Tęcza odpowiedniej słodyczy, czyli Eleonora i Park.

„Eleonora i Park” Rainbow RowellZachwyty nad tą książką przetoczyły się przez blogosferę, media, facebooki i internety ogólnie pojęte już dobrą chwilę temu, a mnie się jakoś nie zbierało. Nie dlatego, że hipstersko umykam przed zaangażowaniem tłumu (najlepszy dowód to fakt, że przeczytałam Greya, bo siedział w lodówce. Właściwie to całą trylogię) (przepraszam). Po prostu nie było okazji. Ale nic nie zachęciło mnie mocniej, niż nabrzmiała emocją wiadomość od myszkovskiej, o treści z grubsza takiej o: „Dostałam książkę. Eleonora i Park się nazywa. CUDOWNA”. No co ja miałam zrobić. No co.

Znacie, znamy, posłuchajcie. Otóż w szkole pojawia się nowa dziewczyna – ale zanim pojawia się we właściwym szkolnym budynku, to jeszcze musi przejść piekło szkolnego autobusu. Czyli znaleźć sobie miejsce w dawno ustawionej hierarchii siedzeń. Wolne miejsce jest tylko koło milczącego chłopca o azjatyckich rysach (czy właściwie, tylko on pozwala jej usiąść obok siebie). Więc siada tam. Rudowłosa, cudacznie ubrana, już na dzień dobry ma przechlapane. „Big Red” to jedno z łagodniejszych określeń, jakie padnie pod jej adresem. Szkoła, zwłaszcza lekcje wuefu, jazda żółtym autobusem – wszystko to koszmar i istny koncert niezręczności. Ale pewnego dnia on orientuje się, że ona ukradkiem czyta mu przez ramię komiksy. I w końcu, pewnego dnia, bez słowa, pożycza jej najnowszy egzemplarz „Strażników”. Ale pewnego dnia on dowiaduje się, że ona nie słuchała Smithsów. I w końcu, pewnego dnia, nagrywa dla niej składankę. Na kasecie.

Dygresja: O cudowne czasy, kiedy nagrywało się składanki na kasety (rzecz dzieje się w latach 80-tych, dodajmy). Ja swoją pierwszą składankę mam dziś w formie playlisty na iTunes, zmienia się medium, ale nie piosenki. Nosiła tytuł „Zielona herbata”.

Do takich książek podchodzi się często jak do jeża – bo jak wszyscy chwalą, to a nuż jeszcze się okaże, że się nam jednak nie spodoba, i będzie żal i płacz i zgrzytanie zębów. Więc była nieufność z mojej strony (notabene, jak mówię „nieufność”, przed oczyma staje mi sfukany mały jeżyk). Ale tutaj ta nieufność, w miarę czytania, rozkładała się na rozrzewnienie z jednej strony, a z drugiej strony wewnętrzny lęk, żeby się to wszystko galanto nie spieprzyło.

Paradoksalnie, było to poważniejsze, niż się spodziewałam. Pod przykrywką… nie, to złe słowo. Historia Parka i Eleonory to nie tylko sentymentalnie urocza historia Pierwszej Wielkiej Miłości Dzięki Kasetom i Komiksom, ale i przykra opowieść o przemocy, zastraszaniu w szkole i szalenie trudnych relacjach rodzinnych. I o tym, że bardzo boli być innym.

A teraz będzie egzaltowana metafora.

„Parka i Eleonorę” czyta się tak, jakby się piło herbatę i spodziewało niemożliwej słodkości. W pół kubka z rozżaleniem przełyka się gorycz, żeby w ostatnim łyku odkryć nutkę miodu.

</metafora>

6 thoughts on “Tęcza odpowiedniej słodyczy, czyli Eleonora i Park.

  1. Szkoda, że myszkovska do mnie nie pisze, bo może wcześniej bym przeczytała ;)
    Widziałam tę książkę wszędzie, czytałam o niej sporo i nawet zwierz popkulturalny mnie nie przekonał, a tu przyszła Malita i co? No zaufałam, zawsze ufam Malicie :) Rozpoczynam polowanie, a na razie donoszę, że Przedksiężycowi są coraz bliżej czytania :D

    1. Och rany, to postaram się nie zawieść zaufania! Ale tu naprawdę polecać można z czystym sumieniem. Poluj dzielnie i zdaj relację z łowów! :)
      I z Przedksiężycowych też!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s