Książkowe Top Ten W Dziwnych Kategoriach

Nie jestem entuzjastką stosików ani podsumowań, ale tym razem zrodził się w mej głowie pomysł przekorny a draczny, czyli – jako już stoi w tytule – Książkowe Top Ten W Dziwnych Kategoriach, 2o15 edition. Zasadniczo, wybranie tej jednej, jedynej książki, która mogłaby się doczekać tytułu „The Best of 2o15” graniczy z cudem, zdecydowałam się zatem na rozwiązanie tylko troszkę bardziej ilościowe niż jakościowe. Zasadniczo, spodziewajcie się Wielu Wielkich Liter.

  1. Książka Która Zawiodła Tak Bardzo Że Aż Smutno Myśleć

Zaczynamy tonem smętnego rozczarowania. „Miecz Shannary” Terry’ego Brooksa. Żal w formie, żal w treści, żal w tłumaczeniu. Ale ciągle się jeszcze łudzę, że może serial jednak nie będzie tak fatalny, a to wszystko dlatego, że mam osobliwą guilty pleasure w oglądaniu Rzeczy W Których Występują Elfy. Tak, serial „Wiedźmin” z Michałem Żebrowskim też się liczy.

  1. Książka Która Radochy Zapewnia Wiele

Przeskok do akordów mniej minorowych: „Facecje. #HistoriaCoachemŻycia” Patryka Brylińskiego i Macieja Kaczyńskiego, czyli drukujemy internet na papierze. Właściwie, jeden konkretny fanpage na Facebooku. Plus parę innych przyjemnych sercu drobiazgów (nieodmiennie zachwycam się wywiadem z Marią Antoniną). Błyskotliwość poziom milijon, cudowna intertekstualność i Historyczny Coaching Poprzez Fejsa. Serduszkuję wniebogłosy.

  1. Książka Która Budzi Bardzo Dużo Emocji

Oj, dużo. Oto „Anna Karenina” Lwa Tołstoja. Ech, pani Karenin, pani to naprawdę mi namieszała w duszy. Rozterki Anny, rozterki Wrońskiego, rozterki mego ulubieńca Lewina – zapewniają tygiel emocji podczas i po lekturze. Nie mówiąc o tym, że pozostaję w zadziwieniu pt. „jak autor-mężczyzna jest w stanie tak doskonale opisać to, co dzieje się w umyśle kobiety”. To z cyklu: Czytamy Klasyki Bo Warto.

  1. Książka Która Daje Do Myślenia

Czyli „Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” Suki Kim. Już sam tytuł mówi wszystko. I tu emocji jest legion, ale to zupełnie inny zestaw: jakże daleko mieści się fukanie na irytujące decyzje fikcyjnych bohaterów do pełnej niedowierzania zgrozy, że to się dzieje. Naprawdę. Dzisiaj. Bo dzieje się. I dobrze o tym wiedzieć – a poziom paranoiczności Suki Kim naprawdę dobrze oddaje atmosferę, panującą w PUST (Pyongyang University of Science and Technology).

  1. Książka Która Daje Błogie Rozrzewnienie

„Wybrana” Naomi Novik. Wszak nie tak dawno rozpływałam się nad rzeczoną powieścią z radości i błogości jak masełko do ruskich pierogów. Baśniowa historia, czarownice, smoki, miłość i złowrogi Bór, czego chcieć więcej?

  1. Książka Która Zapewnia Równowagę Słodyczy i Goryczy

Oczywiście, „Eleonora i Park” Rainbow Rowell. Czytana w podróży, w prawie zupełnie pustych pociągach, gdzieś na półwyspie Kii. Tu warto wtrącić, że często jest tak, że przed lekturą nastawiamy się pozytywnie, a tu okazuje się jednak żałość i smuteczek. W tym wypadku było odwrotnie, zdarzyło się bowiem zderzenie oczekiwań (spodziewałam się rzewnej słodkości) z czymś poważniejszym, mądrzejszym, o niebo lepszym. Mało której powieściowej parze kibicowałam tak mocno, jak Eleonorze i Parkowi.

  1. Książka Która Jednak Trochę Rozczarowała

Czyli odwrotnie niż punkt wyżej, czyli potwierdzając zasadę „nastawiam się pozytywnie, a tu żałość i smuteczek”. Otóż „Wyspa Łza” Joanny Bator. Po zachwytach Batorową prozą (ach, „Ciemno prawie noc”, ach wałbrzyskie opowieści o Dominice Chmurze!) poziom oczekiwań był wysoki. Poziom zadowolenia z lektury był niski. Miało być pięknie, wyszło jak zawsze.

  1. Książka W Której Wcale Nie Chodzi O Fabułę

Bynajmniej. Nic innego, tylko „Tajemnica domu Helclów” Maryli Szymiczkowej (tj. Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński). Opowieść o profesorowej Szczupaczyńskiej, która w Krakowie schyłku XIX wieku tropi sensacyjną zagadkę morderstwa, zasługuje na owację na stojąco. Za tło. Za chodzenie po sprawunki na plac Szczepański, za miodek na cmentarzu Rakowickim, za pogrzeb Matejki. Za przyczynek do ożywionych dyskusji przy świątecznym stole (Mama-Malita z Szanownym Panem Dziadkiem dobre dziesięć minut roztrząsali, czy profesorowa mogła iść na róg Podwala i Garbarskiej, skoro dziś to róg Dunajewskiego i Garbarskiej) (tak, mogła, Julian Dunajewski zmarł już po akcji książki i dopiero wtedy nazwano ulicę jego nazwiskiem).

  1. Książka Która Powoduje Zmiany We Własnej Tradycji

Chodzi o Malitową czytelniczą tradycję, która głosi „Nigdy Nie Czytam Zakończeń Książek”. Nope nope never. Chodzi też o książkę Donny Tartt, mianowicie o opasłego w liczbie stron „Szczygła”. Historia Theo, historia obrazu Fabritiusa, historie wielu innych osób potrafi tak mocno wstrząsnąć czytelniczą duszą, że po prostu gna się na koniec książki, by ukradkiem sprawdzić, czy wszystko dobrze się skończy.

  1. Książka Którą Będę Jeszcze Czytać Wiele Razy

Wiadomo, są takie książki, do których się wraca (doroczne czytanie cyklu o Harrym P. to kolejna z Malitowych tradycji czytelniczych), żeby a.) lepiej je zrozumieć b.) odkryć smaczki, które pominęło się przy pierwszej/drugiej/trzydziestej siódmej lekturze c.) nauczyć się na pamięć ulubionych scen d.) wszystkiego po trochu. Wracam sobie czasem do takich dzieł, które podobały mi się bardzo i chcę jeszcze raz przeżyć te wszystkie piękne rzeczy. A konkretne fragmenty „Północ i Południe” Elizabeth Gaskell naprawdę znam na pamięć. I to w dwóch wersjach językowych…

I to by było tyle, jeśli chodzi o 2o15. W sprawie 2o16: plan na razie skromny, przeczytać to, co zalega po mojej prawicy (dwa stosy na biurku, lekko się chwiejące). A co będzie – zobaczymy!  Zakończmy obrazkiem, który dobrze wpisuje się w przekorność całokształtu :3

Niech się Wam dobrze czyta w 2o16!

Żniwa jasnowidzów, czyli nadrabiam zaległości

Już dobrą chwilę temu, dzięki Ance, która wstawia tytuł, uświadomiłam sobie, że ominął mnie „Czas żniw” Samanthy Shannon, zwany w oryginale „The Bone Season” (mnóżcie się, mnóżcie, interpretacje tytułu, uprzedzę fakty i zeznam, że tłumacz/wydawca odwalił kawał dobrej roboty). Po odczekaniu w kolejce bibliotecznej uzyskałam wreszcie egzemplarz i, zaplanowawszy lekturę na Święta, w bożonarodzeniowy weekend przyjęłam powieść na dwa chapsy. No, góra trzy.

Razem z Paige Mahoney (rodem z Irlandii, lat dziewiętnaście) wkraczamy w świat tyleż przemyślnie skonstruowany, co skomplikowany. Otóż w Sajonie Londyn, w roku pańskim 2059, jasnowidztwo jest zbrodnią surowo karaną, niezależnie od rodzaju: od błahego wróżenia z kart do gry (to specjalność kartowróży), przez czytanie z dymu (vide dymnicy), aż do wyższych umiejętności, jak kontrola nad duchami. Wejście w zaświaty, królestwo duchów i manipulowanie przy sennym krajobrazie (miejscu, gdzie przechowywane są wspomnienia) to codzienność dla Paige. Los obdarzył ją rzadką zdolnością: dziewczyna jest sennym wędrowcem, co daje wyjątkowe możliwości i ponadprzeciętną wrażliwość na zaświaty. Swoje zakazane talenta Paige wykorzystuje w półświatku przestępczym, londyńskim syndykacie, działając w gangu złożonym z potężnych jasnowidzów. Włamuje się do cudzych umysłów – nie bez oporów, ale i nie bez sukcesów – i choć nieustannie żyje na krawędzi prawa, nie narzeka na swoją ryzykowną egzystencję. Do czasu.

Dystopijna rzeczywistość autorytarnego Sajonu to bowiem zaledwie powierzchnia całej tej historii: za sajońskie sznurki pociąga tajemnicza rasa Refaitów, która przybyła z innego świata. Paige odkrywa to drugie dno, gdy wskutek dość nieszczęśliwego wypadku trafia do Szeolu, pilnie strzeżonej kolonii karnej w Oksfordzie. I w tym miejscu, po trzykroć bardziej okrutnym niż Sajon, niezwykłe (nawet jak na jasnowidzkę) umiejętności dziewczyny przysporzą jej mnóstwo kłopotów. Niewolnicza służba Refaitom może pozbawić godności bez reszty, ale Paige ma w sobie zbyt wiele gniewu i buntu, by pozwolić na takie traktowanie. Wiadomo, trzeba spróbować przeżyć – ale jakim kosztem i dla jakiego życia próbować przetrwać, to jest dopiero pytanie.

Próba nakreślenia, o co tak naprawdę chodzi w „Czasie żniw”, jest dość wymagająca – zbycie w dwóch zdaniach tego barwnego świata byłoby po prostu niesprawiedliwe. A pomysł na świat jest naprawdę monumentalny. Jako się rzekło – jestem pełna szacunku dla tłumaczki Reginy Kołek, która musiała się solidnie napracować zarówno nad językiem powieści (vide ilość slangów, z których czerpała autorka), jak i nad terminologią. Ilość nazw własnych zdecydowanie przekracza normę krajową i przełożenie ich w sposób zrozumiały dla polskiego czytelnika nie było łatwe, jak mniemam. Skądinąd, słowniczek na końcu książki i kategoryzacja jasnowidzów na jej początku szalenie ułatwiają lekturę – dość rzec, że w tak misternie zbudowanym świecie pojawia się tyle nowości, postaci, organizacji, funkcji, że przez pierwsze kilkadziesiąt stron trudno się połapać. Ale zawsze przy zwiedzaniu nowego uniwersum trzeba się trochę natrudzić, by poznać reguły nim rządzące.

Jak wiecie, jestem wielką fanką zarówno przemyślanych światów przedstawionych, jak i przemyślanej intertekstualności. Samantha Shannon dostarcza jedno i drugie, i chwała jej za to. Już zupełnie moje serce podbiły nawiązania do Johna Donne’a. Oklaski należą się również za bohaterów, bo zarówno Paige, jak i inni (ach, Jaxon Hall) to pełnokrwiste postaci, w które wierzymy bez mrugnięcia okiem (ok, przyznaję, tylko Refaici zanadto kojarzyli mi się z raelianami, bym mogła traktować ich poważnie). A jak do tego wszystkiego dodamy akcję tak wartką, że trudno książkę odłożyć, to otrzymamy rzecz naprawdę solidną i godną polecenia. I tym aprobującym, ale nie piejącym stwierdzeniem skończę – podobało mi się, ale nie czuję szaleńczej ochoty, by pędzić po tom drugi. Nie mówiąc o oczekiwaniu na tom trzeci (w planach siedem, dodajmy), który ma się ukazać w 2016 roku. Powrotu wszakże nie wykluczam, ale nie będzie to powrót w podskokach.

Dzieła zebrane #9

Aż się zatrwożyłam, wpisując powyższą cyferkę do tytułu — dopiero dziewiąte?! Ale nic to, nadrabiam za to potrójnymi Dziełami Zebranymi i rozrzutem tematycznym. Wszak na tym ten cykl polega: na aplikowaniu rozmaitych wrażeń okołoksiążkowych w formie krótkiej.

Primo, „Spotkanie z Ramą” Arthura C. Clarke’a. Z wszystkich fantastyczno-naukowych książek chyba najbardziej lubię opowieści o Pierwszym Kontakcie (vide „Arsenał”, chociażby). Jak bardzo obcy może być… obcy? Nie chodzi bowiem o zielone ludziki z czułkami, tylko o spotkanie z kimś, z czymś, co trudno sobie nawet wyobrazić. A są tacy pisarze, którzy potrafią nie tylko wyobrazić, ale zasiąść i tę wyobraźnię przelać na papier. Na papierze mamy zatem obcy obiekt, nazwany Ramą, który w 2131 roku nieoczekiwanie pojawia się w Układzie Słonecznym. Olbrzymi walec, pusty w środku, okazuje się pierwszym prawdziwym gościem z gwiazd – a na spotkanie z nim wyrusza kapitan Norton i załoga „Śmiałka”. W najśmielszych snach nie przypuszczają, co zastaną w środku…
Niby nic się nie dzieje, a wszystko się dzieje – mój Pierwszy Kontakt z prozą Clarke’a z pewnością nie był ostatni!

Secundo¸ „Idź, postaw wartownika” Harper Lee. O powstaniu sequela słynnego „Zabić drozda” było bardzo głośno, a ja – przyznaję bez bicia – pozostawałam trochę nieufna. Właściwie nawet nie planowałam się rzucać na nową powieść Harper Lee, ale okoliczności zmieniły moje podejście. Otóż pojechałam do stolicy na egzamin, celowo nie biorąc ze sobą żadnej książki – wszak w drodze „do” będę się uczyć, w drodze „z” spać lub plotkować. Myszkowska, jak to usłyszała, po prostu przyniosła mi książkę na drogę powrotną. Więc, jakby co, trasa Warszawa-Kraków wynosi nieco ponad „Idź, postaw wartownika”. Pochłonęłam jak gąbka. Historia Jean Louise, zwanej Skautem, która powraca do rodzinnego Maycomb, jest gorzka, przykra, a jednocześnie nosi w sobie niepojęty ładunek trudnego piękna.

Tertio, „Kapłanki, amazonki i czarownice” Jadwigi Żylińskiej, czyli zbiór opowiadań z czasu wielce dawnych (jak głosi podtytuł, „Opowieść z końca neolitu i epoki brązu 6500-1150 p.n.e.”). Tchnący nostalgią powrót do znanych historii: Ariadny, Medei, Amazonek, które okazują się być kapłankami czy czcicielkami kultu starszego niż mury kreteńskiego Knossos. A wszystko zaczyna się od pradawnego Miasta-Ula, gdzie w świetle luny dwurożnej odprawiano obrzędy ku czci Wielkiej Bogini. Zdecydowanie opowieści, które mają w sobie to „coś”.

PS. To dzieła zebrane pożyczone: za spotkanie z Ramą dziękuję Ethlenn, za powrót do Maycomb, Alabama myszkovskiej, za opowieści starożytne przepastnym archiwom Biblioteki Jagiellońskiej.

Szkocja, jezioro i potwory

Pamiętacie „Wodę dla słoni”? Cyrk przemieszczający się pociągiem, słonica rozumiejąca wyłącznie język polski i wielka miłość, oczywiście? Z całkiem przyzwoitą ekranizacją (choć nie dorównującą oryginałowi ani troszkę)? Zatem, Sara Gruen, którą polscy czytelnicy znają głównie z tych słoniowo-cyrkowych opowieści, tym razem proponuje wyprawę śladami potwora z Loch Ness. Tak, do Szkocji. Tak, w trakcie drugiej wojny światowej.

Kiedy w Europie – i nie tylko – szaleje niespotykana dotąd burza zmagań wojennych, a ludzka nienawiść zdaje się nie mieć granic, niektórzy przedstawiciele filadelfijskiej elity martwią się głównie o zabawę sylwestrową, odpowiednią fryzurę i stroje. Ale przyjdzie kres tym błahym rozrywkom: wskutek dość nieprzyjemnego splotu okoliczności rodzinnych, męskiej brawury i obietnicy złożonej po pijaku Ellis Hyde, jego żona Madeleine i najlepszy przyjaciel Hank ruszają do Szkocji. Już sama przeprawa przez Atlantyk to szaleństwo, nie mówiąc o poszukiwaniu legendarnej bestii w czasach kartek na żywność, zaciemnionych okien i nalotów bombowych. Dopiero w Inverness rozpieszczona Maddie uświadamia sobie ogrom wojennych nieszczęść (czego nie można powiedzieć o towarzyszących jej dżentelmenach) i odkrywa wiele mrocznych tajemnic – nie tylko tych dotyczących jej nowych szkockich przyjaciół, ale przede wszystkim własnego męża. I może się to dla niej bardzo źle skończyć…

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/21/The_Loch_Ness_and_Urquhart_castle.jpg
Loch Ness i zamek Urquhart

Całe spektrum emocji przeszłam przy lekturze. Najpierw nie cierpiałam Maddie, wielkiej pani arystokratki, która nie potrafi nawet wypakować swoich walizek i pościelić łóżka. Potem zaczęłam ją rozumieć (mniejsza o ścielenie łóżka, dziewczyna wiele przeszła), by wreszcie gorąco trzymać kciuki za to, by… cóż, żeby przeżyła, to po przede wszystkim. Sara Gruen umiejętnie buduje swoje postaci, sprawiając, że niby je znamy, a potem odkrywa kolejne karty i zupełnie zmienia nasze spojrzenie na tego czy innego bohatera. Na tym poprzestanę, żeby za wiele nie zdradzić – dodam tylko, że jak już się przeboleje te pierwsze pokłady niechęci do wszystkich postaci, to po prostu oderwać się nie idzie. A zakończenie wcale mi swoją słodyczą nie przeszkadzało. O, wręcz przeciwnie.

PS. Skomplikowaną drogą skojarzeń przypomniało mi to „Obcą” Diany Gabaldon — znaną mi co prawda tylko z wersji serialowej, ale klimat jakoś bliski.
PPS. Autorka ma przepiękną stronę internetową. Ten zamek!

Błogie baśniowe ukontentowanie

Od jakiś dwóch miesięcy ogromnie cniło mi się za jakąś tłusta fantastyczną książką, taką, co wciągnie w świat, zachwyci bohaterami tudzież fabułą i pozostawi uczucie błogiego ukontentowania, jak po trzech talerzach rosołu w mroźny dzień. Panie, panowie, dlaboga. Naomi Novik to jest jedyny słuszny kierunek. A konkretniej, „Wybrana”, którą planowałam kupić na krakowskich Targach Książki, ale myszkovska obiecała mi pożyczyć (przy naszych podróżach na linii Kraków-Warszawa wiele książek zmienia tymczasowych właścicieli). Teraz już właściwie nabrałam pewności, że chcę mieć własny egzemplarz.

Ale o co chodzi, zapytacie. Otóż chodzi o Bór, niebezpieczne skupisko dziwacznych drzew i  potworów między królestwami Polnii i Rusji. Bór, niczym świadomy i niebezpieczny wróg, pochłania kolejne osiedla, zsyłając szaleństwo na ludzi i skażenie na plony. Mieszkańcy wiosek leżących na skraju Boru nie chcą jednak opuszczać swoich domów, wierząc w opiekę, którą zapewnia im potężny czarodziej zwany Smokiem. Raz na dziesięć lat Smok wybiera z owych wiosek dziewczynę, którą zabiera do swojej wieży – krąży dużo mniej lub bardziej wybrednych plotek o charakterze służby w domostwie Smoka, ale wiadomo jedno: czarodziej preferuje osoby niezwykłe, wyróżniające się w lokalnej społeczności. Gdy zbliża się kolejny rok wyboru, wszyscy mieszkańcy są przekonani, że tym razem do Smoczej wieży trafi wielkiej urody Kasia, od dzieciństwa szykowana do tej służby. Najbardziej niepocieszona tym faktem jest jej najlepsza przyjaciółka, Agnieszka, dziewczę dość roztrzepane, o niebywałym talencie do tytłania się w błocie i darcia każdej sztuki odzieży. Nie muszę mówić, że Smok w umówionym dniu dokonuje zupełnie nieoczekiwanego wyboru…

To zaledwie zalążek tej niezwykłej opowieści, bo nie chodzi li i jedynie o historię krnąbrnej wieśniaczki, która trafia do czarodziejskiego domostwa. O nie. Agnieszka uruchomi (mniej lub bardziej świadomie) całą lawinę zdarzeń, która poprowadzi czytelników do stolicy królestwa, Kralii, otrze się o politykę międzynarodową i widmo wojny, a przede wszystkim – pozwoli odkryć tajemnicę Boru. Skądinąd, ten niepokojący, wynaturzony las nieodmiennie przywodził mi na myśl Strefę X — ale tu konwencja jest diametralnie inna, baśniowość zawieszona gdzieś w pół drogi między opowieściami o Babie Jadze a klimatem w stylu Ursuli Le Guin. Naomi Novik, zrodzona z matki Polki, wychowała się na polskich baśniach i wielkiej fantastyce pióra Tolkiena i to jej wychowanie widać w „Wybranej”.

Gdzieś po trzydziestu stronach przepadłam totalnie. Wszystko w tej książce jest. Magia i czarownice i księgi i zaklęcia i quest i niezwykłe stworzenia i miłość taka niełopatologiczna i smok nawet. A właściwie Smok.

A, co mi tam, idę sobie jeszcze raz przeczytać zakończenie.

PS. Dzięki, myszkovsko.
PPS. Oklaski dla tłumacza, Zbigniewa Królickiego, który przełożył „Wood” jako Bór.
PPPS. I jeszcze film będzie!

Mieszczański Kraków zbrodnią żyje!

Mam ja ostatnio szczęście do mariaży kryminalnych zagadek i historii z przeszłości: oto kolejna zbrodnia w stylu vintage dołącza na półeczkę „przeczytane”. Tym razem przeszłość nieco bliższa, a miejsce zbrodni to już prawie że po sąsiedzku. Otóż Maryla Szymiczkowa, królowa pischingera i wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, przenosi czytelników do Krakowa Anno Domini 1893, gdzie czasem nie dzieje się za wiele, ale gdy się już dziać zacznie, końca nie widać. Dodajmy w tym miejscu, dla porządku i ładu, że – jak to ładnie ujęto na okładce – Szymiczkową do życia powołało dwóch dżentelmenów, Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, którzy w ramach literackiego eksperymentu postanowili rzucić zbrodnię w Dulski świat krakowskiej socjety. A przewodniczką po tym świecie jest pewna wyjątkowa bohaterka. Profesorowa, nie ma to tamto.

Dla profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej – dojrzałej damy, ale jeszcze nie statecznej matrony – prestiż w krakowskim światu w obrębie Plantacji to cel, który uświęca wszystkie środki. Tej pogoni za prestiżem zupełnie nie rozumie jej szanowny małżonek, profesor medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim (sympatyczny, acz niezbyt ambitny). Ignacy potrzebuje do szczęścia głównie swoich preparatów, codziennej lektury prasy oraz mizerii. Z pełnym uśmiechu politowaniem spogląda na żonine wysiłki zadośćuczynienia mieszczańskiej ortodoksji: zakupy w Sukiennicach, towary kolonialne wyłącznie u Hawełki, suma tylko w Mariackim, z gazet wyłącznie „Czas”. Zofia wspina się na społecznej drabinie, zdeterminowana przemienić się w krakowiankę idealną (łącznie z wyparciem swojego prowincjonalnego pochodzenia), a konkretnie w damę komitetową Towarzystwa Dobroczynności. W tym celu planuje zorganizować loterię fantową na rzecz dzieci skrofulicznych, a fanty uzyskać od podopiecznych Domu Ubogich fundacji Helclów. Tymczasem u Helclów panuje nieopisane poruszenie: otóż w tym przybytku niespokojnej, jak się okazuje, starości, popełniono morderstwo. Początkowo uważano, że jedna z pensjonariuszek umarłą śmiercią nad wyraz naturalną, ale jednak okoliczności okazują się inne – a zbrodnie się mnożą. Policja wszczyna dochodzenie, ale Szczupaczyńska wie swoje i podążając za przykładem ukochanych literackich detektywów wypytuje siostry szarytki, personel oraz pensjonariuszki (nie zapominając przy tym o fantach na loterię). Jej wysoki poziom ciekawości wrodzonej (czytaj: wścibstwa) zawiedzie ją do miejsc, o których nie śniło się krakowskiej policji…

https://i0.wp.com/krakow.pl/zalacznik/243508/4.jpg
Dom Pomocy Społecznej im. Helclów dziś

Ale, ale, nie zapędzajmy się z tą policją. Kryminalna intryga nie jest tutaj najbardziej istotna, ba, to zaledwie pretekst, by zanurzyć się w świecie przedstawionym. Dehnel i Tarczyński odmalowują mieszczański Kraków końca XIX wieku, w którym widelec jest technologiczny (frędzli dywanów nie sposób rozczesać innym narzędziem), a przebaczenie to termin wyłącznie z dziedziny teologii, „bez zastosowania w życiu codziennym”. Towarzyskie niesnaski, anse i awanse to jest temat najważniejszy, a Zofia Szczupaczyńska doskonale wie, jak trudno lawirować w tym kłębowisku żmij i żmijek, wszak lawiruje na co dzień. Ot, nieustanne sprzeczki z odległą kuzynką, ot, poszukiwanie odpowiedniej służącej czy sprawunki na Placu Szczepańskim przed porządnym niedzielnym obiadem – czasem te zwykłe czynności przerwie jakaś wielka narodowa sprawa, jak pogrzeb Matejki (Zofię zaprzątają głównie numerowane miejsca w kondukcie), albo właśnie tytułowa tajemnica domu Helclów.

Napisane to jest przednio, panowie dążyli do odwzorowania języka dawnej literatury, bawiąc się konwencjami tudzież dorzucając trzy kilo ironii. Bardzo cenię sobie takie stylistyczne i fabularne puszczanie oczka do czytelnika (postać asystenta Ignacego, niejakiego Żeleńskiego, to jedno z co większych mrugnięć).

Ergo. Mniejsza o tę zbrodnię. Kraków, Kraków moi drodzy. Dla Krakowa się to czyta.

PS. Ta okładka <3

AAAA czytam z kości, tanio!

Jakub Szamałek wie, o czym pisze. Zęby zjadł na starożytności, łącznie ze przekopaniem oksfordzkich bibliotek i zrobieniem doktoratu w temacie. A że trzeba czasem zrobić sobie wycieczkę od suchego stylu akademickiego, cóż będzie lepsze, niż powieść? Ba, kryminał? Starożytny w klimacie? Proszę bardzo – dwutorowe „Czytanie z kości” to już trzecia (i ostatnia) część historii Leocharesa, starożytnego greckiego detektywa, ale bez obaw, można czytać bez znajomości dwóch poprzednich tomów i nie pogubić się zanadto. Nieodmiennie i natychmiast nasuwa się porównanie z Gordianusem Poszukiwaczem, detektywem rzymskim, też wplątującym się w różne afery. Dla mnie Gordianus pozostaje bezkonkurencyjny, ale Leochares dzielnie dotrzymuje mu kroku.

Tor pierwszy to opowieść prosto z V wieku przed naszą erą. Tym razem los rzucił Leocharesa i jego najbliższych do Tarentu, gdzie próbują wieść spokojny w miarę żywot po zaszłościach z Aten i znad Morza Czarnego. Ale pieniądze się kończą, długi rosną, a do tego jeszcze sprawa w sądzie… szczęśliwie, deus ex machina, zjawia się książątko z etruskiego miasta Veii z bardzo dobrze płatnym zleceniem. Trzeba rozwikłać zagadkę śmierci etruskiego króla, co oznacza duże ryzyko, implikacje polityczne i wejście w dość niezrozumiałą dla postronnych kulturę Etrusków (skądinąd, bardzo ciekawie a barwnie w powieści odmalowaną).
Drugi tor, współczesny, to również rozwiązanie pewnej zagadki – zagadki kości Uomo Misterioso, szkieletu znalezionego w Tarencie. Młoda a ambitna archeolożka, Inga Szczęsny, wpada na niespodziewany trop, który zawiedzie ją aż na południe słonecznej Italii i przyniesie swoisty epilog toru numer jeden.

Szamałek opisuje starożytność, której daleko do wypielęgnowanych ideałów tłoczonych nam w latach szkolnych: to widać było także w poprzednich książkach. Zwykliśmy myśleć o antyku jako o złotym wieku demokracji, ładu i kosmosu – cóż, nie bardzo. Okrucieństwo, bezwzględność, niewolnictwo, seksizm… ojj, długo by wymieniać. Całość podana w formie lekkiej (aż zanadto lekkiej, momentami) i wyjątkowo wciągającej. Bardzo zabawnie czytało mi się też ten współczesny wątek, jako że czułam pewne pokrewieństwo dusz z główną bohaterką. Niemniej, koleje mojego doktoranckiego losu nie są aż tak dramatyczne, jak Ingi (ale te konferencje, to zbieranie punktów… ach, znamy znamy).

To, co zapisuję na minus, to przypisy. Ogólnie nie przepadam za instytucją przypisów w powieściach – chyba, że to nieprzetłumaczalna gra słów i tłumacz się musi, nomen omen, wytłumaczyć – ale podawanie przypisów rzeczowych czasem, mam wrażenie, urąga inteligencji czytelnika (słowniczek na samym końcu książki spełnia podobną rolę, a można go dystyngowanie ominąć). Co nie zmienia faktu, że bardzo potrzebowałam jakiejś odprężającej narracji, niespecjalnie wymagającej intelektualnie. Może akurat kryminało-historyczna powieść nie wpasowuje się w te ramy, bo poszukiwanie zabójcy automatycznie uruchamia myślenie… Grunt, że dostałam to, czego chciałam: książkę, która wciągnie mnie na dwa wieczory wygodnego leżenia na kanapie tak skutecznie, że przewracałam stronę za stroną w słusznym tempie.

PS. Dziękując wydawnictwu Muza!