Ech, chłopcy chłopcy

Andrzej Saramonowicz nieraz dał już popis jako scenarzysta i reżyser (cytaty z „Testosteronu” czy „Lejdis” dziś funkcjonują jako kultowe, vide jeden z moich ulubionych fragmentów z tego drugiego), ale powieść, o, powieść, to już zupełnie inna sprawa. Co sprawdza się na ekranie, nie zawsze wyjdzie na kartach książki i odwrotnie. Tym razem wyszło.

„Chłopcy”, gorzki komediodramat w dwóch osobach, eksploruje tematy zdecydowanie męskie. I damsko-męskie też, bo od nich uciec nie sposób. Otóż syn Mateusz, lat jedenaście, i ojciec Kuba, lat czterdzieści, usiłują zapanować nad własnym życiem ze wszystkich sił. A w tym życiu liczą się trzy rzeczy: szary nudny codzienny kierat (szkoła/praca w szpitalu), kobiety (jak Sunia, piękna nauczycielka przyrody/matki kolegów Mateusza, z którymi sypia Kuba), oraz prawdziwa męska przyjaźń (z Adrianem, kolegą z klasy/z Pawłem, tatą Adriana). Ostrożna równowaga między tymi rzeczami – przetrwać pierwsze, zdobyć drugie i za wszelką cenę nie spieprzyć trzeciego – to cel, do którego dąży zarówno syn, jak i ojciec. Choć trzeba przyznać, że ten drugi koncertowo gubi się gdzieś po drodze i czasem to ten pierwszy okaże się być najbardziej dojrzały z całego towarzystwa.

Ta dwuosobowa opowieść, niby-dialog ojca z synem, następuje rozdział po rozdziale, a czasem zdanie po zdaniu, gdy nagle, bez ostrzeżenia, autor przerzuca nas z głowy Mateusza do głowy Kuby. Obydwaj miotają się między własnymi miłostkami i miłościami, oczekiwaniami stawianymi przez najbliższych czy relacjami z najlepszymi przyjaciółmi. Pewnie byłoby im łatwiej, gdyby miotali się razem, ale tego też trzeba się nauczyć.

Taką obyczajową historię łatwo byłoby wznieść na wyżyny patosu czy stoczyć w moralizatorskie potępienie społecznej degrengolady, ale Saramonowicz obrał inną drogę. Humor. Ten jest po prostu mistrzowski, cięty a dosadny – momentami cudownie groteskowy (scena operacji arcybiskupa, gdy pacjent i chirurg zgodnie wyją „Anielski orszak”, to zdecydowanie jeden z najlepszych momentów). Do tego mocno wulgarny: wszak już nawet Mateusz dobrze wie, że czasem po prostu nie da się nie przeklinać, a jak jeszcze latorośl dziedziczy ekspresję językową po swoich rodzicach, to w co drugim zdaniu można usłyszeć soczyste przekleństwo.

Przykry portret, jaki Saramonowicz serwuje czytelnikom – portret ordynarnych dzieciaków i ich rodziców, popsutych rodzin, zaplątanej życiowo wielkomiejskiej klasy średniej – wydaje się prowadzić donikąd, albo jeszcze gorzej, do spektakularnej katastrofy. Ale zakończenie, wbrew oczekiwaniom, nie jest ani katastrofą, ani ślepym zaułkiem. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

2 thoughts on “Ech, chłopcy chłopcy

  1. Taki Testesteron tylko pisany? :) Dodając trochę Dnia świra, choć to nie Saramanowicza.
    W sumie to jestem ciekawa, jak to wyszło. Jak jest dobry humor, to musi być dobrze ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s