Rzecz o kobiecie… upadłej?

Przez dwa miesiące bez mała w spacerach japońskich towarzyszył mi klimat carskiej Rosji, a wszystko w osobie Anny Kareniny. To w ramach „Malita nadrabia klasykę”, a ostatnio, że tak to ujmę, lecimy Tołstojem. Na początek dość rzec, że zanim zasiadłam do lektury (czy raczej, zanim ubrałam słuchawki), historii o przesławnej Annie K. wiedziałam tylko tyle, że a.) jest ona, jest Karenin, jest Wroński tudzież b.) jest to historia nieszczęśliwa. Co może wskazywać na Malitową ignorancję, ale nawet jeśli, można ją uznać za niebyłą.

Dla porządku. Rzecz dzieje się w kręgu znamienitych rodzin arystokratów: są Szczerbaccy z najmłodszą śliczną córką na wydaniu, Wrońscy, Obłońscy, jest i Konstanty Lewin (targany rozterkami duchowymi, poszukujący szczęścia, mój ulubieniec). A przede wszystkim jest Aleksiej Aleksandrowicz Karenin, wysoko postawiony urzędnik państwowy, oraz jego przepiękna, młodsza o dwadzieścia lat żona – Anna Karenina. Mają razem synka, Sieriożę, ale w małżeństwie brakuje wielkiej, namiętnej miłości. Tę za to Anna znajduje w osobie Wrońskiego, młodego hrabiego, pnącego się po szczeblach kariery wojskowej. Ich romans wstrząsa arystokratyczną sferą, zwłaszcza, gdy… nie, dość. Jeśli jeszcze nie czytaliście, zalecam kierunek Tołstoj jak najszybciej to możliwe. A tutaj będzie zaraz parę spoilerów, bo nie potrafię opowiedzieć o tej książce bez zmagania się z jej zakończeniem – czy właściwie, jednym z jej zakończeń.

https://i2.wp.com/www.soundbiteculture.com/wp-content/uploads/2012/09/Anna-k3.jpg
Wroński i Anna z ekranizacji z 2012 roku. Ech, te sceny tańca.

Och, jakże ja nie znosiłam Anny. Karenina jest samolubna, zaborcza, niestabilna emocjonalnie, wciąż prześladowana przez poczucie, że Wroński jej nie kocha. Ba, nie pozwala, by oddalił się choćby na dzień (a pięć dni to już niechybnie zdrada i porzucenie). Lepiej: nawet, gdy Wroński i Karenin postępują tak, jak Anna sobie tego życzy, to ona wciąż ma pretensje (do nich, nie do siebie). A już to, jaką huśtawkę emocjonalną zapewnia swojemu umiłowanemu synkowi, przyprawiło mnie o szczyt irytacji. Ergo, przez pół powieści, wysłuchując rozterek Anny, że najlepiej to by było umrzeć, mruczałam sama do siebie „no to weźże się kobieto zdecyduj”. Co nie zmienia faktu, że kiedy Karenina – właściwie raczej w odruchu serca niż wskutek przemyślanej dogłębnie decyzji – rzeczywiście rzuca się pod pociąg, to do teraz mam wyrzuty sumienia.

Z jeszcze innej strony – jak zauważyła Mama-Malita podczas roztrząsania powieści via Skype, a ja w swoim rozdrażnieniu trochę pominęłam – było to w pewien sposób okrutne społeczeństwo. Kobieta upadła, jaką w oczach socjety stała się Anna, nie zasługiwała nawet na odwiedziny dawnych przyjaciółek – a Wroński, mimo, że rzucił karierę wojskową, nadal był przyjmowany w towarzystwie, ba, początkowo romans z mężatką dodawał mu blasku. Szalenie to niesprawiedliwe.

https://i1.wp.com/nextprojection.com/wp-content/uploads/2012/09/AnnaKarenina_005.jpg
Kitty Szczerbacka i Lewin z ekranizacji z 2012 roku. Akurat ta scena była cudowna.

Samo to, jak mocno przeżywałam historię Anny (jednocześnie z całego serduszka życząc powodzenia Lewinowi) pokazuje wielkość tej książki. Tylko niezwykłe powieści powodują u mnie taką erupcję reakcji. Ale, ale! Jak to jest napisane! Pełna maestria. Dość wspomnieć jedną z ostatnich scen, gdy Anna myśli o Wrońskim, jednocześnie patrząc na ulicę pełną ludzi. Jej potok uczuć przeplata się z dość luźnymi rozważaniami w stylu „ciekawe, co mówi ten pan do tamtej damy”. Skąd Tołstoj wiedział, jak dziwacznie potrafi płynąć tok myśli kobiety? Równie mocno utkwiła mi w pamięci scena, gdy Karenin przychodzi do prawnika celem zasięgnięcia porady. Prawnik ów ma tłuste białe palce, którymi przebiera w uciesze, szykując się na ekscytującą sprawę rozwodową. Widzę go przed oczyma duszy mojej, tego prawnika i te jego ohydne owłosione palce. Aż mam dreszcze.

Jeśli wyznacznikiem świetności powieści ma być ilość emocji, które wzbudza w czytelniku – „Anna Karenina” zapewnia ich lawiny.

PS. Całość czytała Anna Polony – i dla mnie to połowa zachwytu nad tą książką. Fantastyczna interpretacja.
PPS. Lewin jako żywo przypominał mi Bezuchowa. Ta sama chęć naprawy świata, ten sam głód duchowego spełnienia, ta sama pełna oddania miłość do ukochanej.
PPPS. Ekranizacja z Keirą Knightley, Aaronem Taylor-Johnsonem i Judem Law – mimo doskonale dobranej obsady, jestem na nie. Konwencja okołoteatralna nie leży mi zupełnie, i nie rozumiem, jak można porzucić Jude’a Law. Ale muzyka wspaniała.

15 thoughts on “Rzecz o kobiecie… upadłej?

  1. Jak ja nie znosiłam Kitty i Lewina. A zwłaszcza tej sceny gdy stawiali, tfu, układali kloce. W sumie całej reszty też nie znosiłam. Do tej pory nie rozumiem więc dlaczego powieść mi się podobała, skoro wszycy bohaterowie grali mi na nerwach. Tylko Kareninowi współczułam, bo biedny taki, porzucony.

    1. Hurra, powrót do narzekania! :D
      Ale czasem tak jest, że wszystkich postaci razem i z osobna się nie znosi, a całość pasuje, i odwrotnie – postaci są bez zarzutu, ale powieść się nie podoba.

  2. Sama widzisz Malita, ze czasem warto na chwile odejść od współczesności i złapać sie za klasyka, zwlaszcza kiedy podpiera go Anna Polony. Radzę jeszcze spotkać sie z „Wojna i Pokój”. Tyz piknie.

  3. TEAM KARENIN! i TEAM LEWIN też :D Jego postać najbardziej mnie tutaj urzekła :D Pod względem emocji – były momenty, że krzyczałam na Annę, irytowałam się na te wygadywane przez nią bzdury i miałam ochotę przywalić Wrońskiemu, żeby sobie w końcu poszedł i przestał robić skis :D
    A tak na serio – cudowna powieść, z jedną z najbardziej gardzonych przeze mnie bohaterek ;)

  4. Totalnie rozumiem twoją ignorancję z początku wpisu – ja miałam to samo i nawet okładkowych opisów przed lekturą nie chciałam czytać. Bo nie! :D
    Też najbardziej polubiłam Lewina, ale powiem Ci, że mam też pewną słabość do Karenina.
    Co do teatralnej wersji filmowej – a mi się to tak podobało! To wszystko, co się działo za sceną! :)

    1. Ale naprawdę tak czasem jest lepiej, bo się przynajmniej człowiek nie nastawia ;)
      A teatralność zupełnie mi nie podeszła, choć z upływem filmu trochę się przyzwyczaiłam. To jest taki typ ekranizacji, że albo się ją ubóstwia, albo przeciwnie – choć, paradoksalnie, jest bardzo wierna książkowemu pierwowzorowi.
      PS. Na linii Wroński-Karenin jestem zdecydowanie, że tak się wyrażę, team-Karenin.

      1. Ha! To jesteśmy w tym samym Teamie, bo mnie Wroński niemiłosiernie irytował. A już tym bardziej w filmie – był obrzydliwy z tym blond loczkiem – fuj. Za to Jude Law… :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s