Żniwa jasnowidzów, czyli nadrabiam zaległości

Już dobrą chwilę temu, dzięki Ance, która wstawia tytuł, uświadomiłam sobie, że ominął mnie „Czas żniw” Samanthy Shannon, zwany w oryginale „The Bone Season” (mnóżcie się, mnóżcie, interpretacje tytułu, uprzedzę fakty i zeznam, że tłumacz/wydawca odwalił kawał dobrej roboty). Po odczekaniu w kolejce bibliotecznej uzyskałam wreszcie egzemplarz i, zaplanowawszy lekturę na Święta, w bożonarodzeniowy weekend przyjęłam powieść na dwa chapsy. No, góra trzy.

Razem z Paige Mahoney (rodem z Irlandii, lat dziewiętnaście) wkraczamy w świat tyleż przemyślnie skonstruowany, co skomplikowany. Otóż w Sajonie Londyn, w roku pańskim 2059, jasnowidztwo jest zbrodnią surowo karaną, niezależnie od rodzaju: od błahego wróżenia z kart do gry (to specjalność kartowróży), przez czytanie z dymu (vide dymnicy), aż do wyższych umiejętności, jak kontrola nad duchami. Wejście w zaświaty, królestwo duchów i manipulowanie przy sennym krajobrazie (miejscu, gdzie przechowywane są wspomnienia) to codzienność dla Paige. Los obdarzył ją rzadką zdolnością: dziewczyna jest sennym wędrowcem, co daje wyjątkowe możliwości i ponadprzeciętną wrażliwość na zaświaty. Swoje zakazane talenta Paige wykorzystuje w półświatku przestępczym, londyńskim syndykacie, działając w gangu złożonym z potężnych jasnowidzów. Włamuje się do cudzych umysłów – nie bez oporów, ale i nie bez sukcesów – i choć nieustannie żyje na krawędzi prawa, nie narzeka na swoją ryzykowną egzystencję. Do czasu.

Dystopijna rzeczywistość autorytarnego Sajonu to bowiem zaledwie powierzchnia całej tej historii: za sajońskie sznurki pociąga tajemnicza rasa Refaitów, która przybyła z innego świata. Paige odkrywa to drugie dno, gdy wskutek dość nieszczęśliwego wypadku trafia do Szeolu, pilnie strzeżonej kolonii karnej w Oksfordzie. I w tym miejscu, po trzykroć bardziej okrutnym niż Sajon, niezwykłe (nawet jak na jasnowidzkę) umiejętności dziewczyny przysporzą jej mnóstwo kłopotów. Niewolnicza służba Refaitom może pozbawić godności bez reszty, ale Paige ma w sobie zbyt wiele gniewu i buntu, by pozwolić na takie traktowanie. Wiadomo, trzeba spróbować przeżyć – ale jakim kosztem i dla jakiego życia próbować przetrwać, to jest dopiero pytanie.

Próba nakreślenia, o co tak naprawdę chodzi w „Czasie żniw”, jest dość wymagająca – zbycie w dwóch zdaniach tego barwnego świata byłoby po prostu niesprawiedliwe. A pomysł na świat jest naprawdę monumentalny. Jako się rzekło – jestem pełna szacunku dla tłumaczki Reginy Kołek, która musiała się solidnie napracować zarówno nad językiem powieści (vide ilość slangów, z których czerpała autorka), jak i nad terminologią. Ilość nazw własnych zdecydowanie przekracza normę krajową i przełożenie ich w sposób zrozumiały dla polskiego czytelnika nie było łatwe, jak mniemam. Skądinąd, słowniczek na końcu książki i kategoryzacja jasnowidzów na jej początku szalenie ułatwiają lekturę – dość rzec, że w tak misternie zbudowanym świecie pojawia się tyle nowości, postaci, organizacji, funkcji, że przez pierwsze kilkadziesiąt stron trudno się połapać. Ale zawsze przy zwiedzaniu nowego uniwersum trzeba się trochę natrudzić, by poznać reguły nim rządzące.

Jak wiecie, jestem wielką fanką zarówno przemyślanych światów przedstawionych, jak i przemyślanej intertekstualności. Samantha Shannon dostarcza jedno i drugie, i chwała jej za to. Już zupełnie moje serce podbiły nawiązania do Johna Donne’a. Oklaski należą się również za bohaterów, bo zarówno Paige, jak i inni (ach, Jaxon Hall) to pełnokrwiste postaci, w które wierzymy bez mrugnięcia okiem (ok, przyznaję, tylko Refaici zanadto kojarzyli mi się z raelianami, bym mogła traktować ich poważnie). A jak do tego wszystkiego dodamy akcję tak wartką, że trudno książkę odłożyć, to otrzymamy rzecz naprawdę solidną i godną polecenia. I tym aprobującym, ale nie piejącym stwierdzeniem skończę – podobało mi się, ale nie czuję szaleńczej ochoty, by pędzić po tom drugi. Nie mówiąc o oczekiwaniu na tom trzeci (w planach siedem, dodajmy), który ma się ukazać w 2016 roku. Powrotu wszakże nie wykluczam, ale nie będzie to powrót w podskokach.

5 thoughts on “Żniwa jasnowidzów, czyli nadrabiam zaległości

  1. Teraz jestem w kropce, bo z jednej strony zachęcasz, a z drugiej jak sobie pomyślę na niecierpliwe czekanie na kolejne tomy to robi mi się słabo. Wystarczy mi Martin… Książkę już mam więc pewnie kiedyś jednak się doczeka ;)

  2. To brzmi tak skomplikowanie!Jestem szalenie ciekawa jak to wyszło w tłumaczeniu. Angielskiej wersji raczej nie zaryzykuję. Ale o jasnowidzach chętnie poczytam. Zresztą Olga już mi obiecała pożyczyć ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s