Cztery Joanny i jeden nieboszczyk

Powieści Chmielewskiej od zawsze gdzieś się pałętały w okolicy – Mama-Malita namawiała na „Wszystko czerwone” (nawet wieki temu zaczęłam, ale jakoś się… rozmyło, bez większych przyczyn), a już szczególnie na „Całe zdanie nieboszczyka”, jedno z pierwszych dzieł polskiej królowej kryminałów. Omijałam, omijałam, aż w końcu drogi się zeszły. Oto w moje łapki – też za sprawą Mamy-Mality – wpadło słuchowisko na motywach „Całego zdania nieboszczyka” produkcji Polskiego Radia tudzież Biblioteki Bluszcza (szkoda wielka tegoż czasopisma, tak na marginesie).

To akurat nie kryminał, a wycieczka w stronę przygody i powieści detektywistycznej: wszystko za sprawą urodziwej heroiny imieniem Joanna, która tylko pozornie cierpi na manię prześladowczą. Otóż Joanna ma to nieszczęście, że jest w Kopenhadze, ma platynową perukę oraz za sprawą chwilowego umiłowania do hazardu pojawia się w szemranym nieco melino-kasynie. Obstawianie idzie jej wyśmienicie, ale nagle w tymże nielegalnym przybytku pojawia policja. Pif, paf, strzelanina, lekki chaosik, i jak to w takich przypadkach bywa, pewien nieszczęśnik imieniem Bernard ginie od kuli. Zanim jednak ostatecznie wyzionie ducha, powierza Joannie pewną bełkotliwą wypowiedź. Ostatnie słowa nieboszczyka – czy właściwie, całe tytułowe zdanie – to dopiero początek szalonych przygód Joanny i podróży, która zawiedzie ją (mniej lub bardziej dobrowolnie) do Brazylii, francuskiego château nad Loarą oraz… na podwarszawskie Palmiry. Bowiem nawet powrót do ojczyzny nie ratuje przed szajką, która pragnie poznać tajemnicę całego zdania nieboszczyka!

Noszący ślady czytania egzemplarz wyjściowy powieści oraz wersja sluchowiskowa
Noszący ślady czytania egzemplarz wyjściowy powieści oraz wersja sluchowiskowa

Na początku byłam trochę nieufna, bo historia Joanny z brawurowym zestawem ucieczek z miejsc rozmaitych wydawała mi się (i dalej wydaje) raczej nieprawdopodobna. Ale wszak nie o realia chodzi ani o pieczołowite odwzorowanie Potencjalnie Prawdziwych Zdarzeń, nie nie. Chodzi o humor i zadziorność, a czasem i o rozkoszną absurdalność tych wszystkich sytuacji. Gdzieś w drugiej połowie słuchowiska ten specyficzny Chmielewski klimat mnie wessał z przyjemnym mlaśnięciem i gotowa byłam wykrzykiwać wraz z dzielną bohaterką „A chała!” przy każdej nadarzającej się okazji. Co do realiów, nie od dziś wiemy z popkultury, że młoteczkiem geologa czy zwykłym szydełkiem można wiele zdziałać, wykopując tunel na wolność.

Wersja audiobookowo-słuchowiskowa różni się nieco od tej książkowej, nie jest to zwykłe odczytanie przez lektora całej powieści, jak to dotychczas było w Malitowych głośnikach. Tu są efekty, strzały, drzwi i wszystkie inne bajery, no i różne głosy: w tym Joanna Trzepiecińska jako Joanna (ha!) oraz Wiktor Zborowski jako porucznik „jestem skałą spokoju, jestem lotosem na tafli jeziora” Jedlina. Całości słucha się bardzo przyjemnie – choć to rzecz króciutka – dobrze sobie też doprawić literackim pierwowzorem na deser.

Proza Chmielewskiej na pewno nie wywędruje na szczyt moich umiłowanych lektur, ale dowcipne, zręczne i dające dużo frajdy dzieła to wspaniały czasoumilacz na letnie dni. I zakłada, że zimowe też – sprawdzę i dam znać!