Book Name Tag… i Supernatural.

Lipcowa sesja japońska trochę mnie przytłoczyła ogromem pracy (nie mówiąc już o zobowiązaniach co do mej Alma Mater), więc musiałam zwolnić tempa. Chwilowo wszystko, co się czyta, jeszcze się nie przeczytało, ergo na właściwe opowieści i relacje z konkretnych lektur przyjdzie pora za kilka dni. Niemniej, za sprawą Ekrudy tu oto teraz pojawi się Book Name Tag. Nie należę do jakiś entuzjastycznych fanek zabaw okołoblogowych, ale ta jest zacna, wszak znów można poopowiadać o tym, co się czytać lubi! Zasada jest prosta: bierzemy swoje własne imię i do niego dopasowujemy tytuły książek.

Więc: sześć książek, które uważam, że trzeba przeczytać (albo po prostu je uwielbiam). Trochę… popłynęłam z abstrakcją, ale raz na jakiś czas każdy musi.
W pakiecie zestaw gifów z serialu „Nie z tego świata”, który ostatnio nadrabiam. To w ramach intertekstualności i dowodu na to, że „Nie z tego świata” ma gif na WSZYSTKO.

https://i0.wp.com/33.media.tumblr.com/b1dc92a0fa22b7271c55f64abf697aa9/tumblr_nd8snbpkz41rziwwco1_400.gif
Cass wie, co mówi.

J
Właściwie zaczniemy od oszustwa troszkę, bo chciałam zwrócić Waszą uwagę nie na książkę samą, ale na autora. José Carlos Somoza, psychiatra z wykształcenia, potrafi tak niesamowicie spleść kryminalną intrygę, otchłanie ludzkiego umysłu i odległe horyzonty wyobraźni, że aż chce się machać łapkami z radości i podziwu. „Jaskinia filozofów” to pierwsza jego książka, jaką czytałam – o Akademii Platońskiej i serii morderstw w starożytnych Atenach, filozofia w parze z makabrą – i była świetna, niemniej „Zygzak” (sensacja, futurystyka, fizyka), „Klara i półmrok” (hiperdramatyzm, czyli ludzie stają się dziełami sztuki) oraz „Przynęta” (sztuki Szekspira vs tajniki ludzkiego psynomu) to też pozycje obowiązkowe.
Czytamy i klaszczemy.

https://i0.wp.com/31.media.tumblr.com/197321baf15507e16435b36532d1c425/tumblr_inline_n9m0gw9cbP1rrjncn.gif
Można na stojąco (i czytać, i klaskać).

 

O
Krótko: rzecz z gatunku „trzeba przeczytać”. „ości” Ignacego Karpowicza to jedna z Malitowych zeszłorocznych lektur wakacyjnych, piałam peany na temat tego, jak „ości” są napisane. Po prostu poezja. Na marginesie, fascynuje mnie to, jak jedna osoba może popełnić tak różne dzieła: „Sońka” jest wszak zupełnie, zupełnie inna.
Przypomnę tylko jeszcze mój ulubiony cytat z „ości”.
„- Nie dla mnie już Barad Dûr. [powiedziała Maja – JM]
– Co? – zapytał Krzyś.
– Tak się nazywała twierdza głównego złego we Władcy Pierścieni. Myślałam, że wiesz. Gejowie powinni lubić i znać się na opowieściach o biżuterii”

https://i0.wp.com/24.media.tumblr.com/510b590aef1ca5345635775a193a0621/tumblr_mjzxrosGAr1qzbq69o3_500.gif
…right?

 

A
Nie mogło zabraknąć tuże i mojego hołubionego Miéville’a, a „Ambasadorię” możecie potraktować – podobnie jak to było z Somozą – jako przyczynek do tego, że Miéville’a po prostu należy spróbować. To nie jest proza, która spodoba się wszystkim, choć mieszanka geniuszu i ohydy zasługuje na kolejne oklaski. China Miéville potrafi stworzyć niesamowite światy, z reguły też okrasza je znakomitym pomysłem na fabułę. I ma szczęście do tłumaczy, bo przekłady jego książek na polski są naprawdę wyborne. „Ambasadoria” zaś to efekt romansu Miéville’a z hard sf, a zarazem historia o kontakcie z obcymi, którzy są tak niesamowicie odmienni, że aż trudno uwierzyć, że można sobie ich wyobrazić. A potem opisać.

N
A teraz pierwsza literka „n”, czyli „Nigdziebądź” Neila Gaimana.
No wiecie. GAIMAN.
To by właściwie starczyło za cały opis, ale jednak dodam, że to moja ulubiona jego powieść. Chodzi o to, że nie zawsze należy pomagać nieznajomym. Przynajmniej do takiego wniosku mógłby dojść Richard Mayhew, przeciętny zjadacz londyńskiego chleba, który za sprawą tajemniczej dziewczyny imieniem Drzwi traci wszystko, co dotychczas miał: dom, pracę i narzeczoną. Nie bardzo mając inny wybór, podąża za Drzwi (nie: za Drzwiami) do Londynu Pod, magicznego świata skrywanego gdzieś metafizycznie w rejonach metra. Będą intrygi, pościgi, anioły (no, przynajmniej jeden), bestie (no, przynajmniej jedna) i mnóstwo frajdy z odkopywania wszystkich literackich smaczków. A-ha, i po prostu ubóstwiam zakończenie.

N
Z drugą literką „n” będzie leciutkie jeno oszustwo, bo tytuł w oryginale, ale z drugiej strony, wszak czytałam oryginał, nie przekład. I chciałam, aby w niniejszym zestawieniu znalazło się miejsce dla bardziej… obyczajowo-romantycznego zestawu Malitowych lektur (drugim kandydatem było „Opactwo Northanger”, które po angielsku też zaczyna się na „n”). Stąd „North and South” Elizabeth Gaskell.
Nie tak dawno referowałam moje zachwyty nad powieścią Gaskell, więc powtórzę tylko, że całość opowiada o dziewczynie, która z sielskiego Południa przybywa na przemysłową Północ Anglii i musi dostosować się do nowych, zupełnie innych warunków. Wątki społeczno-ekonomiczne przeplatają się z miłościwymi i jedne i drugie są znakomite. Czytamy koniecznie.

A
Przeszukując listę „przeczytane” pod kątem „tytuł na A”, zobaczyłam „Akty wiary” Ericha Segala i zaaplikowałam sobie tak efektowne plaśnięcie w czoło (szczęśliwie, chronione grzywką), że aż dźwięk się poniósł w przestworza. Jak mogłam nie pomyśleć o tej powieści od razu…

https://i0.wp.com/media.giphy.com/media/fFzF3CLIjqMj6/giphy.gif
O tak zrobiłam. Może trochę intensywniej.

Dzieła Segala mają to do siebie, że są bardzo bardzo podobne. Stąd czytamy je w odpowiednich odstępach czasowych, żeby się nie znużyć i nie frustrować tym, że przecież już było to sto razy wszystko. Ale najwspanialsza powieść Segala to właśnie „Akty wiary”, czyli historia trójki niezwykłych młodych ludzi, która zaczyna się na nowojorski Brooklynie. Tim, półsierota i łobuziak, odnajduje w sobie wielką pobożność. Służy do mszy, uczy się Biblii na pamięć i głęboko przeżywa swoją wiarę, a po godzinach pracuje jako szabesgoj w lokalnej społeczności ortodoksyjnych Żydów. Tam poznaje Danny’ego, syna rabina, który szamoce się z oczekiwaniami narzuconymi przez rodzinę (ma zostać rabinem, jak jego ojciec) oraz jego siostrę Deborę, która marzy o tym, by się uczyć i odwleka jak najdłużej się da moment zamążpójścia. Czytam „Akty wiary” średnio raz do roku, więc znam na pamięć i na wyrywki losy całej trójki: ich zmagania z życiem, poszukiwanie tożsamości, wielką miłość i… a, zresztą, po prostu przeczytajcie.

PS. Pamiętam, jak pożyczyłam tę książkę koledze i dopytywałam smsowo, czy już skończył i czy mu się podoba. Odpisał „Rodzę razem z Deborą, nie mogę się oderwać”.
Kurtyna.

I tak powoli finiszujemy i z książkami, i z gifami. Do zaprezentowania Name Book Tagu nominuję myszkovską, sugerując bezczelnie, że mogłaby dorzucić do książek tytuły piosenek.
…a na koniec zwracam się ku siłom wyższym.

https://i0.wp.com/38.media.tumblr.com/bc332d9e46f2d2c5d8d4bad0cbabe934/tumblr_nfixbr7Dr81rziwwco1_400.gif
Czy wręcz najwyższym.

Gramofon gra za ścianą, czyli Sarah Waters

„Za ścianą” Sarah WaltersJuż od jakiegoś czasu najnowsze dzieło Sarah Waters gdzieś się tam kołatało w okolicach listy „chcę”, ale dopiero Olga mnie zmotywowała do przesunięcia powieści na szczyt rzeczonej listy. Czytałam już parę powieści Walters – jej debiut, wiktoriańskie „Muskając aksamit”, to jedna z najbardziej zmysłowych książek, jakie znam – i podoba mi się jej styl.

W „Za ścianą” Waters wraca do wątków lesbijskich i jednocześnie zanurza czytelnika w międzywojenną Anglię – na początek lat 20-tych, gdzie pamięć o Wielkiej Wojnie jest wciąż świeża, a niezaleczone rany po utracie bliskich wciąż bolą. Boli też przykra, szara rzeczywistość, a zwłaszcza jej finansowe aspekty. Dlatego też Frances Wray wraz z matką zrezygnowały ze służby, stąd prowadzenie domu, łącznie z bezustannym szorowaniem podłóg, przypadło Frances. Więcej, by podreperować budżet zrujnowany przez długi zmarłego ojca, postanawiają wynająć część swojego domu w Champion Hill. I tak część budynku zajmuje młode małżeństwo, państwo Barber: Leonard i Lilian. On, urzędnik, z rewerencją i dowcipem traktuje swoje gospodynie, a nieśmiała i skryta z początku Lilian zyskuje powoli sympatię Frances. Ba, sympatię. Uczucie, które rodzi się w sercu panny Wray, jest daleko mocniejsze i bardziej namiętne, niż sympatia. Kruchy porządek, ustanowiony po przybyciu nowych lokatorów, chwieje się w posadach, małżeństwo Barberów tylko z pozoru wygląda na sielankowe, Frances nie potrafi porozumieć się z matką. Wszystko to prowadzi do przypadkowej właściwie tragedii, która wywraca życie Lilian i Frances oraz ich bliskich.

To, co najświetniejsze u Sarah Waters, to jej dar do pokazywania atmosfery epoki i ludzi: weteranów, którzy szukają współczucia, nie umiejąc poradzić sobie z powrotem do zwykłego świata, czy kobiet, przez cztery wojenne lata zajmujących się czymś zupełnie innym niż przedtem. A przede wszystkim, pokazywania tej świadomości, że po wojnie zmieniło się wszystko, w zderzeniu z pragnieniem, by nie zmieniło się nic. Frances opłakuje braci, poniekąd zmuszonych do zaciągnięcia się na front, i bardzo gorzko patrzy na nowy porządek. Czasami żałuje, że wojna się kończyła, bo już nie liczą się wielkie sprawy, za które poległo tyle osób, tylko drobiazgi – ot, zamiecenie domu, zaoranie pola, zwykłe codzienne czynności, które są tak błahe i tak bolesne. Ale dusza buntowniczki, która drzemie gdzieś w głębi duszy panny Wray, będzie miała szanse wydostać się na zewnątrz za sprawą uczucia do Lilian – pytanie tylko, czy Frances się na to zdobędzie. I czy sobie z tym poradzi.

Z jednej strony, obydwie damy wzbudzały we mnie mieszane uczucia (a już zwłaszcza Lilian, co to za niezdecydowane dziewczę czasem było!), a z drugiej strony, nie szło się oderwać. Zasada „jeszcze tylko jeden rozdział” błyskawicznie zaprowadziła mnie aż do końca, które mnie trochę rozczarował. Niemniej, klimat jest wyborny – od tętniących życiem londyńskich ulic po duszną salę sądową. A klimat to rzecz szalenie ważna.

PS. Lilian i Frances czytają Annę Kareninę, dobrze, że mam na świeżo!

Rzecz o kobiecie… upadłej?

Przez dwa miesiące bez mała w spacerach japońskich towarzyszył mi klimat carskiej Rosji, a wszystko w osobie Anny Kareniny. To w ramach „Malita nadrabia klasykę”, a ostatnio, że tak to ujmę, lecimy Tołstojem. Na początek dość rzec, że zanim zasiadłam do lektury (czy raczej, zanim ubrałam słuchawki), historii o przesławnej Annie K. wiedziałam tylko tyle, że a.) jest ona, jest Karenin, jest Wroński tudzież b.) jest to historia nieszczęśliwa. Co może wskazywać na Malitową ignorancję, ale nawet jeśli, można ją uznać za niebyłą.

Dla porządku. Rzecz dzieje się w kręgu znamienitych rodzin arystokratów: są Szczerbaccy z najmłodszą śliczną córką na wydaniu, Wrońscy, Obłońscy, jest i Konstanty Lewin (targany rozterkami duchowymi, poszukujący szczęścia, mój ulubieniec). A przede wszystkim jest Aleksiej Aleksandrowicz Karenin, wysoko postawiony urzędnik państwowy, oraz jego przepiękna, młodsza o dwadzieścia lat żona – Anna Karenina. Mają razem synka, Sieriożę, ale w małżeństwie brakuje wielkiej, namiętnej miłości. Tę za to Anna znajduje w osobie Wrońskiego, młodego hrabiego, pnącego się po szczeblach kariery wojskowej. Ich romans wstrząsa arystokratyczną sferą, zwłaszcza, gdy… nie, dość. Jeśli jeszcze nie czytaliście, zalecam kierunek Tołstoj jak najszybciej to możliwe. A tutaj będzie zaraz parę spoilerów, bo nie potrafię opowiedzieć o tej książce bez zmagania się z jej zakończeniem – czy właściwie, jednym z jej zakończeń.

https://i0.wp.com/www.soundbiteculture.com/wp-content/uploads/2012/09/Anna-k3.jpg
Wroński i Anna z ekranizacji z 2012 roku. Ech, te sceny tańca.

Och, jakże ja nie znosiłam Anny. Karenina jest samolubna, zaborcza, niestabilna emocjonalnie, wciąż prześladowana przez poczucie, że Wroński jej nie kocha. Ba, nie pozwala, by oddalił się choćby na dzień (a pięć dni to już niechybnie zdrada i porzucenie). Lepiej: nawet, gdy Wroński i Karenin postępują tak, jak Anna sobie tego życzy, to ona wciąż ma pretensje (do nich, nie do siebie). A już to, jaką huśtawkę emocjonalną zapewnia swojemu umiłowanemu synkowi, przyprawiło mnie o szczyt irytacji. Ergo, przez pół powieści, wysłuchując rozterek Anny, że najlepiej to by było umrzeć, mruczałam sama do siebie „no to weźże się kobieto zdecyduj”. Co nie zmienia faktu, że kiedy Karenina – właściwie raczej w odruchu serca niż wskutek przemyślanej dogłębnie decyzji – rzeczywiście rzuca się pod pociąg, to do teraz mam wyrzuty sumienia.

Z jeszcze innej strony – jak zauważyła Mama-Malita podczas roztrząsania powieści via Skype, a ja w swoim rozdrażnieniu trochę pominęłam – było to w pewien sposób okrutne społeczeństwo. Kobieta upadła, jaką w oczach socjety stała się Anna, nie zasługiwała nawet na odwiedziny dawnych przyjaciółek – a Wroński, mimo, że rzucił karierę wojskową, nadal był przyjmowany w towarzystwie, ba, początkowo romans z mężatką dodawał mu blasku. Szalenie to niesprawiedliwe.

https://i0.wp.com/nextprojection.com/wp-content/uploads/2012/09/AnnaKarenina_005.jpg
Kitty Szczerbacka i Lewin z ekranizacji z 2012 roku. Akurat ta scena była cudowna.

Samo to, jak mocno przeżywałam historię Anny (jednocześnie z całego serduszka życząc powodzenia Lewinowi) pokazuje wielkość tej książki. Tylko niezwykłe powieści powodują u mnie taką erupcję reakcji. Ale, ale! Jak to jest napisane! Pełna maestria. Dość wspomnieć jedną z ostatnich scen, gdy Anna myśli o Wrońskim, jednocześnie patrząc na ulicę pełną ludzi. Jej potok uczuć przeplata się z dość luźnymi rozważaniami w stylu „ciekawe, co mówi ten pan do tamtej damy”. Skąd Tołstoj wiedział, jak dziwacznie potrafi płynąć tok myśli kobiety? Równie mocno utkwiła mi w pamięci scena, gdy Karenin przychodzi do prawnika celem zasięgnięcia porady. Prawnik ów ma tłuste białe palce, którymi przebiera w uciesze, szykując się na ekscytującą sprawę rozwodową. Widzę go przed oczyma duszy mojej, tego prawnika i te jego ohydne owłosione palce. Aż mam dreszcze.

Jeśli wyznacznikiem świetności powieści ma być ilość emocji, które wzbudza w czytelniku – „Anna Karenina” zapewnia ich lawiny.

PS. Całość czytała Anna Polony – i dla mnie to połowa zachwytu nad tą książką. Fantastyczna interpretacja.
PPS. Lewin jako żywo przypominał mi Bezuchowa. Ta sama chęć naprawy świata, ten sam głód duchowego spełnienia, ta sama pełna oddania miłość do ukochanej.
PPPS. Ekranizacja z Keirą Knightley, Aaronem Taylor-Johnsonem i Judem Law – mimo doskonale dobranej obsady, jestem na nie. Konwencja okołoteatralna nie leży mi zupełnie, i nie rozumiem, jak można porzucić Jude’a Law. Ale muzyka wspaniała.

Dzieła Zebrane #6

Uciekam się ponownie do formy krótkich książkowych przemyśleń, gdyż przeczytałam ostatnio dwie rzeczy, nad którymi rozwodzić mi się nie sposób, ale wspomnieć warto. Ergo, mała dawka fantastyczna i mała dawka… niewiadomoczego.

„Kosmiczne ziarna” Wawrzyniec PodrzuckiPrzemyślenie numer jeden – nt „Kosmicznych ziaren”, czyli drugiego tomu trylogii „Yggdrasill” Wawrzyńca Podrzuckiego – reprezentuje klasyczny mój dylemat. Jak ładnie opowiedzieć o drugiej części czegokolwiek tym, którzy nie czytali pierwszego, a jednocześnie nie nudzić  tych, którzy owszem tom pierwszy już przyjęli? No jak? Z drugim tomem ponadto bywa tak, że gdy już się wprowadzi czytelnika w świat i minie pierwszy zachwyt nad kreacją uniwersum, to akcja musi się mocno bronić, żeby ten czytelnik nie strzelił focha. Zachwyt nad Drzewem, Rzeką i całym konceptem Podrzuckiego już wyraziłam, spieszę donieść, że i akcja się nadal broni, ruszam w kierunku tomu trzeciego. Ciąg dalszy nastąpi.

Przemyślenie numer dwa wymaga wstępu. Otóż już nieraz rozwodzono się nad powieścią Donny Tartt, co to jej imię „Szczygieł”. Też planuję, ponoć papierowy egzemplarz będzie czekał na mnie po drugiej stronie oceanu, przyjdzie i czas na niego. Clue sprawy jest takie, że zza tegoż oceanu Mama Malita podczas plotek na Skypie zapytała, czy w tym moim okolicznym antykwariacie nie ma będzie aby debiutanckiej książki Tartt, bo trudno ją dostać w innych okolicznościach, a bardzo ją chwalą. Wybrałam się zatem znów – jakby mi trzeba było zachęty – do Wantage Books i zapytałam uroczej Japonki, czy mają Donnę Tartt. „Proszę sprawdzić pod T”, zasugerowała mi. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony, gdy pierwszą książką, jaka znalazła się na półce pod „T” było właśnie „The Secret History”.

Sterany egzemplarz i znaleziona zakładka,czyli bilet wstępu na wystawę

Owa sekretna historia dotyczy szóstki przyjaciół – hmm, pokrewnych dusz? – z pewnej elitarnej amerykańskiej uczelni. Otóż owi przyjaciele zajmują się razem klasyczną grecką literaturą i greką samą w sobie, tworząc zamkniętą a dość dziwaczą grupę. Rzecz otrzymujemy w wersji wspomnieniowej jednego z panów, a zaczyna się od wielkiego bum, czyli od zbrodni. Od tego, jak piątka przyjaciół zamordowała szóstego. Całość układa się dalej jako wytłumaczenie tegoż morderstwa – jak to ładnie się w języku Szekspira, nie whodunit, ale whydunit.

Nic mi się w tym nie podobało. Nie przeczę, napisane jest to przyzwoicie, ale ani fabuła, ani postaci, ani całe wielkie wytłumaczenie morderstwa, ani zakończenie – nic mi nie leżało. Troszku zmusiłam się, by skończyć, bo nie lubię zostawiać niedoczytanych rzeczy, ale czytelniczy absmak ciąży na duszy. Wciąż czekam na „Szczygła”, ale teraz z dużą dozą ostrożności.

Tęcza odpowiedniej słodyczy, czyli Eleonora i Park.

„Eleonora i Park” Rainbow RowellZachwyty nad tą książką przetoczyły się przez blogosferę, media, facebooki i internety ogólnie pojęte już dobrą chwilę temu, a mnie się jakoś nie zbierało. Nie dlatego, że hipstersko umykam przed zaangażowaniem tłumu (najlepszy dowód to fakt, że przeczytałam Greya, bo siedział w lodówce. Właściwie to całą trylogię) (przepraszam). Po prostu nie było okazji. Ale nic nie zachęciło mnie mocniej, niż nabrzmiała emocją wiadomość od myszkovskiej, o treści z grubsza takiej o: „Dostałam książkę. Eleonora i Park się nazywa. CUDOWNA”. No co ja miałam zrobić. No co.

Znacie, znamy, posłuchajcie. Otóż w szkole pojawia się nowa dziewczyna – ale zanim pojawia się we właściwym szkolnym budynku, to jeszcze musi przejść piekło szkolnego autobusu. Czyli znaleźć sobie miejsce w dawno ustawionej hierarchii siedzeń. Wolne miejsce jest tylko koło milczącego chłopca o azjatyckich rysach (czy właściwie, tylko on pozwala jej usiąść obok siebie). Więc siada tam. Rudowłosa, cudacznie ubrana, już na dzień dobry ma przechlapane. „Big Red” to jedno z łagodniejszych określeń, jakie padnie pod jej adresem. Szkoła, zwłaszcza lekcje wuefu, jazda żółtym autobusem – wszystko to koszmar i istny koncert niezręczności. Ale pewnego dnia on orientuje się, że ona ukradkiem czyta mu przez ramię komiksy. I w końcu, pewnego dnia, bez słowa, pożycza jej najnowszy egzemplarz „Strażników”. Ale pewnego dnia on dowiaduje się, że ona nie słuchała Smithsów. I w końcu, pewnego dnia, nagrywa dla niej składankę. Na kasecie.

Dygresja: O cudowne czasy, kiedy nagrywało się składanki na kasety (rzecz dzieje się w latach 80-tych, dodajmy). Ja swoją pierwszą składankę mam dziś w formie playlisty na iTunes, zmienia się medium, ale nie piosenki. Nosiła tytuł „Zielona herbata”.

Do takich książek podchodzi się często jak do jeża – bo jak wszyscy chwalą, to a nuż jeszcze się okaże, że się nam jednak nie spodoba, i będzie żal i płacz i zgrzytanie zębów. Więc była nieufność z mojej strony (notabene, jak mówię „nieufność”, przed oczyma staje mi sfukany mały jeżyk). Ale tutaj ta nieufność, w miarę czytania, rozkładała się na rozrzewnienie z jednej strony, a z drugiej strony wewnętrzny lęk, żeby się to wszystko galanto nie spieprzyło.

Paradoksalnie, było to poważniejsze, niż się spodziewałam. Pod przykrywką… nie, to złe słowo. Historia Parka i Eleonory to nie tylko sentymentalnie urocza historia Pierwszej Wielkiej Miłości Dzięki Kasetom i Komiksom, ale i przykra opowieść o przemocy, zastraszaniu w szkole i szalenie trudnych relacjach rodzinnych. I o tym, że bardzo boli być innym.

A teraz będzie egzaltowana metafora.

„Parka i Eleonorę” czyta się tak, jakby się piło herbatę i spodziewało niemożliwej słodkości. W pół kubka z rozżaleniem przełyka się gorycz, żeby w ostatnim łyku odkryć nutkę miodu.

</metafora>

Północ i Południe.

Malitowe upodobanie do prozy Jane Austen i podobnych klimatem opowieści jest znane nie od dziś. Historycznie, miłościwo, z zakończeniem, które zapewnia trzy kilo rozrzewnienia – mówcie, co chcecie, ja ubóstwiam takie książki oraz cały ten entourage dam, dżentelmenów, bali, odpowiednich manier, listów i zalotów, jakich dziś się nie uświadczy. A jak nie Austen – to Elizabeth Gaskell. „Panie z Cranford”, ktoś, coś?

Every day.
Every day.

Tym razem jednak w klimacie bardziej… północno-angielskim. „North and South” niedawno wróciło do łask czytelników, głównie dzięki serialowi BBC z 2004 roku. I to właśnie od rzeczonego serialu zaczęłam całą historię, dopiero potem zabrałam się za czytanie. Niemniej ekranizacja jest wyśmienita, obsada dobrana idealnie, zasadniczo, typ pierwszy. Samą powieść pierwotnie czytano w odcinkach w połowie XIX wieku, skądinąd w magazynie „Household works”, redagowanym przez Dickensa. Gaskell przerobiła potem całość do druku, dodała to i owo (między innymi ostatni rozdział, całe szczęście) i całość opublikowano jako „North and South”.

Z sielskiego Południa na, zdawałoby się, posępną i nieprzystępną Północ – to droga, jaką Margaret Hale pokonuje wraz z rodzicami. Pan Hale, ongiś pastor, wskutek osobistych wątpliwości porzuca stan duchowny i cała familia musi opuścić plebanię w ukochanym Helstone. Przenoszą się do Milton, małego miasteczka słynącego z przemysłu włókienniczego, zanurzając się w zupełnie nowe, początkowo dość nieprzyjazne życie. Pan Hale zajmuje się prywatnym nauczaniem, a jednym z ulubionych jego rozmówców i podopiecznych staje się John Thornton, właściciel fabryki, człowiek dumny, pracowity i bardzo bogaty. Margaret od początku nie lubi Thorntona, nie uważa go za dżentelmena i potępia jego metody zarządzania fabryką – zwłaszcza po tym, jak zaprzyjaźnia się z kilkoma jej pracownikami. On z kolei uważa dziewczynę za wyniosłą, mając wrażenie, że Margaret gardzi wszystkim, co dla niego jest drogie – i jednocześnie nie traci żadnej okazji, by ją spotkać.

Dzieło Gaskell to, jak mówią Anglicy, social novel i można się doszukiwać w nim bardzo bardzo wielu motywów – od porównania przemysłowej Północny i rolniczego Południa, przez konflikty na linii panowie-robotnicy, strajki w fabrykach, aż po wątki religijne czy genderowe. Chodzi mi o to, że uczucie między Margaret a panem Thorntonem – choć arcyważne – nie jest jedynym kluczem odczytania „North and South”. Richard Armitage, który wcielił się w głównego onego w serialu z 2004 roku, był wręcz zdziwiony ogromem… fanowskiego odzewu. I nie brak opinii, że jego Thornton to nowy pan Darcy.

No błaaagam.
I ten śnieg padający. No błaaagam.

Co nie zmienia faktu, że to właśnie ta historia miłosna chwyta za serducho. Przyznaję bez bicia – mnie chwyciła bardzo. Abstrahując od historycznego tła (arcyciekawe, naprawdę) i wątków gospodarczo-socjalnych, to właśnie John Thornton i całokształt jego postaci sprawia, że będę wracać do „North and South”. Nieraz.

PS. Gdyby nie Ethlenn – nie byłoby. Dziękuję za serial!
PPS. Polski przekład, „Północ i Południe”, ukazał się dopiero 4 lata temu, muszę sobie przekartkować!
PPPS. Muzycznie wybornie mi do tego pasował musical Stinga. Ot, taka intuicja.