Mój ty herosie, czyli rzecz o Wölsungach

Zdarzyło mi się już nieraz rozpływać nad książkami Artura Szrejtera – stanowią wyważoną kombinację rzetelnie przedstawionych faktów historycznych i luźno-gawędziarskiego stylu narracji. Modelowy przykład literatury zwanej popularnonaukową. Po rajzie księcia Racibora (czyli bracia Słowianie dają po garach braciom Wikingom) oraz dziejach Słowian Połabskich (czyli wojenko wojenko) przyszedł czas na temat znacznie bliższy Malitowemu serduszku: temat superbohatersko-smoczy.

„Herosi mitów germańskich” to, jak głosi podtytuł, opowieść o Sigurdzie pogromcy smoka i innych Wölsungach (jeśli komuś dzwoni w głowie Zygfryd tudzież Nibelungowie, a w tle gra Wagner, to zdecydowanie dobry kierunek). Dokładniej: studium tego, jak opowieści o wielkich bohaterach zmieniały się pod wpływem rozmaitych przemian społecznych, politycznych, gospodarczych czy światopoglądowych.

Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.
Otóż i herosi. I niezbędne papierowe zaznaczałki.

Rzecz zaczyna się od samej sagi o Wölsungach, zbeletryzowanej przez Szrejtera – polecam czytać na głos, albo chociaż pod nosem, klimat prawie jak przy ognisku i opowieści bajarza. Potem następuje właściwe opracowanie sagi (rozbite na dwa tomy, dodajmy), w którym śledzimy historie konkretnych bohaterów, ich rozwój, rozplątujemy niejasności i sprzeczności, odkrywamy źródła takich czy innych rozwiązań fabularnych (zginął przez wodę/alkohol? Boska kara za wykroczenia na tle seksualnym!).
Mój ulubiony wątek rozważań to zdecydowanie mityczny proces grabieży. Otóż młodsi herosi „ograbiają” antenatów z walecznych czynów, czyli na przykład czyny Sigmunda z pierwotnej wersji opowieści w nowej wersji zostają przypisane Sigurdowi, synowi Sigmunda. Jak pisze Szrejter, wszystko dlatego, że „w legendzie ważniejsza od »prawdziwej« historii jest typowość czynu, a na drugi plan schodzi osoba, która go dokonała”*. Innymi słowy, wielkie dzieła Bardzo Dawnych Bohaterów transportuje się do biografii Bohaterów Nieco Nowszych – bliższych słuchaczom i bardziej dostosowanych do ich czasów. I jeśli Wam się wydaje, że są to herosi niepokalani, którzy ratują damy w opresji, nie kalają swojego honoru najmniejszą nawet przewiną, całują dzieci w czółka i nigdy nie przeklinają przy stole – niestety. Wölsungowa ekipa to dranie, mordercy, kazirodcy, dzieciobójcy, kłamcy… ale i tak ich kochamy.

Sigi, Wölsung, Sinfjötli (mój ulubieniec, ten to dopiero był szalony), Sigurd i inni zapisali się w sagach złotymi głoskami – czy raczej kapiącymi krwią. Szrejter analizuje tradycję skandynawską, niemiecką i anglosaską wymienionych opowieści, tropi pozostałości dawnych wierzeń, od olbrzymów po szamanów, pokazuje przemiany ideologiczne. Wszystko, jako się rzekło, podane w popularnonaukowym sosie, zarówno wizualnie (brak przypisów), jak i stylistycznie – to bardziej gawęda niż cokolwiek innego. Jedyna rzecz, która mi trochę zgrzytała, to ilość wtrętów splatających książkę w całość (mam na myśli zwroty w stylu „o tym pisałem w rozdziale trzecim”, „o tamtym będzie mowa przy okazji biografii Rerira”) – momentami było ich po prostu za dużo. Co nie zmienia faktu, że erudycyjno-dowcipno-luźny styl Szrejtera i jego podejście do tematu zasługują na oklaski.

[tl;dr] Artur Szrejter trzyma poziom. Wysoki. A ja czekam na tom drugi.

PS. Dziękując Autorowi za książkę – i za dedykację!

* A. Szrejter, Herosi mitów germańskich, wyd. Erica, Warszawa 2015, s. 133.

One thought on “Mój ty herosie, czyli rzecz o Wölsungach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s