Złamałam Żelazną Zasadę

Nigdy nie czytam zakończenia książek, zanim do niego nie dotrę w sposób chronologiczny, jak Pan Bóg przykazał, od deski do deski, rozdział po rozdziale. Głównie dlatego, że czytam naprawdę szybko i z reguły w słusznym tempie docieram do końcówki. W tej materii od lat wiodę dystyngowany spór z Mamą-Malitą, która tempo ma wolniejsze, a  lubi wiedzieć, jak się historia kończy, żeby zobaczyć, jak do tego wszystkiego doszło. Ergo zakończenie sprawdza zawsze i za każdym razem. Okopałyśmy się obie wygodnie na swoich pozycjach i raz na jakiś czas przekomarzamy się, wiedząc, że nie przekonamy się wzajem i już.
A to będzie opowieść o tym, jak się złamałam.

Fala zachwytów nad „Szczygłem” przetoczyła się już dawno dawno temu, przyznaję, ale mnie się tak żywot ułożył, że dopiero teraz nadrabiał. Niby powinno mi się bardzo podobać, bo to obrazowa historia (a ja lubię takie z dziełem sztuki w tle, vide „Bezcenny”), z drugiej strony moje pierwsze spotkanie z Donną Tartt nosi znamiona pewnego rozczarowania. Więc byłam ostrożna z początku.

http://www.mauritshuis.nl/-/media/5f04360706f743aebead047bd27b8f5a.ashx
Winny całej sprawy. „Szczygieł”, Carel Fabritius, 1654

Początek ów jest jak u Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Otóż w życiu Theo Deckera wszystko dzieli się na „przed” i „po” śmierci matki. Stracił ją w zamachu, gdy miał trzynaście lat. Potężny wybuch w nowojorskim muzeum pochłonął wiele ofiar, ludzi i obrazów, i zmienił wszystko w życiu chłopca. Theo całe swoje życie będzie odnosił do tamtego strasznego dnia. Nie tylko dlatego, że wtedy zginęła jego matka. Również dlatego, że z niepojętych do końca przyczyn wyniósł (ba, wykradł będzie odpowiedniejszym słowem) z muzeum maleńki obraz – siedemnastowiecznego fabritiusa. Olejny szczygieł będzie mu towarzyszył (nie zawsze dosłownie i osobiście) w najbardziej fantastycznych kolejach losu: od dusznych i upalonych (nie, nie upalnych) miesięcy w Las Vegas, przez bezpieczną (pozornie) przystań antykwariatu, aż po deszczowe uliczki Amsterdamu. Kolejne kłamstewka, grzeszki i kłopoty Theo składają się po kawałeczku na olbrzymią życiową bombę, która w końcu kiedyś wybuchnie. Pytanie tylko, czy zmiecie wszystko na swojej drodze, czy oczyści grunt pod nowy start…

Ujmijmy to tak: na przemian wielbiłam i przeklinałam tę książkę. Na przemian nie znosiłam Theo i chciałam go utulić i obiecać, że będzie dobrze. Na przemian zachwycałam się opisami (ach ach opis obrazu!) i fukałam na przydługie fragmenty amsterdamskie. Zostawiałam książkę na dwa, trzy dni, by wreszcie siąść i przeczytać dwieście stron za jednym zamachem, kołysząc się z przejęcia na kanapie. A wracając do złamania się: „Szczygieł” liczy sobie osiemset stron bez mała, a ja byłam tak przejęta losem Theo, tak bardzo zmartwiona jego uzależnieniem, Pippą, obrazem, całą tą historią – jeszcze mając w pamięci ten wybitnie niepokojący prolog! – że gdzieś koło strony numer 530 poddałam się. I przejrzałam ostatni rozdział, nie wczytując może zanadto, ale tak. Przeczytałam zakończenie.

Najpierw była ulga.

Potem przeczytałam całość i ulgi było mniej.

Co nie zmienia faktu, że czasem warto zrobić wyjątek od własnej Żelaznej Zasady.

16 thoughts on “Złamałam Żelazną Zasadę

  1. „Na przemian nie znosiłam Theo i chciałam go utulić i obiecać, że będzie dobrze.” – Tak bywa z narratorami u tej autorki. ;) Theo jest nawet w porządku, może teraz patrzę na niego inaczej, bo Richarda z „Tajemnej historii” w ogóle nie polubiłam jako człowieka (momentami naprawdę się wściekałam na niego).
    A skoro już tu wpadłam i komentuję, zwyczajowo ponarzekam na brak interesujących bohaterek. Pippa mogłaby być bardziej rozwinięta jako postać, serio.
    I przez moment miałam nadzieję, że Theo i Boris się zejdą, ale gdzie tam, autorka zawsze tak wodzi za nos, gdy chodzi o uczucia.

    1. Ooo, ja też miałam taką nadzieję przez chwilę! Niemniej, co do bohaterek zgadzam się na całej linii, bo czasem faktycznie niedomagają. Honor zdecydowanie ratuje pani Barbour :) a co do Richarda – ja w tej „Tajemnej historii” to nikogo nie lubiłam, właściwie bez różnicy ;)

      1. Nareszcie znalazłam kogoś, kto podziela(ł) moją nadzieję! ;) Szukałam potem jakichś fajnych ff o nich, żeby odreagować. ;) Zresztą (jeśli to możliwe, rzecz jasna) często sobie wyobrażam, że po jakimś czasie moje wymarzone zakończenia doszły do skutku. Nie mam tu na myśli jedynie związków, rozumiesz. :)
        Ja w TH w pewnym momencie zapałałam sympatią do Francisa (dlatego tak mnie zirytowało zakończenie jego wątku! choć zgodne z ogólnym klimatem tragedii). Przez te ataki paniki, sama często je miewam. Henry jest dość interesujący jako postać. Camillę dałoby się wzbogacić w ff, bo najmniej o niej wiemy (zwłaszcza wziąwszy pod uwagę stosunek narratora do niej – na pewno zdarzało mu się przeinaczać fakty).

      2. O, to ja aż w ff nie poszłam, aż tak mnie ta historia nie ruszyła, żebym musiała rekompensować sobie wymarzoną wizję czymś innym (choć nie powiem, w pełni rozumiem :)). I przyznam, że najmniej nie lubiłam Henry’ego, miał coś w sobie. Ale i tak strzelam focha w jego kierunku ;)

  2. A co do zakończeń – to mnie się bardzo podobało. Niby też lubię, jak wszystko jest dopięte, a ja nie jestem trzymana w niepewności i mogę sobie płakać do woli, rzucać książką o ścianę, rwać włosy z głowy, ale z drugiej strony zakończenie „Szczygła”, jako otwarte, niesamowicie mi się spodobało. Ta bezsilność, bezradność i obojętność Theodora tak mnie bolała, że to aż piękne! Ale kończę już, bo o „Szczygle” to bym mogła i mogła… :)

  3. Ja czytam zawsze ostatnie zdanie, czego często żałuję, ale co mi tam! „Szczygieł” jest boski, absolutnie wyjątkowy. Bardzo kocham tę książkę ♡

  4. Haha, jakie rozterki :) I jakie przy tym emocje. Ja zostaję przy zasadzie: nie sprawdzam zakończenia, ale nie mówię, że nigdy się nie złamię ;) A do „Szczygła” ciągle jeszcze dojrzewam, może kiedyś się zmuszę.

  5. Szczygieł 😍 choć też mnie irytował momentami i rzucałam w kąt po to, aby chwilę później wlaczyć dziecięciu disney junior i pożreć kolejne kilkadziesiąt stron. Choć zakończenie srednio mi sie podobalo.

    1. O to to, ja podobnie (minus dziecię i disney junior). Właśnie zakończenie jest takie… niedookreślone. A ja lubię, jak jest jasno powiedziane, jak mi się nie podoba, to przynajmniej mogę odpłakać i odfochać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s