Szkocja, jezioro i potwory

Pamiętacie „Wodę dla słoni”? Cyrk przemieszczający się pociągiem, słonica rozumiejąca wyłącznie język polski i wielka miłość, oczywiście? Z całkiem przyzwoitą ekranizacją (choć nie dorównującą oryginałowi ani troszkę)? Zatem, Sara Gruen, którą polscy czytelnicy znają głównie z tych słoniowo-cyrkowych opowieści, tym razem proponuje wyprawę śladami potwora z Loch Ness. Tak, do Szkocji. Tak, w trakcie drugiej wojny światowej.

Kiedy w Europie – i nie tylko – szaleje niespotykana dotąd burza zmagań wojennych, a ludzka nienawiść zdaje się nie mieć granic, niektórzy przedstawiciele filadelfijskiej elity martwią się głównie o zabawę sylwestrową, odpowiednią fryzurę i stroje. Ale przyjdzie kres tym błahym rozrywkom: wskutek dość nieprzyjemnego splotu okoliczności rodzinnych, męskiej brawury i obietnicy złożonej po pijaku Ellis Hyde, jego żona Madeleine i najlepszy przyjaciel Hank ruszają do Szkocji. Już sama przeprawa przez Atlantyk to szaleństwo, nie mówiąc o poszukiwaniu legendarnej bestii w czasach kartek na żywność, zaciemnionych okien i nalotów bombowych. Dopiero w Inverness rozpieszczona Maddie uświadamia sobie ogrom wojennych nieszczęść (czego nie można powiedzieć o towarzyszących jej dżentelmenach) i odkrywa wiele mrocznych tajemnic – nie tylko tych dotyczących jej nowych szkockich przyjaciół, ale przede wszystkim własnego męża. I może się to dla niej bardzo źle skończyć…

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/21/The_Loch_Ness_and_Urquhart_castle.jpg
Loch Ness i zamek Urquhart

Całe spektrum emocji przeszłam przy lekturze. Najpierw nie cierpiałam Maddie, wielkiej pani arystokratki, która nie potrafi nawet wypakować swoich walizek i pościelić łóżka. Potem zaczęłam ją rozumieć (mniejsza o ścielenie łóżka, dziewczyna wiele przeszła), by wreszcie gorąco trzymać kciuki za to, by… cóż, żeby przeżyła, to po przede wszystkim. Sara Gruen umiejętnie buduje swoje postaci, sprawiając, że niby je znamy, a potem odkrywa kolejne karty i zupełnie zmienia nasze spojrzenie na tego czy innego bohatera. Na tym poprzestanę, żeby za wiele nie zdradzić – dodam tylko, że jak już się przeboleje te pierwsze pokłady niechęci do wszystkich postaci, to po prostu oderwać się nie idzie. A zakończenie wcale mi swoją słodyczą nie przeszkadzało. O, wręcz przeciwnie.

PS. Skomplikowaną drogą skojarzeń przypomniało mi to „Obcą” Diany Gabaldon — znaną mi co prawda tylko z wersji serialowej, ale klimat jakoś bliski.
PPS. Autorka ma przepiękną stronę internetową. Ten zamek!

5 thoughts on “Szkocja, jezioro i potwory

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s