Postmodernizm stosowany, czyli „Facecje”

Postmodernizm stosowany od dawna hula w internetach, aż miło. Relacje, interpretacje, intertekstualności, groteska i absurd, mniam mniam. Jest kilka takich profili, które swoją erudycją i błyskotliwością podbiły moje serduszko szczególnie, a prym wśród nich wiodą Facecje. Już namysł nad nazwą owego profilu, zawarty na samym początku wersji książkowej – facecje to a.) krótki żartobliwy utwór epicki, popularny w literaturze staropolskiej, b.) krótkie, zabawne opowiadanie – pokazuje, że będzie śmiesznie. A tu jest jeszcze inteligentnie. Zasługa to dwóch panów – Patryka Brylińskiego i Macieja Kaczyńskiego.

Facecje, w dużym skrócie, to rozsądnie dawkowane obrazki, przekuwające różne historyczne i/lub fikcyjne sytuacje w facebookowy entourage. Czy to wiadomość od Merlina, Kartezjusz smsujący z królową Krystyną, status od Spotted: obiady czwartkowe czy też oś czasu użytkownika Papież Aleksander VI – błyskotliwe przekucie pozornie nie-fejsowych sytuacji na znaną biało-niebieską otoczkę jest po prostu genialne. Czasem również mocno dosadne – niektóre postaci w słowach nie przebierają. Książeczka zawiera sporą ilość memów i postów znanych z facebookowego profilu, ale są też niepublikowane wcześniej wywiady – jak choć z Bukowskim o odpoczynku od relaksu czy z Marią Antoniną o lifestyle’owym urwaniu głowy („Wybrała już pani kreację na szafot?” „To prosta biała suknia, podkreśli krwotoki”).

„Ej, trzeba coś wiedzieć, żeby to przeczytać”, stwierdził mój szwagier Maciek, w skupieniu przeglądając „Facecje”. Prawdą jest, bez znajomości kanonicznych dzieł literatury czy wydarzeń z dziejów Polski i świata wielu facecji po prostu nie sposób docenić. Ale można też zainicjować proces odwrotny: gdy się dowcipu w pełni nie zrozumie, można opuścić na chwilę opary absurdu, sięgnąć po wyjściowe zdarzenie z kart historii czy powieści i przy okazji się czegoś dowiedzieć. Sylwia Chutnik w blurbie okładkowym napisała, że „Facecje uczą, bawiąc – i nie jest to pusty slogan” i, dlaboga, rację ma po trzykroć.

Jedna rzecz, nad którą się zastanawiam, to czy jest sens drukować profil z fejsa (ok, okrasiwszy go nowymi treściami, a nawet wierszem z Nowych wierszy sławnych poetów) i sprzedawać za niemałe, było nie było, pieniądze. Ale z drugiej strony, jak otwieram sobie „Facecje” i jak widzę mój ulubiony obrazek z Gombrowiczem, to od razu dzień lepszy.

Gombrowicz
Ubóstwiam.

I to chodzi.
Leonidas i 299 innych osób lubią to.

PS. Facecje w wersji drukowanej nieco inne graficznie, a co!
PPS. Podziękowania otrzymuje Kolega z Pokoju Promocji Wydawnictwa Otwarte, który sprezentował mi „Facecje” na Targach Książki.

Dzieła zebrane #9

Internety płoną od trzech dni o opowieściach o Targach Książki w Krakowie (łącznie z sarkaniem na wydarzenia równoległe, vide utrudnienia w ruchu z uwagi na sobotni półmaraton ze startem i metą w Tauron Arenie) – ja Targi obeszłam wczoraj, jako się rzekło, raczej truchcikiem, ale za to w wybornym towarzystwie. Była umowa: jeśli Myszkovska będzie kupować za dużo książków (dokładniej, więcej niż trzy), mam ją bić antologią polskiego reportażu. Najlepiej dwoma tomami naraz. Rezultat oczywisty, na trzech się nie skończyło ^^
Tymczasem – zebrało się z lektur minionych kilka Dzieł. Zebrano je oto: trochę miejsko, trochę kryminalnie, trochę biograficznie. Proszę się częstować!

Okładka książki AntipolisPrimo, „Antipolis” Tomasz Fijałkowskiego. Wymyślone miasta i opowieści o nich zajmują specjalne miejsce w Malitowym serduszku (nie mówiąc o tym, że czasem w myślach spaceruję po kilku własnych). Beszel i Al Qoma, Londyn Pod, Nieprzemijające Miasto… oj, wiele takich miejsc by się znalazło. Antipolis Fijałkowskiego, stolica Korony w alternatywnym polskim świecie roku 1936, również ma swój klimat. Może nie stanie się jednym z moich ulubionych, ale na jeden spacer może bym się i wybrała. Tylko niekoniecznie w tym samym czasie, w którym rozgrywa się akcja książki – bo zbliża się Zenit i kolejne manifestacje Innej Rzeczywistości targają metropolią. Ojj, będzie się działo… uciekać? Ależ skąd, należy wziąć głęboki oddech, zostać i czytać, bo dobre!

Okładka książki Koronkowa robotaSecundo,  „Koronkowa robota” Pierre Lemaitre’a. Rzadko mi się zdarza sięgać po kryminały, ale raz na jakiś czas przychodzi ochota i owszem, rzucam się. Rzuciłam się zatem na francuski kryminał, mianowicie Lemaitre’a, którego trylogia jest w Polsce wydana inteligentnie w porządku odwrotnym. Zaczęłam zatem od „Koronkowej roboty” (w tłumaczeniu numer 3, w oryginale numer 1). A rzecz kręci się wokół komisarza paryskiej policji, Camille’a Verhoevena, doskonałego gliny o duszy artysty i wzroście karła. On i jego zespół (zwłaszcza partner, nienaganny w manierach i ubiorze Louis, mój ulubieniec) będą musieli rozwiązać zagadkę kryminalna-literacką: gdyż seryjny morderca nawiązuje swoimi zbrodniami do powieści. Czy uda się odgadnąć, dlaczego, do jakich i skąd je bierze, a do tego wygrać wyścig z czasem, gdy na szalę zostanie rzucone życie najbliższych Camille’a?
Powiem tak: jakiś rok temu, przy okazji premiery „Gniewu”, Zygmunt Miłoszewski wypowiadał się krytycznie na temat eskalacji przemocy, okrucieństwa i krwawości zbrodni opisywanych w powieściach. Zdecydowanie coś w tym jest, bo dla mnie zakończenie było po prostu dla mnie za mocne. Całość jednak niezła.

Okładka książki Inklingowie: C.S.Lewis, J.R.R.Tolkien, Charles Williams i ich przyjacieleTertio i ostatnio, rzecz biograficzna autorstwa Carpentera i długim tytule, mianowicie „Inklingowie: C.S.Lewis, J.R.R.Tolkien, Charles Williams i ich przyjaciele”. Czułam pewien niedosyt historii o Inklingach, a wszystko dzięki lekturze duchowej autobiografia C.S. Lewisa, zatytułowanej „Zaskoczony przez Radość” (o tejże książce może kiedyś indziej). Otóż. Lewis, Tolkien i kilkoro ich przyjaciół (w tym Warnie, brat Lewisa i Charles Williams, poeta i wydawca) regularnie spotykali się w Oksfordzie lat wojennych i powojennych. Chadzali na piwo we wtorki, a w czwartki w jednym z collegów dyskutowali na temat pisanych przez siebie książek. Chciałoby się powiedzieć, że ot, jeszcze jedna grupa oksfordzkich intelektualistów… ale jednak nie na każdym posiedzeniu oksfordzkiego stowarzyszenia odczytywano na głos rękopisy „Listów starego diałba do młodego” czy „Władcy Pierścieni”. To głównie dzięki Tolkienowi i Lewisowi Inklingowie – tak żartobliwie przezwali się przyjaciele – zyskali sławę, która wyszła daleko poza mury uczelni. Humphrey Carpenter pisze nieco o każdym Inklingu z osobna (najwięcej o Lewisie, wszak to on był główną postacią owych spotkań) i o wszystkich razem, dając lekturę zacną a wnoszącą wiele wieści. I frustrującą też, bo to ten typ książki, który prowadzi do co najmniej tysiąca kolejnych.

Z Dzieł Zebranych na razie tyle, a już rychło namysł dłuższy nad jednym dziełem, postmodernistyczno-obrazkowo-ironicznym. Facecje, anyone?

PS. Podziękowania: za drugie Mama-Malita, a za trzecie Myszkovska herself.

Znikąd ratunku

Dwadzieścia lat bez mała: tyle zajęło, zanim polscy czytelnicy mogli zagłębić się w słynną powieść Kathryn Harrison o dwóch nieszczęśliwych niewiastach. Rzecz oryginalnie wydana w 1995 roku, doczekała się przekładu dopiero niedawno. Grunt, że jest. A owe dwie niewiasty przeznaczenie połączyło nie tylko dniem urodzenia – 4 lutego 1662 roku – ale przede wszystkim całymi ogromami smutków, których doświadczyły.

Pierwsza z nich, postać ze wszech miar historyczna, to Marie Louise de Bourbon, wypieszczona bratanica Ludwika XIV. Polityczne rozgrywki małżeńskie rzucają ją na dwór Hiszpanii, gdzie poślubia Carlosa II, w osobie którego ziściły się koszmary chowu wsobnego Habsburgów. Pokraczny i chorowity władca, który do ósmego roku życia żywił się wyłącznie mlekiem mamek, sypia otoczony stosami relikwii i nie jest w stanie spełnić małżeńskiego obowiązku. Cierpi na tym całe królestwo, a przede wszystkim królowa małżonka. Osamotniona Marie żyje pod bezustanną presją teściowej i ludu Hiszpanii – kiedyż wreszcie urodzi potomka? Nikt nie śmie wszak zasugerować, że to z królewską potencją może być coś nie w porządku. Pozbawiona prawie wszystkich drobnych przyjemności, Marie z rozrzewnieniem zatapia się we wspomnieniach z Wersalu, przywołując ogrody Króla Słońce, zwłaszcza słodko pachnące drzewka pomarańczowe.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/3/33/Portrait_of_Marie_Louise_d%27Orl%C3%A9ans_circa_1680_future_Queen_of_Spain.jpg
Marie Louise de Bourbon, lat około siedemnaście

Drzewa – ale morwowe – naznaczyły całe życie Franciski de Luarca, drugiej z bohaterek. Familia de Luarca od pokoleń w miasteczku Quintapalla hodowała jedwabniki, karmione liśćmi z morwowego sadu. Gdy zabraknie drzew, zabraknie też gąsienic – i wyschnie źródło utrzymania. Bankructwo ojca, niezwykły talent matki, dość niepokorny charakter samej Franciski i wielka, zakazana miłość – to wszystko złoży się na historię, która, choć fikcyjna, wcale nie boli mniej niż ta „prawdziwa” (cudzysłów owej prawdziwości bierze się stąd, że losy Marii też są nieco autorsko zmienione).

Bardzo lubię, gdy powieść historyczna – w której z reguły kojarzę zakończenie i/lub z grubsza przebieg akcji – jednak mnie zaskakuje, nie pozwala się oderwać, słowem: gdy autor potrafi opowiedzieć raz jeszcze coś znanego, jakby to była największa nowość. Kathryn Harrison przyjmuje inną strategię, w miarę od początku książki uzmysławiając, jaki los czeka Franciskę i Marię. Ta pierwsza gnije w lochach Inkwizycji, snując opowieść o sobie i zaszczutej królowej, która skończyła w męczarniach po otruciu.

Nie powiem, przygnębiło mnie to wszystko mocno: beznadzieja losu obu kobiet jest porażająca. Jedna dzieli los niejednej królowej, traktowanej prawie wyłącznie jako łono, które wyda następcę tronu. Druga na własnej skórze (dosłownie) poznaje okrucieństwo osławionej hiszpańskiej Inkwizycji (skądinąd psychoza, jaką wywoływała ta instytucja, jest wybornie opisana). Znikąd ratunku, znikąd wyjścia. Tutaj nie będzie happy endu.

Ech, chłopcy chłopcy

Andrzej Saramonowicz nieraz dał już popis jako scenarzysta i reżyser (cytaty z „Testosteronu” czy „Lejdis” dziś funkcjonują jako kultowe, vide jeden z moich ulubionych fragmentów z tego drugiego), ale powieść, o, powieść, to już zupełnie inna sprawa. Co sprawdza się na ekranie, nie zawsze wyjdzie na kartach książki i odwrotnie. Tym razem wyszło.

„Chłopcy”, gorzki komediodramat w dwóch osobach, eksploruje tematy zdecydowanie męskie. I damsko-męskie też, bo od nich uciec nie sposób. Otóż syn Mateusz, lat jedenaście, i ojciec Kuba, lat czterdzieści, usiłują zapanować nad własnym życiem ze wszystkich sił. A w tym życiu liczą się trzy rzeczy: szary nudny codzienny kierat (szkoła/praca w szpitalu), kobiety (jak Sunia, piękna nauczycielka przyrody/matki kolegów Mateusza, z którymi sypia Kuba), oraz prawdziwa męska przyjaźń (z Adrianem, kolegą z klasy/z Pawłem, tatą Adriana). Ostrożna równowaga między tymi rzeczami – przetrwać pierwsze, zdobyć drugie i za wszelką cenę nie spieprzyć trzeciego – to cel, do którego dąży zarówno syn, jak i ojciec. Choć trzeba przyznać, że ten drugi koncertowo gubi się gdzieś po drodze i czasem to ten pierwszy okaże się być najbardziej dojrzały z całego towarzystwa.

Ta dwuosobowa opowieść, niby-dialog ojca z synem, następuje rozdział po rozdziale, a czasem zdanie po zdaniu, gdy nagle, bez ostrzeżenia, autor przerzuca nas z głowy Mateusza do głowy Kuby. Obydwaj miotają się między własnymi miłostkami i miłościami, oczekiwaniami stawianymi przez najbliższych czy relacjami z najlepszymi przyjaciółmi. Pewnie byłoby im łatwiej, gdyby miotali się razem, ale tego też trzeba się nauczyć.

Taką obyczajową historię łatwo byłoby wznieść na wyżyny patosu czy stoczyć w moralizatorskie potępienie społecznej degrengolady, ale Saramonowicz obrał inną drogę. Humor. Ten jest po prostu mistrzowski, cięty a dosadny – momentami cudownie groteskowy (scena operacji arcybiskupa, gdy pacjent i chirurg zgodnie wyją „Anielski orszak”, to zdecydowanie jeden z najlepszych momentów). Do tego mocno wulgarny: wszak już nawet Mateusz dobrze wie, że czasem po prostu nie da się nie przeklinać, a jak jeszcze latorośl dziedziczy ekspresję językową po swoich rodzicach, to w co drugim zdaniu można usłyszeć soczyste przekleństwo.

Przykry portret, jaki Saramonowicz serwuje czytelnikom – portret ordynarnych dzieciaków i ich rodziców, popsutych rodzin, zaplątanej życiowo wielkomiejskiej klasy średniej – wydaje się prowadzić donikąd, albo jeszcze gorzej, do spektakularnej katastrofy. Ale zakończenie, wbrew oczekiwaniom, nie jest ani katastrofą, ani ślepym zaułkiem. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

Matka, która zabiła swoje dzieci

Są książki, które mają setki stron i bardziej nużą niż ciekawią, a ich objętość wcale nie daje specjalnie dużo radości. Są też takie, które na naprawdę niewielkiej przestrzeni mają upakowany tak nieprawdopodobny ładunek emocjonalny, że aż dziw. „Magda”, debiut Meike Ziervogel, liczy sobie 140 stron. A emocji… całe miliony.

Magda Goebbels, przez wielu uważana za Pierwszą Damę Trzeciej Rzeszy, była fanatyczną wielbicielką Hitlera i jednocześnie wcieleniem wizji o rasie aryjskiej. Wyszła za ministra propagandy, kanclerza Josepha Goebblesa, bez reszty poświęcając się działaniom na rzecz spełnienia snu o tysiącletniej Rzeszy. W książce Ziervogel Magda jest kobietą pełną sprzeczności, dość wspomnieć, że pragnęła zachować czystość, a jednak urodziła siódemkę dzieci (nie wspominając o kilku romansach). Dzieciństwo w klasztorze, żydowski ojczym, nieudane pierwsze małżeństwo, gorące poparcie dla nazizmu – wszystko wydaje się blednąć wobec wielkiego finału, który nastąpił w berlińskim bunkrze, gdy tysiącletnia Rzesza okazała się tylko kilkunastoletnią mrzonką. 1 maja 1945 roku Magda Goebbels osobiście podała truciznę swoim dzieciom, a potem wraz z mężem popełniła samobójstwo.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/cc/Bundesarchiv_Bild_146-1978-086-03%2C_Joseph_Goebbels_mit_Familie.jpg
Szczęśliwa familia Goebbelsów (z synem Magdy z pierwszego małżeństwa)

Mimo dość burzliwych początków, koniec końców Magda odnalazła swoje powołanie: jako matka narodu niemieckiego, jako nazistka doskonała, którą stała się w momencie, gdy ujrzała po raz pierwszy „małego człowieczka o postawie giganta”. Nabożny szacunek i gorliwe uwielbienie nie pozwoli jej pomyśleć Hitlerze inaczej, niż „On”, jak gdyby był Bogiem. Ziervogel pokazuje nie tylko narodziny owego fanatyzmu, ale przede wszystkim toksyczne relacje matek i córek – Magdy i jej matki, Magdy i jej najstarszej córki – oddając im głos i pozwalając na wyrzucenie z siebie wszystkich wspomnień. Fakty i fikcja przeplatają się ze sobą, „tak, jak nakazywała mi potrzeba”, wyznaje Ziervogel, oszczędnie gospodaruje środkami, niemniej potrafi wstrząsnąć do głębi. Szczególnie jeden fragment, wizja Magdy – co by było, gdyby wojna zakończyła się porażką Niemiec, a ona sama i jej dzieci byłyby zdane na łaskę radzieckich żołnierzy. Umierająca Magda (cierpiała na neuralgię i koszmarne migreny jeszcze pod koniec wojny), zalegająca w cuchnącym barłogu, bezradnie patrzy na swoje wygłodzone i zawszone pociechy, przełyka łzy, gdy jej najstarsza córka handluje własnym ciałem, by zarobić na chleb. I Ziervogel tak o tym pisze, tak to przedstawia, że ja właściwie rozumiem Magdę.

Raz jeszcze – rzecz niewielka, ale porażająca. Spać po tym ciężko.

PS. Jeśli chodzi o narodziny fanatyzmu, nic dla mnie nie pokazuje go bardziej doskonale, niż ta scena.