Dużo seksu, dużo jedzenia

W moim domu rodzinnym książki zalegają w stosach. Jest taki jeden specjalny stos bieżący, gdzie spoczywają książki „w czytaniu”, czyli te najnowsze, świeżo pożyczone, które już przeczytała Mama-Malita, ale jeszcze nie zdążył Tata-Malita, które właśnie oddała sąsiadka, które przedwczoraj podrzucił znajomy. Stos ten zmienia swoją objętość, książki migrują, a kiedy zamarudzę, że coś bym może aby machnęła, to wtedy udaję się podumać pod szafkę. Ostatnio wydumałam trzy książki.

O pierwszej z nich uparcie mówiłam „Kochanka Hitlera”, a to nie kochanka, a kucharka, i nie Hitlera, a Himmlera (znacie te dowcipy o radiu Erewań?). W sumie nie tak znów daleko… W każdym razie, tytułowa kucharko-kochanka, Rose, posiada obfite eksperiencje zarówno erotyczne, jak i kulinarne. W zawodowo-miłosnym resume kłębią się tłumy ludzi – i mnogość tragedii. Mając lat sto i pięć, Rose postanawia spisać koleje swego barwnego żywota: od ludobójstwa Ormian (jest Ormianką z pochodzenia), przez obydwie wojny światowe (przybrany brat tudzież małżonek ucierpieli podczas zawieruchy wojennej), aż po rządy Mao Zedonga (tak to jest, gdy człowiek wybierze na wyprawę do Chin z Sartrem i de Beauvoir). Trochę jak historia stulatka, który wyskoczył przez okno, i zniknął: oto Wielka Historia XX Wieku oczami postaci mocno z tą wielkością kontrastującej.

Dużo seksu. Dużo jedzenia. Dużo zemsty. To z grubsza przepis na życie, jaki serwuje nam Rose, a apetyt na życie we wszystkich jego aspektach posiada zaprawdę olbrzymi. Wywody dziarskiej staruszki czyta się szybko: są momentami błyskotliwe („Świetlana przyszłość niesie ze sobą czarną rozpacz”, zanotuje Rose luźno o chińskim komunizmie), momentami rubaszne, momentami jednak niesmaczne – nadmiar niektórych składników przepisu na życie po prostu mnie znużył.

Pomysł oceniam na piątkę, ale gdzieś tak w połowie zaczęło tego wszystkiego być trochę za dużo: i tych tragedii, i mnogości kochanków.
Oto Rose. Można ją polubić albo nie… ale brać tylko z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Brać, nomen omen.

PS. Do trzech wspomnianych na początku książek Mama-Malita dorzuciła kolejne trzy. Jedną skończyła, na dwie mnie naszło.