Gdzie z tym mieczem, panie.

https://i1.wp.com/s.lubimyczytac.pl/upload/books/221000/221317/272954-352x500.jpgSesja prawie za mną (Malita vs krzaczki 1:0, jest dobrze), a od jakiegoś czasu chodziło za mną jakieś klasyczne epickie fantasy. I oto w zalewie wieści, podcastów, zdjęć i nagrać z tegorocznego Comic Conu w San Diego pojawiła się zapowiedź „The Shannara Chronicles”, serialu MTV (sic!), opierającego się na cyklu Terry’ego Brooksa. Obejrzałam zwiastun i w podskokach rzuciłam się poszukiwać książkowego pierwowzoru. Sam serial, co prawda, opiera się na drugim tomie cyklu, ale ja zaczęłam od początku – od „Miecza Shannary”.
I na razie mam taki cichy wyrzut pod adresem: O wy, zwodnicze zwiastuny. O wy, mamiące trailery…

Oto wedle pradawnej przepowiedni, gdy mroczny Władca Upiorów raz jeszcze powstanie, by z całą swoją armią paskudzieństw pomaszerować na świat, jedynie tajemniczy artefakt może go powstrzymać. W celu tegoż powstrzymania pewien mędrzec (tajemniczy również, emanujący pradawną mądrością i o niewątpliwych zdolnościach magicznych) wyłuskuje z wioski na odludziu pewnego młodzieńca, każąc mu w imię przepowiedni ruszać na ratunek światu. Młodzieniec i jego towarzysz ruszają w drogę, ścigani przez sługusów Głównego Złego (wspominałam, że jego siedzibę stanowi osamotniona góra, „otoczona aurą zła i śmierci”?). Po drodze zyskują nowego kompana, który pomaga im przedostać się do Miejsca Spotkania z wiadomym mędrcem. Tam wszyscy razem formują drużynę (elfy w pakiecie, podobnie jak karły) i ruszają w epicki quest, którego zwieńczeniem może być tylko i wyłącznie pokonanie Władcy Upiorów.

Brzmi znajomo? Tak jakby. Tym razem jednak przeznaczenie świata uosabia półelf, półczłowiek imieniem Shea (za każdym razem, gdy padło to imię, pojawiało mi się przed oczyma masło shea, przepraszam). Rolę jego mentora pełni druid Allanon, a tajemniczy artefakt, bez którego nie sposób pokonać moce ciemności, to tytułowy miecz Shannary, czyli oręż sławnego elfiego króla. Tylko jego potomek, dzierżąc miecz, może pokonać eks-druida Bronę i jego miniony. Gromada śmiałków rusza zatem w trasę: Shea, jego przyrodni brat Flick, Allanon i reszta dzielnej drużyny, czyli, jako się rzekło, reprezentanci innych ludów: wśród nich karzeł Heydel, elfi bracia Durin (Durin!) i Dayel czy następca tronu Callahornu, Balinor. Po drodze napotkają wiele niebezpieczeństw, trzeba będzie przejść przez Grobowiec Królów (walka Allanora z rezydującym tam potworem w pakiecie, kulminacja walki na kładce nad wodą), rozdzielić się, pokonać ze dwie armie, uratować miasto i wyrwać miecz Shannary z rąk małego gnoma (…my precioussss!).

Uff.

Obejdę łukiem oskarżenia o plagiat dzieł Tolkiena (ciągną się za Shannarą od samego początku, a cykl liczy sobie prawie trzydzieści tomów), wręcz je przemilczę i podejdę do tematu trochę naokoło. Zatem: z jednej strony, „Miecz Shannary” jest rzeczą nienową. Zdążyliśmy się przyzwyczaić do pewnych schematów i coś, co prawie czterdzieści lat temu mogło być nowatorskie, dziś trąci myszką. Ale z drugiej strony, są też książki, które mimo upływu lat dają radę. Choćby Tad Williams: też pisał klasycznie, trochę później co prawda niż Brooks, ale dużo bardziej mi się podobało (patrz tu i tu).

Jest w kronikach Shannary w tym kilka nowych myśli – na przykład to, że całość dzieje się na naszej starej dobrej Ziemi, której oblicze odmieniły Wielkie Wojny (stąd obecność nowych ras, jak karły, gnomy czy elfy), ale całość powoduje, że mam ochotę rozłożyć łapki w bezradności zupełnej i oczętami okrągłymi z rozczarowania zakrzyknąć „Ale… jak to?”. Nie tylko fabuła niedomaga, w formie również słabość, choć chwilami się łudziłam, że to wina polskiego tłumaczenia. Klisza goni kliszę, bohaterowie co i rusz na wyprawie spożywają śniadanie (dodajmy, że każdy strój jest dokładnie opisany, kolczugi lśnią w słońcu, miecze groźnie podzwaniają przy każdym kroku), opisy ich wypraw są nużące, a opisy miejsc banalne. Łkam po cichu w kątku.

Rhys-Davies: Byłem krasnoludem, byłem entem, jestem elfem. Można? Można.

Serial planuję obejrzeć – albo chociaż spróbować – bo kocham się w takich widoczkach, a poza tym nie od dziś wiadomo, że z fatalnej książki może wyjść rewelacyjna adaptacja (i odwrotnie). Obsada wygląda ciekawie: ot, na przykład elfi król Eventim jest tu szanownym dojrzałym mężczyzną o fizjonomii Johna Rhys-Daviesa (uwaga na marginesie: rozbrajają mnie te zupełnie randomowe imiona i nazwy własne). Będzie też stosowna elfia królewna – skądinąd zdecydowano się na ekranizację drugiego tomu („Kamienie Elfów”) zamiast pierwszego właśnie z uwagi na brak odpowiednich damskich protagonistek. Niemniej, książkowych kronik Shannary nie będę już ruszać. Nie ma sensu.

12 thoughts on “Gdzie z tym mieczem, panie.

  1. Oj już po słowach „półelf, półczłowiek”, czułam że książka nie dla mnie, a im dalej czytałam tym bardziej byłam pewna, pierwszego przeczucia ;) A skoro mówi sie o plagiacie dzieł Tolkiena (których zupełnie nie czuję) to już w ogóle widzę, że pozycja nie dla mnie.

  2. Zachwycił mnie zwiastun i od razu rozpoczęłam poszukiwania książki. Niestety w żadnej mojej bibliotece nie znalazłam i odpuściłam. Widzę, że nie mam specjalnie czego żałować. Właśnie rozpoczęłam „Drogę królów” Sandersona (przerażająco gruba) więc liczę na epickie fantasy :)

  3. Ha, też mnie ostatnio nachodzi ochota na klasyczne fantasy. Ale ja się albo wezmę za Ziemiomorze Le Guin (czytałam już prawie wszystkie części, ale mam piękne zbiorcze wydanie) albo za Sabriel Nyxa. Obym miała lepsze odczucia niż Ty ;-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s