Romans w chacie na odludziu, czyli sensacja w pociągu

„Mean Streak” Sandra BrownNie ma lepszej książki na wakacje, niż klasyczna lektura „dopociągowa”. Czyta się lekko, w zasadzie to wciąga, nie obciąża umysłu zbyt dużą ilością materiału do przemyślenia. Ot, wyciągnąć cielsko na leżaku (albo skulić w przedziale pociągu relacji Kraków-Warszawa, niepotrzebne skreślić), wyjąć książkę i odpłynąć na parę godzin. Dużo znam takich powieści, a wśród nich jaki czas temu zapisał się złotymi zgłoskami „Deadline” Sandry Brown (z grubsza nakreślając tło, pani B. uratowała jedną z moich wycieczek, gdy autokar stał w korku półtorej godziny dłużej, niż ustawa przewiduje).

Tym razem sprawy stoją następująco: doktor Emory Charbonneau ma wszystko: zajmującą pracę (jest pediatrą), uznanie współpracowników i pacjentów (dzieciaki ją uwielbiają), poczucie misji (organizuje maraton charytatywny), umiłowane hobby (namiętnie biega, przygotowując się do wspomnianego maratonu) oraz kochającego męża. Dobrze, trochę się zagalopowałam, mąż nie jest taki idealny – więc po kolejnej pełnej wyrzutów sprzeczce małżeńskiej Emory z ulgą wybiera się na weekend w góry Północnej Karoliny, by trenować przez wielkim biegiem. W sobotę rano wciąga legginsy i rusza na trzydziestokilometrowy szlak… i bam! budzi się kilka godzin później w chacie na odludziu z rozbitą głową i wstrząśnieniem mózgu. Oczywiście, nie pamięta, co się stało. Tajemniczy mężczyzna, który ją do tej chaty przyniósł, z jednej strony zapewnia, że nie zrobił jej krzywdy (i że nie zrobi), ale z drugiej strony, nie dzwoni po pogotowie, odmawia zawiezienia do lekarza i uparcie nie podaje swojego imienia. Uhm, jasne, pełne zaufanie.

*teraz proszę sobie wyobrazić pełen napięcia głos lektora*
Kim jest tajemniczy mężczyzna? Czy naprawdę nie ma złych zamiarów?
*ujęcie na Emory, która znajduje zakrwawiony kamień, ewidentnie narzędzie zbrodni*
Kto i dlaczego chciał zabić Emory?
*płomienne spojrzenia między Emory a tajemniczym mężczyzną*
„Uwierz mi, doktorko, jeśli zaczniesz grzebać w moim życiu, nie spodoba ci się, co tam znajdziesz”, mówi cicho tajemniczy mężczyzna.
*efektowne bum! muzyczne*

Czujecie bluesa? Otóż to. Więcej nie ma sensu opowiadać, bo połowa frajdy, jako zawsze, leży w odkrywaniu całości na własną rękę. Jak na klasyczną lekturę dopociągową przystało, „Mean Streak” czytałam głównie siedząc w mocno klimatyzowanym wagonie. Zaintrygowani moim entuzjazmem współtowarzysze podróży po streszczeniu fabuły stwierdzili, że trochę klisza. Owszem, trochę, ale jak myszkovska kiedyś zauważyła, można nam wcisnąć każdą kliszę, byleby dobrze napisaną. A to jest tak napisane, że się nie idzie oderwać: moje okrzyki typu „no nieee” tudzież „uou, ale jak to?!” musiały naprawdę bawić wszystkich dookoła. Sandra Brown potrafi trzymać w napięciu – choć, jeśli chodzi o konstrukcję postaci, zdecydowanie lepiej wychodzą jej faceci (vide „Deadline”, przepadałam za Dawsonem). Dr Emory była deczko mdła. Na minus dorzucam też zbyt dużą ilość scen romansowych (znów powtórka z „Deadline’u”). Co nie zmienia faktu, że „Mean Streak” to czysta, beztroska rozrywka pierwszej klasy. Om nom nom!

PS. Polski przekład będzie, czekajcie cierpliwie!

Slow fashion, czyli porządki… w głowie.

„Slow fashion. Modowa rewolucja” Joanna GlogazaRzadko wypuszczam się na szerokie wody blogosfery, a na te nieznane wody blogów nie-książkowych – to już prawie wcale. Są jednak dwa blogi modowe (choć właściwie nie tylko modowe, powiedziałabym, że osobowościowe), które czytam namiętnie a regularnie: Styledigger i Szafa Sztywniary. „Czytam” jest tu słowem ze wszech miar słusznym, bo oprócz zdjęć obydwie autorki publikują dużo mądrych a dowcipnych treści w formie pisanej. A Styledigger – czyli Joanna Glogaza – ostatnio swoje mądre treści opublikowała w formie książkowej.

„Slow fashion” to swego rodzaju manifest nie tylko modowy, ale i życiowy (powiedziałabym „lifestylowy”, gdyby nie to, że nie przepadam za tym słowem). Chodzi o uporządkowanie swojej garderoby, ale nie tylko, bo za ogarniętą garderobą idzie bardziej ogarnięte życie. Każda kobieta nieraz stanęła przed szafą, z której wszystko się wysypywało, łkając w duszy „nie mam się w co ubrać” – a Joanna Glogaza pokazuje, jak kroczek po kroczku tę sytuację zmienić. Nie ma się co nastawiać na szybkie i łatwe w osiągnięciu efekty, bo chodzi raczej o przestawienie sposobu myślenia, a to szalenie wymagające. Zatem, będzie trochę porad czysto praktycznych, od segregowania zawartości szafy, przez tablicę inspiracji (zwaną moodboard) aż do poszukiwań swojego stylu (przypominam, posiadanie stylu nie oznacza, że trzeba mieć wszystkie ciuchy typu boho albo wyłącznie sukienki w kwiatki). Znajdą się historie osobiste i piękne zdjęcia – które nawet na czytniku wyglądają elegancko.

Co najważniejsze, „Slow fashion” tchnie rozsądkiem w najlepszym tego słowa znaczeniu. I nie ma w tej książce ani grama nachalności – to, że autorka lubi koszule i złote dodatki, nie oznacza, że będzie do nich namawiać wszystkie zainteresowane. Na każdym kroku podkreśla, że to, co się podoba mamie, babci, koleżance z ławki czy sąsiadce z naprzeciwka, niekoniecznie musi podobać się jej – albo mnie. Grunt, to dobrze czuć się z samą sobą… i samej siebie nie oszukiwać.

„Kupienie bluzki, która została przeceniona ze 100 zł na 50, nie oznacza, że zaoszczędziłaś 50 złotych. Oznacza, że wydałaś 50”

Święte słowa. Tu na marginesie dodam, że jestem całkiem zadowolona ze swojej szafy – wiadomo, że można by jeszcze to i owo poprawić, ale generalny porządek zrobiłam po niedawnej przeprowadzce, i przyznam, że inspirację i kierunek, w którym podążałam, zapewniły mi posty Styledigger.

TL;DR – jak to mówią – Joanna Glogaza wie, co mówi, potrafi do tego przekonać i zachęcić. Dorzućcie do tego trzy kilo dystansu do samej siebie i wyjdzie naprawdę przezacny poradnik.

 PS. Jak chcecie wiedzieć, o co chodzi z slow fashion u Styledigger – tu dobrze zacząć.

Byłam w Hogwarcie

Gdy staje się na japońskiej ziemi na lotnisku w Osace, jednym z pierwszych bannerów, jakie widzą nasze gajdzińskie oczęta, jest reklama parku rozrywki Universal Studios. Park to olbrzymi, pełen atrakcji wszelakich i tematycznych obszarów, od „Szczęk” Amity Village, przez Minionki, Ulicę Sezamkową, Jurassic Park (chwilowo nieczynny, jakkolwiek zabawnie by to nie brzmiało), aż po Spidermana i Terminatora. Jest jeszcze jedna, arcypopularna część parku, i to właśnie ona widnieje na reklamie na lotnisku – Wizarding World of Harry Potter. Czy może być lepsze miejsce na spędzenie urodzin?

Ergo: wybraliśmy się polsko-włosko-japońską ekipą na podbój Hogwartu, który już było widać już z daleka, prześwitujący przez palmy przy bramie Universal Studios. Ja od razu zapowiedziałam, że moim głównym i w sumie jedynym celem tego dnia jest właśnie Wizarding World, a pozostałe miejsca mogą dla mnie nie istnieć (skądinąd, na spokojne obejście całego tego radosnego miejsca dobrze przeznaczyć kilka dni). Więc proszę bardzo, mapa w dłoń… i hajda przez Zakazany Las!

A zza palm...
A zza palm…
Pakiecik na wejście
Pakiecik na wejście
Biedny, porzucony Ford Anglia...
Biedny, porzucony Ford Anglia…
Brama do Hogsmeade
Brama do Hogsmeade
Please respect the spell limit.
Please respect the spell limit.
Uczniowie z Hogwartu chyba mieli wolne...
Uczniowie z Hogwartu chyba mieli wolne…

Japońską wersję Wizarding World otwarto w lipcu zeszłego roku i, podobnie jak w Orlando na Florydzie (tam mieści się najpierwszy park Potterowy), składają się nań właściwie dwa miejsca: główna ulica w Hogsmeade oraz mini-replika Hogwartu. Przy bramie wita nas ekspres z Londynu, prosto z peronu 9 i ¾ , a dalej już idzie się tylko zanurzyć w sklepy znane z umiłowanego uniwersum (i przepuścić galony galeonów, wiadomo). Można się zaopatrzyć w słodkości, wyroby papiernicze, szaty, miotły, różdżki (a nawet specjalne… nosidełko na różdżkę, taki niby-kołczan przypinany do pasa, mieliśmy z niego duży ubaw).

Miodowe Królestwo - czy coś jeszcze należy dodać?
Miodowe Królestwo – czy coś jeszcze należy dodać?
W mojej żabie była karta z Salazarem Slytherinem.
W mojej żabie była karta z Salazarem Slytherinem.
Om nom nom. Wszystko.
Om nom nom. Wszystko.
Mogę tu zamieszkać? Proszę?
Mogę tu zamieszkać? Proszę?
Luna Lovegood approves.
Luna Lovegood approves.
Mniejsza o to, że Ollivander miał sklep przy Pokątnej - tu jest inna czasoprzestrzeń.
Mniejsza o to, że Ollivander miał sklep przy Pokątnej – tu jest inna czasoprzestrzeń.
Do wyboru, do koloru, różdżka dla każdego!
Do wyboru, do koloru, różdżka dla każdego!
A może detonator pozorujący?
A może detonator pozorujący?
Księgarnia. Była. Zamknięta. Moja mina mówi wszystko.
Księgarnia. Była. Zamknięta. Moja mina mówi wszystko.

My akurat wybraliśmy się na wycieczkę w dzień powszedni, co było mądrą decyzją, nie wyobrażam sobie tłumów, jakie tam tłoczą się w weekend… pogoda dopisała za to idealnie, był to chyba jedyny piękny, słoneczny dzień w tamtym tygodniu – a na taką temperaturę (i ukojenie rozemocjonowanej duszy) nic nie działa lepiej niż piwo kremowe. Słodkie, gęste, pyszne!

Prosto z beczki!
Prosto z beczki!
Moje, to po lewej, było mrożone.
Moje, to po lewej, było mrożone.

Aż wreszcie oto i on, Hogwart w całej okazałości. W środku, mrocznym i klimatycznym, można przejść przez fragment klatki schodowej (portrety założycieli szkoły naprawdę się ruszają!) i minąć gabinet Dumbledore’a. Cały czas towarzyszą nam fragmenty dialogów z filmów… tylko po japońsku, co brzmi zabawnie, kiedy zna się wyłącznie oryginalną wersję. Zwieńczeniem krótkiej przechadzki po zamku jest obsypana nagrodami atrakcja pt. „Harry Potter and the Forbidden Journey”, coś na kształt odjechanej przejażdżki w 4D (zwane też motion based dark ride). Na tę przyjemność należy troszkę poczekać, nam zajęło to jakieś trzy kwadranse – ale efekt wart był każdej minuty. Wiozą delikwentów na takiej specjalnej kanapie, kanapą rzuca w górę i w dół, dementorzy straszą, pająki plują, znicz ucieka – pełen szał! Oczywiście, w kluczowym momencie błyska flesz i potem można nabyć swoje rozdziawione i uhahane zdjęcie – chyba, że (tak jak Malita) zasłoniło się na tym zdjęciu twarz, bo pająk pluł. Klasyka.

Plastikowy? Tak. Przeszkadza mi to? Nie.
Plastikowy? Tak. Przeszkadza mi to? Nie.
Właściwie, mogłabym tam pracować.
Właściwie, mogłabym tam pracować.

Podsumowując – fenomenalne przeżycie. Naprawdę, zrobione to jest znakomicie, i choć niektórzy pewnie sarkają, że to taka komercja i wszystko, to ja przez pół dnia chodziłam, popiskując i pokazując palcem kolejne drobiazgi: „Ej, żywe sowy!”, „O, sukienka Hermiony z balu bożonarodzeniowego!”, „A w damskiej toalecie słychać Jęczącą Martę!”. Innymi słowy, ja chcę jeszcze raz. I dobrze, że zostaję tu do sierpnia…

Ravenclaw through and through. Prawie nabyłam tę szatę.
Ravenclaw through and through. Prawie nabyłam tę szatę.

PS. Za zdjęcia, na których widnieje Malita oraz wnętrze Miodowego Królestwa dziękuję koleżance ze Slyth… to znaczy, dzielnej Gryfonce.

Gdzie Drzewo, gdzie Rzeka

Wawrzyniec Podrzucki - Uśpione archiwum (wydanie poprawione)Pamiętacie Book Rage? Otóż pośród różnej maści książek stamtąd pobranych znalazła się także trylogia „Yggdrasil” Wawrzyńca Podrzuckiego, z pierwszym tomem w wersji poprawionej. Hard science fiction nie należy do najbardziej hołubionych przez mnie gatunków, co prawda, ale raz na czas jakiś chętnie przyjmuję dawkę. Pod warunkiem, że dobrej jakości.

Oto i niewielkie miasteczko Keshe w segmencie New Cheshire, oto i funkcjonariusz Thomas Farquahart, młody zdolny zastępca kesheńskiego konstabla. Oto i klasyczny quest, z odkrywaniem wielkiego sekretu i obowiązkową damą (choć nie tak bardzo klasyczną). Powiew hard sf zapewnia natomiast scena, na której rzeczony quest się odbywa. Gigantyczna nanostruktura Drzewa, które od wieków służy jako dom dla tysięcy ludzi i dziesiątek kultur, kryje w sobie wiele tajemnic. I nie chodzi tylko o samą strukturę biologiczną, wszędobylski żywogrunt otulający macierz i niedostępny żywoskłon – raczej o genezę Drzewa, bo to wiedza skomplikowana i niebezpieczna. Może też okazać się niezbędna, jako że szykują się wielkie zmiany i nikt nie wie, co one przyniosą. Zatem Gerhard von Klosky, Vlad Karawaniarz i sam Thomas ruszają w podróż na Dół, na wpół mityczny i nieskończenie wielki, by zdążyć na wyznaczone spotkanie… i przy okazji nie dać się zabić, bo przeszkody na drodze do sukcesu – w osobie fanatyków religijnych czy świadomych wytworów Drzewa – mnożą się w tempie zastraszającym.

Jakiś czas temu rozpływałam się nad kreacją uniwersów, nad światami stworzonymi, których autentyczność przekonuje mnie czasem bardziej niż najlepiej skonstruowana fabuła. Wawrzyniec Podrzucki, pisarz i mikrobiolog, kreśli właśnie taki świat (co nie oznacza, że fabuła niedomaga). Kreśli go z rozmachem, z pomysłem, z uzasadnieniem naukowym, z wszystkim, czego trzeba. Łącznie z interesującym, nazwijmy to, doborem imion (tylko nazwisko „von Klosky” za każdym razie budziło we mnie uczucie bardziej meh, niż jakiekolwiek inne). Wybaczam nawet zwyczaj nazywania Rzeczy Z Dużej Litery, to właściwie ma sens w tym przypadku (nie mówiąc o tym, że Yggdrasilowe potężne Drzewo, Rzeka i Las uruchomiły mi ciąg skojarzeń prowadzący prosto na Pandorę, jeden z czternastu księżyców planety Polifem).

Jeśli brzmi to zaplątanie i enigmatycznie, to uspokajam, tylko brzmi. „Uśpione archiwum” to jedna z tych książek, które najlepiej odkrywać osobiście, bo wszystkie próby wytłumaczenia, o co tak naprawdę chodzi, mogą zepsuć połowę uciechy. Proszę iść odkrywać.
A-ha, wspomniałam, że to trylogia, prawda?
*biegnie po drugi tom*

PS. Gdy pisałam ten tekst, iTunes, nastawione na tryb „random favourite”, wypluło mi w głośniki ten utwór. Przypadek? Nie sądzę.
PPS. Drzewo w wizji Autora wygląda o tak.

Dlaczego Afryka? Bo jest.

„Jak robić dobrze” Szymon HołowniaTrzy razy zaczynałam pisać ten tekst, ale żadne ze zdań otwierających nie wydało mi się Ostatecznie Odpowiednie. Najprościej chyba zatem będzie zacząć od autora – Szymon Hołownia, dziennikarz, publicysta i pisarz, specjalizuje się w dziedzinach okołospołecznych i popteologicznych (bardzo podoba mi się to określenie), z wycieczkami w stronę telewizyjnych show. Hołownię czytać lubię, często wracam do jego pierwszej książki, „Kościoła dla średniozaawansowanych”. Zdroworozsądkowe, celne i dowcipne przedstawienie zwyczajów i absurdów Kościoła bardzo trafiło mi do gustu (na samą myśl o rozdzialiku na temat chóru parafialnego wewnętrznie chichotam, nie mówiąc już o figurkach aniołków, które za „co łaska” kiwają główkami przy bożonarodzeniowej szopce). Kolejne teksty Hołowni, zwłaszcza te bardziej… metafizyczne, że tak to ujmę, również mi się podobały. Abstrahując od popteologii, felietonów w „Pani” i telewizji TVN – Hołownia od ponad dwóch lat wytycza jeszcze jeden kierunek: na południe. Do Afryki.

Dlaczego Afryka? Bo jest. Po prostu. Bo tam są ludzie, który trzeba pomóc. Hołownia pomaga poprzez dwie założone prze siebie fundacje: to fundacja Kasisi, wspierająca Dom Dziecka Kasisi w Zambii i fundacja Dobra Fabryka, która finansuje wiejski szpital w Ntamugendze (Demokratyczna Republika Konga) oraz Centrum Opieki Paliatywnej w Kabudze koło Kigali (pierwsze i jak na razie jedyne hospicjum w Rwandzie). Rzecz w tym, by – jako stoi w tytule – robić dobrze, ale – to mógłby być podtytuł – robić dobrze z głową. Bo, jak pisze Hołownia, „pomoc to lekarstwo, a nie stała dieta”. Bo lepiej zaproponować przemyślaną wizję pomocy mniejszej (choćby z początku) grupie, niż wysłać w teren w najszlachetniejszym porywie serca konwój kontenerów z jedzeniem.

Oprócz tłumaczenia, czemu Afryka, jak się pomagało i jak się pomaga, u Hołowni dużo miejsca zajmują opowieści wprowadzające w tambylczy krajobraz kulturowy. Ot, choćby o tym, że gdy chce się znaleźć konkretne miejsce, nie szuka się adresu, tylko „jedź dziesięć minut prosto, w tym miejscu, gdzie była chińska knajpa, skręć w lewo, za osiedlem za murem skręć w prawo, a potem pytaj dalej”. Albo o inwencji rodziców w dziedzinie konstruowania imion dla swych pociech: wśród dzieciaków w Kasisi jest Kinglord, ale też Gladgirl, Whiteson czy trojaczki: Trustina, Bestina i Lastina. Albo o poszczególnych podopiecznych z obydwu fundacji (mnie za serce chwycił Jacob Banda).

Przy okazji, muszę przyznać, że Afryka nie jest miejscem, które mnie pociąga (trochę fascynuje, ale na odległość). Ale nie szkodzi, bo nie chodzi tu tylko o Afrykę: „Jak robić dobrze” może stać się punktem wyjścia do samodzielnego wprowadzania zmian w aktualnym miejscu przebywania. Swada, pasja i charyzma – Hołownia potrafi przekonać do tego, co robi. Bynajmniej nie są to historie typu „my białe ludzie pomagamy biedna Afryka” (jedno, jedyne potknięcie protekcjonalności na całą książkę nie robi różnicy). To historie ludzi, którzy robią dobrze i ludzi, którzy z tego dobra korzystają – by potem, oby, ponieść je dalej w świat. To też zaproszenie od autora, by samemu się zaangażować: niekoniecznie wspomóc jedną z jego fundacji, ale po prostu przyczynić się do rozwoju ogólnie pojętej życzliwości dla mieszkańców tego świata.

 PS. A za książkę w dobro obfitą dziękuję wydawnictwu Czerwone i Czarne!

Dzieła zebrane #5 (edycja: Dzień Dziecka)

Dawno nie było #dziełzebranych – głównie dlatego, że z przyczyn wyjazdowych czytam nieco mniej – ale z okazji Dnia Dziecka postanowiłam byłam to zmienić. Ergo, będą Malitowe dzieła zebrane dziecięce, najulubieńsze lektury sprzed lat… i garść wspomnień.

Rodzinna wieść niesie, że gdy miałam półtora roku, do moich ulubionych rozrywek należało doturlanie się ruchem posuwistym do półki z książkami (takiej niziutkiej, zaraz przy podłodze) i strącenie jej zawartości jednym gwałtownym machnięciem. Książki przyswajałam chętnie i w każdej formie – czy to czytanej przez Kogoś Dorosłego, czy to w formie audiobookowej (miałam na kasecie „Przygody kota Filemona” i do dziś mam w pamięci opowieść Bonifacego o ględzeniu!), czy to już osobiście. Od zawsze wożę ze sobą w bagażu coś do czytania – na mój pierwszy wyjazd bez rodziców, jeszcze w zerówce, wzięłam ze sobą dwie cieniutkie baśnie, i panie opiekunki zwykły straszyć niesfornych kolegów hasłem „przestań biegać po korytarzu, bo pożyczę książkę od Asi Mality i będziesz musiał siedzieć i czytać” (po latach dochodzę do wniosku, że nie był to najlepszy sposób na zakorzenienie miłości do lektury, ale mniejsza o to).

Z książek konkretnych – zacznijmy od Astrid Lindgren. Uwielbiałam powieść „Mio, mój Mio” o zaginionym księciu, chlipałam ukradkiem przy „Braciach Lwie Serce”, ale to „Dzieci z Bullerbyn” skradły moje serducho ostatecznie. Kto nie chciał łowić raków, piec pierniczków w kształcie prosiaczków i iść do sklepu, śpiewając „kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej”? Do dziś lubię wracać do ulubionych fragmentów, zwłaszcza w okresie okołoświątecznym.

Po drugie – mam wrażenie, że moje zdolności do rymowania (potrafię w 10 minut ułożyć rymowankę na dowolną okazję, to mój stały popis przy okazji wszystkich celebracji typu urodziny czy ślub) nie wzięły się znikąd. Kornel Makuszyński miał w tym spory udział. Kornel Makuszyński… i smok wawelski. Spośród rozlicznych wierszowanych opowieści to ta o smoku była moją ulubioną: vide charakterystyczne wydanie z ilustracjami Mariana Walentynowicza i strofy, które mimo upływu lat nie chcą wyjść z głowy („babka babki mojej babki – mam ich tysiąc sto czterdzieści! – od prababki swej słyszała o tej dziwnej opowieści”).

A jak jesteśmy przy rymowankach i Ważnych Opowieściach – innym popisowym numerem Mality lat trzy było „odczytywanie” na głos „Byczka Fernando” pióra Ireny Tuwim na podstawie bajki Munro Leafa. Przewracałam strony w odpowiednich momentach, sprawiając wrażenie, że czytam na głos: „Otóż moi kochani” (strona) „dawno temu w Hiszpanii” (strona) „żył sobie mały byczek, imieniem Fernando” (strona). Miny postronnych – bezcenne. Mój sentyment do tej bajki można mierzyć w hektolitrach łez wzruszenia. A na dowód uwielbienia – oto sterany egzemplarz.

Najlepsi kumple z lat dziecięcych - Tygrys, Kuba, Łobuz i książka.
Najlepsi kumple z lat dziecięcych – Tygrys, Kuba, Łobuz i książka.
Zaczytany i zmaltretowany egzemplarz. Skarb nad skarby.
Zaczytany i zmaltretowany egzemplarz. Skarb nad skarby.

A na sam koniec, last not least – już z okresu tranzytowego na linii dzieciństwo-burzliwy czas nastoletniego fukania na świat. Pewnego dnia moja Pani Mama powiedziała: „wiesz co, słyszałam o takiej książce, podobno świetnej, o czarodziejach, może chciałabyś przeczytać?”. Pewnie, że chciałam. Początkowo byłam przekonana, że autor nazywa się Harry Potter i byłam zasmucona, bo to takie świetne imię dla bohatera. A, moment… Co prawda list z Hogwartu dalej nie przyszedł, ale tak zaczęła się Wielka Książkowa Miłość. Miłość, która trwa do dziś.

Czujcie się zachęceni do podzielenia się swoimi najulubieńszymi opowieściami w klimacie – i wszystkiego najzacniejszego z okazji Dnia Dziecka!

PS. Specjalne podziękowania dla Mamy Mality, która zrobiła i z odległości kilku tysięcy kilometrów przysłała powyższe zdjęcia!