Dlaczego czytamy klasyki?

Dziś będzie o jednej powieści, ale to taki punkt wyjścia do dalszej dyskusji, wiecznej i niezmiennej. Otóż. Zawzięłam się, zaparłam, obiecałam sobie: przeczytam to dzieło tłuste, obfite w wątki i postacie, tomy i stronice. Było to już drugie Malitowe podejście do „Wojny i pokoju”, bo pierwsze – ładnych parę lat temu – jakoś rozmyło się w natłoku innych lektur oraz spraw życia bieżącego. Ale teraz czytam głównie na czytniku, a to idealny nośnik na grube tomiszcza – zakładając, że chce się je ze sobą nosić zawsze i wszędzie. Rzuciłam zatem Tołstojowe dzieło na kundelka i ruszyłam na podbój Rosji. Trochę dosłownie.

„Wojna i pokój” we wszystkich czterech tomach liczy sobie tysiąc stron bez mała, ale to i tak ułomek w porównaniu z tym, co o tej epopei napisano (same interpretacje tytułu i rozważania, czy Tołstoj miał na myśli „pokój” czy jednak „społeczeństwo” mogłoby zająć osobną książkę). Próba ujęcia wszystkich wątków w jednym krótkim opisie jest z gruntu chybiona – pozwólcie na dwa słowa, a właściwie dwie strony wprowadzenia. Otóż z jednej strony Napoleon z armią francuską rusza na wschód Europy, pokonując kolejne koalicje, zwyciężając pod Austerlitz, wykrwawiając się pod Borodino, zdobywając Moskwę. Wojny napoleońskie i długie rozważania na temat przyczyn konfliktów, wolnej woli człowieczej i prawa konieczności – to wszystko przeplata się z osobistymi dramatami arystokratów rosyjskich. Rostowowie, Bołkońscy, Kuraginowie i ich rozterki” miłosne, rodzinne, patriotyczne – to druga strona Tołstojowej epopei. W ekranizacjach często kładziono nacisk na trzy postaci: piękna hrabianka Natasza Rostowa, dumny książę Andriej Bołkoński, oraz nieco zagubiony Pierre Bezuchow. To przede wszystkim ich oczami oglądamy konflikt, który wstrząsnął XIX-wieczną Europą. Tu od razu przyznam, że familia Rostowów wybitnie mi nie przypadła mi do gustu: hrabia totalny konformista, Natasza niepozbierana emocjonalnie, jej brat Mikołaj również wiecznie niezdecydowany… ale to takie moje „współczesne” podejście do bohaterów. Moim ulubieńcem od pierwszych stron był za to Pierre Bezuchow, którego żal mi było okrutnie i bardzo cieszę się, że koniec końców jego historia zakończyła się jednak w taki właśnie sposób.

Właśnie tak go sobie wyobrażałam – Siergiej Bondarczuk jako Pierre Bezuchow

Osobiste inklinacje na bok, zadajmy sobie wreszcie sobie tytułowe pytanie. Po co mi to było? Po co czytać klasyki?

Zacznijmy od truizmów. Nie bez kozery BBC dzięki głosom brytyjskich czytelników utworzyło listę „Big Read”, na którą składa się dwieście najbardziej ukochanych powieści. „Wojna i pokój” zajmuje wśród nich zaszczytne miejsce dwudzieste. Ergo, ludzie lubią, można czytać. Można też z tym lubieniem dyskutować, ale warto zagłębić się choć w pierwsze kilkadziesiąt stron, zanim się wyda ostateczny wyrok.

Czytamy też, bo to dzieła ważne dla literatury, dla historii, dla kultury – wiecie, cały ten niby-szkolny tok rozumowania w stylu „zachwyca, bo zachwyca”. To również stanowi element składowy i nie ma się co go wypierać.

Dalej: ja się przyznaję bez bicia, że próżność też tu rolę odgrywa. Ot, łechcę sobie swoje oczytanie swoją dzielnością i wytrwałością, że przeczytałam, że przebrnęłam, że znam oryginał, a nie tylko ekranizacje czy streszczenia po internetach. Zdrowa dawka samozadowolenia jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

A teraz będzie idealistycznie: czytamy klasyki, bo mają coś w sobie. Dlatego są klasyką.

A definicja klasyki – to już zupełnie inna historia.

10 thoughts on “Dlaczego czytamy klasyki?

  1. „Wojnę i pokój” mam w dwóch gigantycznych tomach i dawno temu przeczytałam pierwszy… a drugi zostawiłam i do niego nie wróciłam, co jest moim wielkim niedopatrzeniem. Ale nie ma tego złego, bo to klasyka, a ja klasykę „nadrabiam” ciągle, więc trzeba po prostu sięgnąć na nowo :D

  2. Podziw dla Ciebie za „przebrnięcie” ;) Mnie przeraża trochę ta powieść. Nie rozmiarami, bo czytałam i grubsze, ale legendą. I w sumie chyba właśni to mnie najczęściej odstrasza od klasyków. Mimo to, raz na dwa miesiące porywam się na klasyk, i nie powiem, często okazuje się, że niepotrzebnie się go bałam :)

  3. Ja czytam, bo wiem że, tak jak napisałaś, klasyki coś w sobie mają i wbrew pozorom większości z nich daleko do zakurzonych ramot, przeciwnie – porywają jak mało która powieść współczesna. Ale czytam też, żeby móc wnikliwiej pisać o tym, co powstaje dziś. Żeby wiedzieć, że ten a ten odwołał się do Tołstoja czy Dostojewskiego, a ten czy tamten nawiązuje do stylu Dickensa. Żeby rozpoznawać literackie chwyty i motywy, kojarzyć fakty, tropić konteksty. Bo w końcu w literaturze tak wiele już było, że naprawdę niewiele jest rzeczy nowych, które jeszcze można wymyślić :)

    1. Podpisuję się obiema łapkami!
      I czasem mam tak, że do jakiejś klasycznej powieści podchodzę jak do jeża, a tu się okazuje, że naprawdę ma to coś. I od razu karcę sama siebie, że wątpiłam w jej klasyczność! :)

  4. „Wojna i pokój” to mój wyrzut sumienia. Chcę, ale jakoś nie rzucam się na tomiszcze. Jak ja to do torebki wepchnę?
    No i znowu argument za kupnem czytnika dopisuję do listy :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s