspaniałych-książek pożyczyła mi „Domofon” (i to z autografem!).

Wojna nie kończy się nigdy

Pierre Lemaitre pojawił się już w Malitowych opowieściach jako autor kryminałów – vide jego „Koronkowa robota” i nieopisana blogowo druga część trylogii, „Alex” – ale teraz pora na temat bardziej… historyczny. Wielka, przykra, ponura i cyniczna powieść „Do zobaczenia w zaświatach” została nagrodzona najwyższym z francuskich wyróżnień literackich, Nagrodą Goncourtów, i opowiada o Wielkiej Wojnie, którą dziś znamy jako Pierwszą. A przede wszystkim, opowiada o tym, co dzieje się potem.

Gdy Albert Maillard (paranoik, dwie lewe ręce, kompleksy) i koszmarnie okaleczony Édouard Péricourt (utalentowany, uparty, poważne problemy z władczym ojcem) wracają z frontu, zdają sobie sprawę, że wojna to był zaledwie początek. Albert nie może znaleźć pracy, wstydzi się swojego ubóstwa przez eks-narzeczoną i matką, a Édouard, o twarzy zdeformowanej ponad ludzką wyobraźnię, żywi się morfiną i wegetuje zamknięty w czterech ścianach. Ich przyjaźń, pełna pretensji i żalów, trwa trochę z konieczności… aż wreszcie Édouard wymyśla przekręt, obrazoburczy, śmiały i bardzo zyskowny. Okazuje się bowiem – suprise suprise – że na wojnie i działaniach powojennych można doskonale zarobić. Jak porucznik Henri d’Aulnay-Pradelle, dowódca Alberta i Édouarda, który dzięki sprytowi własnemu i odpowiednich machinacjach zdobywa milion za milionem. Ot, sprawiedliwość życiowa. Kanalie zyskują, bohaterowie gniją – jak ponuro zauważa Albert, lepiej było im zginąć od kuli na froncie.

Ta ponurość boli nieustannie, jako że Lemaitre pokazuje przykrą rzeczywistość powojenną w całej rozciągłości. Choć przekręt i intryga, opisywane w blurbach okładkowych jako doskonały element szyderczej uczty, wydały mi się trochę niesmaczne (choć, przyznajmy, skuteczne), to codzienność nieszczęsnych weteranów robi ogromne wrażenie. Postaci Alberta i Édouarda, a także Madeleine (siostry Édouarda, jestem jej fanką, oklaski, droga pani) i pana Péricourta (ojca Madeleine i Édouarda) są więcej niż przyzwoicie skonstruowane, acz nemezis pary przyjaciół, porucznik Pradelle, wydaje mi się mało autentycznym bohaterem. Chciwa, szczwana, pozbawiona ludzkich emocji kanalia, arcyprzystojny drań, goniący za każdą spódniczką, jaka znajdzie się w zasięgu wzroku – wszystko to było za bardzo, za mocne, za mało prawdziwe.

Co nie zmienia faktu, że oprócz rozmaitych historii wojennych w kanonie lektur szkolnych powinno się kłaść równie mocny nacisk na historie „po”. Tak, wojna skończona, hip hip hurra, pomachamy parę razy flagą, przemaszerujemy kilka defilad ku czci naszych dzielnych żołnierzy, a potem przestańmy ich dostrzegać. Zapomnijmy. O chłopcach, którzy siedzieli cztery lata w okopach, nie potrafią swoich doświadczeń ani przekazać, ani wytłumaczyć. Ileż łatwiej postawić kilka pomników, niż faktycznie wspomagać (choćby finansowo) weteranów, którzy borykają się z kalectwem i z traumą. Dla nich powrót do rzeczywistości sprzed wojny jest po prostu niemożliwy, nie tylko z uwagi na fizycznie obrażenia: zmienił się świat, zmienili się najbliżsi, zmienili się oni. Gorycz i nieuchronność tej zmiany dopada Alberta i Édouarda na każdym kroku. Dla nich wojna nie kończy się nigdy.

Paradoks ciszy

Życie czytelnika uczy nas wielu rzeczy. Na przykład tego, że inni czytelnicy mają podobne do nas gusta, odczucia, wrażenia… albo wręcz przeciwnie. I o ile taka na przykład myszkovska przynosi mi książkę i mówi „masz czytaj”, to wierzę jej bez zastrzeżeń, o tyle, kiedy siarczex zachwala daną lekturę, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć mnie się ona podobać nie będzie. Proszę państwa, to jest historia „Muzeum ciszy” Yoko Ogawy, przypadku dziesiątego z dziesięciu.

Otóż daleko daleko na prowincji, na obrzeżach pewnego miasteczka, mieści się stary, piękny dwór. Jego właścicielka, zasuszona starucha plwająca flegmą, ma dość osobliwą misję życiową – gromadzi pamiątki po wszystkich mieszkańcach miasteczka, drobne przedmioty, koniecznie zabrane bez ich wiedzy. Ta fantastyczna kolekcja zasługuje na nieco bardziej godną ekspozycję niż sterta pudeł w starej pralni, ba, powinna znaleźć się w muzeum! I to właśnie jest zadanie młodego kustosza, który przyjeżdża do miasteczka na życzenie staruchy. Jego oczami poznajemy mieszkańców dworu – staruchę i jej córkę, ogrodnika i jego żonę, a także mnichów z pobliskiego klasztoru i ludzi mieszkających w miasteczku. Wszyscy są bezimienni (skądinąd bardzo późno sobie to uświadomiłam), jakby to przedmioty grały główną rolę i decydowały o ich tożsamości (czyż właściwie tak nie jest?). Młody kustosz, początkowo sceptycznie nastawiony do całej idei muzeum pamiątek naznaczonych śmiercią, wciąga się w pracę, pieczołowicie kataloguje i konserwuje zebrane dotychczas przedmioty (w tym: sekator, krążek domaciczny zapobiegający ciąży i szczątki psa w szklanym słoju). Ma także pozyskiwać nowe eksponaty: ocenić, który przedmiot najlepiej oddaje osobowość zmarłego i ukraść go z jego domu czy miejsca, w którym pracował.

Rytm pracy – katalogowania, remontu stajni mającej stać się tytułowym muzeum, wykradania pamiątek – wyznacza niezwykły kalendarz, sporządzony przez staruchę. W grubej księdze zapisano zalecenia na cały rok („Dzisiaj jest Święty Czwartek. Trzeba umyć wycieraczkę ciepłą wodą i pokropić ją olejkiem lawendowym”), a starucha pilnie strzeże ich wypełniania. Nie wszystko jednak da się zaplanować: na wpół senną atmosferę w miasteczku przerywają dziwne morderstwa. Te sporadyczne (choć wielce znaczące) akty przemocy, nauka milczenia i kuriozalne eksponaty muzealne składają się na frapującą całość.

Niektóre książek mają w sobie coś takiego nieoczekiwanego, ledwie uchwytnego, nieopisywalnego, że od pierwszych stron potrafią zaczarować. Otworzyłam „Muzeum Ciszy” w tramwaju i tylko cudem zorientowałam się, że zaraz będzie mój przystanek, bo klimat miasteczka leżącego w pół drogi donikąd wciąga jak bagno, za którym leży klasztor mnichów-nauczycieli ciszy. Yoko Ogawa tworzy wyjątkową przestrzeń gdzieś pomiędzy marzeniem sennym a poszukiwaniem ładu i porządku. Miejsce-niemiejsce, do którego można się dostać, ale nie sposób go opuścić, bo i też nie ma po co. Ale nie napawa to lękiem, ta niemożność odejścia z miasteczka, raczej kojącym uczuciem zaakceptowania stanu rzeczy. Zakrawa to na paradoks, gdy makabryczne eksponaty (vide wyssane do cna tubki z farbą, ostatnie posiłek sparaliżowanej malarki) wpisane są w całość emanującą tak wielkim spokojem.

Świetnie napisane, świetnie przełożone. Coś absolutnie niezwykłego. Ja też jestem urzeczona.

Sagi rodzinne… meh.

https://i2.wp.com/www.granice.pl/sys6/pliki/okladka_k/7c38b4340b2b4278496c9740c31440ae.jpegJuż kiedyś wspominałam, że – uwaga, cytuję samą siebie – przeczytanie raz na jakiś czas grubaśnej powieści obyczajowej o starej dobrej Anglii korzystnie wpływa na samopoczucie. Wielkie sagi rodzinne, grzeszki, miłości (w wersji z happy endem i w wersji tragedia-bardziej-niż-Szekspir), romanse (których owoce zawsze wyjdą na jaw, nie ma się co łudzić), spory o spadek, monumentalne rodzinne posiadłości… och, cudo. Bardzo takie lubię. Wińcie sagę rodu Whiteoaków (to, co prawda, kierunek Kanada, ale też familia, wspaniała rezydencja tudzież romanse), przerobiłam wszystkie szesnaście tomów, gdy miałam dwanaście bodajże lat.

Problem w tym, że dobre samopoczucie zapewnia dobra powieść obyczajowa. Ergo na przykład taka, w której polubimy chociaż część bohaterów. A rodzina Penmarów, skądinąd wzorowana na Plantagenetach (Henryk II, Eleonora Akwitańska i cała ta radosna ekipa), wybitnie nie przypadła mi do gustu. Niestety.

Otóż gdzieś w Kornwalii wznosi się majestatyczna acz posępna posiadłość, tytułowy Penmarric. Spory o to, kto akurat zarządza domostwem, ciągną się przez wszystkie pokolenia rodu Penmarów. Zresztą w tej rodzinie ilość i poziom konfliktów przekracza normę ustawową, a wielkie sprawy polityczno-światowe (jak I wojna światowa), sprawy równie wielkie, choć lokalne (jak wątek kornwalijskich kopalni cyny) oraz sprawy osobiste (tych wymienić nie sposób) przeplatają się mniej lub bardziej dostojnie w toku narracji. Przez pięć rozdziałów – przedstawionych z punktów widzenia pięciu kolejnych członków rodziny, reprezentujących trzy pokolenia – poznajemy losy Penmarricu i jego mieszkańców (a także mieszkańców-wannabe) na przełomie XIX i XX wieku.

https://wallpaperscraft.com/image/castle_road_gray_gloomy_thrown_left_53310_2560x1440.jpg
O, tak sobie wyobrażam Penmarric. Brrr.

W powieści Howatch zaobserwowałam pewną nietypową prawidłowość – otóż z reguły, kiedy przychodzi do rozdziałów pisanych z perspektywy danego bohatera, to rzeczonego bohatera zaczynamy rozumieć, poznajemy jego motywy i czasem zaczynamy żywić do niego większą niż przed rozdziałem sympatię (koronny przykład stanowi dla mnie Cersei z „Pieśni Lodu i Ognia”, nie, żebym ją lubiła, ale dzięki koncepcji POV w pewnym sensie rozumiem jej tok myślenia). A w „Penmarricu” jest odwrotnie. Gdy czytam wersję wydarzeń Marka, nie cierpię Marka. Wersja wydarzeń jego żony, Janny – nie znoszę Janny. Wersja wydarzeń Adriana, nieślubnego syna Marka – obrażam się na Adriana. Normalne toto nie jest.

Abstrahując od tej nieprawidłowości, „Penmarric” wydał mi się zanadto przygnębiający i ciężki do strawienia. Gdyby nie to, że z zasady czytam książki do końca – nawet, gdy niespecjalnie mi się podobają – pewnie bym nie dotrwała.

Nadzieja zstępuje z gwiazd

Janusz Zajdel, LIMES INFERIOR, 1CD - MP3Pamiętacie Book Rage? Tym razem do wzięcia były nie ebooki, a audiobooki – i to sto procent Zajdla w Zajdlu. Swego czasu rozpływałam się nad słuchaną wersją „Cylindra van Troffa”, stąd miałam wielką ochotę na Zajdlowy audiobookowy ciąg dalszy. Przydarzył się dość nieoczekiwanie, a ja znów miałam okazję tuptać po mieście w rytm jakiejś książki. Albo tak się wciągnąć, żeby wszystkie obowiązki domowe wykonywać w słuchawkach, przebywając trochę w Krakowie, trochę w Argolandzie.

Argoland nad jeziorem Tibigen, olbrzymia aglomeracja, od lat funkcjonuje w systemie klasowym – otóż życie każdego mieszkańca, jego mieszkanie, praca, płaca, rozrywki, jedzenie pozostają zdeterminowane przez klasę, uzyskaną na teście po ukończeniu powszechnie dostępnych studiów. Od szóstaka (najmniej inteligentnego) po zerowca (tego najbardziej), każdy obywatel ma wpisaną definiującą swoją tożsamość cyfrę na kluczu. Klucz ów to nie tylko dowód tożsamości, dosłowny klucz do miejsca zamieszkania, ale i karta płatnicza. System punktowy, wprowadzony w Argolandzie w miejsce tradycyjnej waluty, przelicza wartość wykonywanej pracy czy towarów nabywanych we wszechobecnych automatach na czerwone, zielone lub żółte punkty. Ich ilość wyznacza jakość życia, nic dziwnego, że punkty się przekazuje, punktami się handluje, punkty się wymienia. A im lepsza klasa, tym większa szansa na punktową fortunę. Nic dziwnego, że nad jeziorem Tibigen kwitnie proceder liftingu, czyli podnoszenia klasy danego obywatela. A zdecydowanie najlepszym lifterem w okolicy jest Sneer (skojarzenia z Wiśniewskim-Snergiem bardzo na miejscu), oficjalnie czwartak, nieoficjalnie… cóż, geniusz. Mało kto potrafi tak subtelnie „zrobić zerowca” z byle dwojaka, jak Sneer.

„Limes inferior” to nie tylko podróż przez ulice Argolandu, ponurego miasta czasów powszechnej automatyzacji i niewyczerpalnych źródeł energii. To też podróż intelektualna Sneera, który, wpierw akceptujący bez zastrzeżeń system obowiązujący w aglomeracji – ba, broniący go w rozmowie z kolegami! – zaczyna dostrzegać luki, by wreszcie odkryć drugie, trzecie, a wręcz i czwarte dno znanej dotychczas rzeczywistości. Ogłupiający i ograniczający ludzkość system, wszechobecna technicyzacja życia, złożone koncepcje i wywody społeczne – oto wielkie tematy fantastyki socjologicznej, w której Zajdel przoduje. Całość czyta Michał Staszczak, a jego niski, dość surowy w interpretacji głos pasuje po prostu idealnie.

Znów jestem pod wielkim wrażeniem Zajdlowej prozy. Z jednej strony poraża konstrukcja świata, z drugiej strony daje do myślenia filozofia społeczna – w tym przemyślenia Sneera na temat, co czyni ludzi równymi – z trzeciej strony zachwyca język, jakim całość jest podana. Ot, choćby wtedy, gdy Sneer duma nad kondycją nauki w Argolandzie, przeglądając raporty rozmaitych badaczy, zauważa, że „naukowe opracowania były rozdęte wodnistym wielosłowiem”. Poezja. A kiedy wydaje się, że nie ma ratunku dla tego nieszczęsnego świata, wtedy… ach, wtedy nadzieja zstępuje z gwiazd.

PS. O polskiej fantastyce socjologicznej bardzo zacnie pisze Łukasz Wróbel, o tu.
PPS. W kolejce na odtwarzaczu czeka „Paradyzja”, ale muszę dać sobie ochłonąć.