Dzieła zebrane #8

Bardzo lubię pożyczać książki od rozmaitych znajomych i przyjaciół Królika (zwłaszcza, jeśli preludium do tego pożyczenia stanowi długie wystawanie przed półką, połączone z przeglądaniem, kartkowaniem, odstawianiem, skanowaniem wzrokiem etc.). Czasem jest to pożyczenie intencjonalne („masz tu czytaj”), czasem przebłagalne („mogę to pożyczyć? Mogę mogę mogęęęęęę?”), czasem przypadkowe/przechodnie („o skąd masz, pożyczyłaś? Mogę też?”) – mniejsza o to, grunt, że jest co czytać.

W ramach pożyczonych Dzieł Zebranych wpierw „Drzewo migdałowe” Michelle Cohen Corasanti, z którym (żebym nie powiedzieć „pod którym”) spędziłam pewne słoneczne przedpołudnie na tarasowej kanapie. Okoliczności czytania były owszem bardzo miłe, ale „Drzewo” skrywa historię szalenie trudną i przykrą – o konfliktach palestyńsko-izraelskich, widzianych oczami młodego, arcyzdolnego Ahmada, który wraz z rodziną żyje w nieustannym strachu o swój los. Wie, że wojsko może odebrać mu wszystko – dom, pracę, zdrowie, życie – a z terrorem wojny wygrać się nie da. Powiem tak: przyjęłam całość właściwie na jedno posiedzenie, ale przejście od eskalacji wszystkich nieszczęść do słodkiego zakończenia nie bardzo przekonuje. Nie chcę powiedzieć, że to zbyt naiwne, ale może zbyt proste.

A teraz rzutem w zupełnie inny klimat: „Tsugumi” Yoshimoto Banany (tak, to ta od „Kuchni”). Tym razem otrzymujemy lekko nostalgiczną opowieść Marii, która wspomina ostatnie lato spędzone w rodzinnym miasteczku nad morzem. Zajazd Rodziny Yamamoto, gdzie pracują ciotka i wujek Marii, był dla dziewczyny przez wiele lat domem… i nie tylko dla niej. Tytułowa Tsugumi, kuzynka Marii, prawie nie opuszcza miasteczka, gdyż przez całe życie cierpi na skomplikowaną chorobę, a widmo śmierci towarzysz jej krok w krok. Relacja obu dziewcząt, taka troszkę poplątana przyjaźń, stanowi punkt wyjścia do historii o dziecięcych psotach, miłostkach i kłótniach. Całość nie dorównuje dla mnie „Kuchni”, ale ma swoje momenty. Miałaby ich więcej, gdyby nie fatalny przekład, a właściwie łopatologiczne podejście tłumaczki, która uznała za konieczne wyjaśnianie w przypisie każdego – KAŻDEGO – japońskiego terminu czy obyczaju. Naprawdę, trochę byłam zniesmaczona, gdy objaśniano mi, czym jest sushi albo tatami (sic!). Więcej ufności w czytelnika. Nie mówiąc o radosnej konstatacji „Maitreya dla wyznawców New Age jest tym, kim dla chrześcijan Chrystus”. Zalecam przeoczać przypisy.

PS. Podziękowania wędrują w stronę myszkovskiej oraz Natalii.