Dzieła zebrane #3

Malita ostatnio należy do dość zajętych stworzonek (ostatnio, ha, całe życie – ale ostatnio naprawdę wyjątkowo), a w okresie okołoświątecznym z przyczyn logistyczno-geograficznych od Mality będzie się słyszało mniej – co nie znaczy, że wcale! W tak zwanym międzyczasie dwie krótkie piłki, fantastyczne w obydwu tego słowa znaczeniach.

„Kłamca” Jakub Ćwiek

„Kłamca” Jakub ĆwiekZ gatunku „tak bardzo dawno obiecałam, że to nadrobię”. Mekka studentów, czyli Biblioteka Jagiellońska, znów zadziwiła mnie dostępnością zbiorów, dzięki czemu moja podróż na trasie Warszawa-Kraków upłynęła w rytm opowiadań o Kłamcy. Czyli o Lokim (czy tylko mnie w tym momencie uruchamia się ciąg skojarzeń, prowadzący do okrzyku: „Kneel!”?).
Co by było, gdyby archetypowy szelma, przechera i trickster postanowił pracować dla aniołów? No, na pewno byłoby wesoło. Ćwiek ze swadą opisuje kolejne historie Kłamcy (najbardziej podobała mi się ta ze Światowidem w roli św. Mikołaja, pod tytułem „Cicha noc”) – bawi się rozmaitymi tropami kultury, postaciami i motywami, które niby znamy, ale zawsze jednak można z nich wyciągnąć coś nowego. Lektura dopociągowa na pięć plus!

„Damy z Grace Adieu i inne opowieści” Susanna Clarke

„Damy z Grace Adieu i inne opowieści” Susanna ClarkeOstatnia z moich lektur alternatywnych, chwilę zresztą musiała poczekać na Malitowe zmiłowanie. Ergo, mamy tu rozmaite opowieści, w których świat elfów – Faerie – przenika się ze światem ludzkim, wszystko w ramach uniwersum znanego z historii Jonathana Strange’a i pana Norrella. Czarujące (nomen omen!) damy, magiczne hafty w wydaniu Marii Stuart, budowanie mostu w Thoreby i rozmaite elfie ingerencje (czasem draczne, czasem złośliwe, czasem przypadkowe) w codzienne życie śmiertelników w starej dobrej Anglii. Będzie dużo smakowitych nawiązań – od „Gwiezdnego pyłu” Gaimana po „Dumę i uprzedzenie” Austen, całość niekiedy makabryczna, niekiedy satyryczna, ale zawsze – zacna. Nie jestem jakoś specjalną wielbicielką ludu Faerie w wydaniu Clarke, niemniej czyta się bardzo przyjemnie. A ile z tego można wyciągnąć dodatkowych intertekstualnych smaczków!

PS. Widzieliście ostatnią zdobycz Malitową? Znacie podobne dzieła w klimacie? ;))

Życie w miniaturze

„Miniaturzystka” Jessie BurtonW powieściach historycznych piękne jest to, że dana postać z kart dziejów może stać się inspiracją zarówno do stricte biograficznego dzieła, jak i opowieści luźno opartej na motywach. Błyskotliwy debiut Burton to kategoria numer dwa – życiorys prawdziwej Petronelli (cóż za imię!) Oortman staje się tu tylko punktem wyjścia. Życiorys… i jej autentyczny domek dla lalek, naturalny element epoki, w której wyznacznikiem bogactwa tudzież statusu społecznego były Kunstkamery i inne gabinety osobliwości.

Ale zanim domek, poznajcie historię starą jak świat – dziewczę z prowincji wychodzi za mąż za majętnego i starszego od niej mężczyznę, by zapewnić sobie odpowiedni byt. Petronella Oortman, zwana Nellą, wpisuje się w tę wieloletnią praktykę historyczną (i powieściową): poślubia zamożnego kupca, Johannesa Brandta, i przeprowadza się do Amsterdamu z czasów Gouden Eeuw, złotej epoki historii Holandii. Nowy świat, w który wkracza, nie wita jej specjalnie ciepło i serdecznie: domostwem Brandta rządzi jego niezamężna siostra, Marin, surowa i apodyktyczna. Nie, inaczej: domostwem Brandta rządzą sekrety, i to takie, które mogą zachwiać podstawami w miarę spokojnej egzystencji wszystkich domowników. I bynajmniej nie chodzi tutaj o interesy czy głowy cukru, które – wedle Marin – należy sprzedać jak najszybciej.

Małżonka powinna się czymś zająć – w myśl tej idei Johannes ofiarowuje Nelli w prezencie ślubnym replikę ich własnej kamienicy, coś na kształt olbrzymiego domu dla lalek. Dziewczyna, chcąc nie chcąc, zabiera się za meblowanie – zamawia trzy “rzeczy małe” u miniaturzysty, znalezionego w spisie miejskich rzemieślników. W przesyłce zwrotnej znajduje nieco więcej miniatur, a każda z nich zachwyca dokładnością wykonania, dając wyraz kunsztowi miniaturzysty (który, rzecz jasna, okazuje się być miniaturzystką). Zachwyt to jedna z reakcji – drugą jest niepokój, gdy Nella odkrywa, jak bardzo przygotowane przez miniaturzystkę figurki przypominają swoje żywe pierwowzory… koło się zamyka, a sekrety gonią sekrety.

Dolls’_house_of_Petronella_Oortman
Prawdziwy domek Nelli, dziś w Rijksmuseum

Mgła nad kanałami Amsterdamu w wizji Burton skrywa wiele splątanych historii – i wielu fascynujących bohaterów. Łatwo było przerysować postać Nelli, przedstawiając ją jako naiwną istotkę, która nie jest w stanie objąć swoim rozumkiem niczego ważnego, albo gorzej – jako naiwną istotkę, która błyskawicznie przechodzi Wielką Przemianę. Nella z “Miniaturzystki” plasuje się gdzieś pośrodku – jest młodziutka, zdeterminowana, by dobrze wypełniać rolę małżonki, ciekawska, czasem impulsywna, ale też zdolna do odważnych i ryzykownych czynów. Choć, paradoksalnie, bardziej polubiłam Marin, prawdziwie tragiczną bohaterkę o bardziej złożonej osobowości. Trochę natomiast mi brakowało, przyznam, wyjaśnienia postaci tytułowej miniaturzystki – choć zapewne właśnie tak miało być, rozmyte niewytłumaczenie.

„Miniaturzystkę” okrzyknięto książką hipnotyzującą – i trudno znaleźć mi lepsze określenie. Zahipnotyzowana, podążałam śladami Nelli, Johannesa, Marin, Ottona, Cornelii i innych przez cały dzień, aż do pełnego emocji wieczora („nie przeżywaj tak tego czytania”, koił Malitowe nerwy towarzysz lektury). Nie była to najświetniejsza powieść świata, nie nie, ale zdecydowanie ma w sobie to coś.

PS. Przepięknie o tej powieści napisała Bombeletta!
PPS. A w ogóle, ta okładka! Cudowności.

Czy zdobyłam zamek?

„Zdobywam zamek” Dodie SmithJuż wieki temu, zaintrygowana tym, co napisała o tej książce Kasjeusz, postanowiłam zdobyć. Oczywiście, postanowienie gdzieś umknęło w zakamarki umysłu. Aż pewnego dnia, nabywając filtry do wody w sklepie bliższym elektronice niż księgarni, zoczyłam w wielkim koszu z książkami po taniości „Zdobywam zamek”. Nabyłam natychmiast, przestudiowałam pochwały okładkowe (blurb porównujący powieść Smith do „Błękitnego zamku” L.M.Montgomery oparł się chyba li i jedynie na słowie „zamek” w tytule obu książek, ale mniejsza o to), a następnie zagłębiłam się w pamiętnik pewnej młodej Angielki sprzed kilkudziesięciu lat.

Ekscentryczna – to słowo, które sponsoruje familię Mortmainów. Ojciec, ongiś oklaskiwany pisarz, dziś stacza się w twórczy marazm z nutką szaleństwa. Finanse rodzinne też się staczają: przychodów brak, koszta rosną (ludzie wszak muszą coś jeść). Żeby dopełnić obrazy rozpaczy – Mortmainowie mieszkają w prawdziwym zamku, mocno podupadłym i ogołoconym z większości wartościowych rzeczy (sprzedanych celem utrzymania rodziny przy życiu). Druga żona Mortmaina, Topaz, do wspomnianej ekscentryczności się dorzuca garściami – eks-muza uznanych malarzy, artystka z dość nietypowymi duchowymi ciągotami, a przy tym ciepła i o anielskiej niekiedy cierpliwości. Jeśli chodzi o latorośle rodu, to zakwitły ich trzy: Rose, urodziwa a zdesperowana, by poprawić los rodziny (najlepiej wychodząc odpowiednio za mąż), Cassandra, dziewczę bystre i nie mniej zdesperowane, choć mniej urodziwe, oraz Thomas, który jeszcze się kształci i pełni raczej rolę beniaminka. Do rodziny zalicza się też Stephen, syn zmarłej dawno pokojówki, chłopiec urodziwy i szczerze oddany Cassandrze.

Mortmainów poznajemy za sprawą właśnie tej ostatniej – Cassandra postanawia pisać pamiętnik, by doskonalić swój talent literacki i zabiera się za to w idealnym momencie: u progu burzliwych miesięcy, które wywrócą do góry nogami dotychczasowe życie. A wszystko za sprawą dziedziców sąsiedniego majątku (u których Mortmainowie właściwie dzierżawią swoją rezydencję), młodych, przystojnych a bogatych Amerykanów. Jeśli spodziewacie się powtórki z „Dumy i uprzedzenia”, to kierunek nawet i słuszny, choć nie będzie naganiającej do ożenku pani Bennet.

manor1
Walijski Manorbier Castle, który posłużył za plener przy ekranizacji.

Sama Cassandra jest cudownie egzaltowana w niektórych momentach – ale to jest ze wszech miar słuszne, godne i sprawiedliwe, bynajmniej na to nie sarkam. Wydawca porównał jej zapiski do bloga z epoki przedkomputerowej i choć fraza ta brzmi fatalnie, to jednak ma coś w sobie. Niemniej, jeśli chodzi o wrażenia, zaliczyłam całą paletę emocji przy czytaniu: od rozrzewnienia, przez uczucie sympatii (tu rozumianej dosłownie, jako współodczuwanie), irytację, rozbawienie, aż po tej szczególny stan czytelniczej duszy, który waha się między rozżaleniem a kiwaniem się na krześle w pełnym niezrozumieniu. Przespanie się z tematem niespecjalnie mi pomogło w konkretniejszym uzasadnieniu tych odczuć.

Tak bardzo nie wiem, co o tym myśleć.
Ale jednocześnie wiem, że powinniście to przeczytać.

PS. W ekranizacji z 2003 roku w rolę Stephena wcielił się Henry Cavill. Droga Cassandro, weź no się zastanów dziewczyno.

Nigdy nie polecę w kosmos.

„Ale kosmos!” Mary RoachJeśli myślicie, że praca astronauty to epickie podboje orbity, eleganckie spacery w przestrzeni kosmicznej, pełne emocji naprawy statku kosmicznego, z czasem przetykane tylko chwilami grozy i strachu – cóż, to nie o tym jest ta książka. Więcej, jeśli życzycie sobie podtrzymać mit astronauty, który z gracją porusza się w stanie zerowej grawitacji i który to nigdy, ale przenigdy nie ma problemów z własną ludzką fizjologią – radzę trzymać się z daleka od książki Mary Roach.

W swojej arcydowcipnej opowieści „Ale kosmos!” Roach starannie obala nasze wyobrażenia. Na przykład o tym, że astronauta nic tylko lata na statkach, rakietach i innych bajerach. Wręcz przeciwnie – jak zauważył jeden z rozmówców Roach, „w całym tym biznesie chodzi o przygotowania. To jest to, z czego żyjemy”. Typowy astronauta trenuje przez kilka lat, a jak mu się poszczęści, to poleci w kosmos na tydzień. Góra dwa. Przećwiczywszy uprzednio każdą możliwą do przewidzenia sytuację w warunkach kontrolowanej symulacji (w to wpisuje się także niemycie swej doczesnej powłoki przez rzeczone dwa tygodnie).

Eksploracja przestrzeni kosmicznej przez lata dla Stanów Zjednoczonych stanowiła nie tylko przyczynek do poszerzania wiedzy, ale przede wszystkim arenę rozgrywek politycznych – ZSSR nie odpuszczało pola, wszak to Jurij Gagarin był pierwszym człowiekiem w kosmosie (i jako pierwszy orbitował dookoła ziemi). Polityczne aspekty u Roach widać często, ale równie często dowiadujemy się o tych mocno… przyziemnych. Przemiana materii i korzystanie z toalety, co zrobić, gdy przyjdzie zwymiotować do hełmu i jak uprawiać seks wysoko, wysoko nad Ziemią – to wszystko i jeszcze więcej podane w erudycyjno-dowcipnym sosie. Czasem bywa to niesmaczne, czasem szczere do bólu; przyznam, że trochę współczuję tym wszystkim rozmówcom Mary Roach, jej dociekliwość jest imponująca.

USS Enterprise
Tak, ja wiem, że to nie ta bajka, ale niewiele jest tak majestatycznie pięknych jednostek latających jak USS Enterpise. Musiało się tu znaleźć.

Można się zżymać na to, że NASA wydaje grube miliony na badania, eksperymenty i wszelakie symulacje. Czy kosmos jest tego wart? Czy na przykład wyprawa na Marsa jest warta tych wszystkich wysiłków? Roach zdecydowanie mówi, że tak. Że warto „roztrwonić trochę na Marsa”, bo nic nigdy tego doświadczenia nie zastąpi. I wierzcie mi, mimo tych milionów niedogodności cała masa ludzi deklaruje, że jest gotowa sprzedać dom, matkę, ojca, małżonka, potomstwo, psa, kota i kolekcję tazosów, byleby tylko polecieć, choćby na kilka godzin.

Ale teraz przynajmniej wiem jedno – ja nigdy nie polecę w kosmos. Chyba, że na Sokole Millenium. Albo USS Enterprise.
Tam na pewno mają grawitację podobną do ziemskiej. I toalety.

Dlaczego uwielbiam fantastykę.

Już od dłuższej chwili obiecywałam opowieści o „Ziemiomorzu”, ale potoczyło się tak, że opowiem inaczej: trochę więcej, trochę ogólniej – o fantastyce.  I o tym, co lubię w niej najbardziej, czyli o kreacji świata przedstawionego. Będzie zatem wodzenie palcem po mapie, odtwarzanie trasy podróży bohaterów (quest od małej wioseczki do Miejsca Przeznaczenia, wiecie, o co chodzi), zachwyt nad drobnymi szczegółami, które same w sobie nic do fabuły nie wnoszą, ale spajają historie w pełnokrwiste całości.

Dlatego uwielbiam Harry’ego Pottera, całe Rowlingowe magiczne uniwersum jest dla mnie fenomenalnie skonstruowane (i drobiazgi w stylu reklam podczas finału mistrzostw świata w quidditchu: „Błękitna Butla – miotła dla całej rodziny!”).

Dlatego żywię szacunek do rozmachu (epickiego, a co!), z jakim Tolkien nakreślił całe legendarium Śródziemia. W moim przypadku to szacunek nabożny, niekoniecznie wszechwiedza – ale znam takich, którzy geografię Ardy mają w małym palcu, albo mogą oglądać trylogię Jacksona bez napisów, tłumaczących dialogi w sindarinie (myszkovska do raportu!).

Dlatego zachwycam się wyobraźnią Chiny Mielville’a, który potrafi wykreować świat przedziwny: zwłaszcza mam tu na myśli zwłaszcza Bas-Lag i jego multum ras, jedna obrzydliwsza i cudaczniejsza od drugiej (Toromorze także miało potencjał, właśnie w kwestii uniwersum).

Dlatego przepadam za Światem Dysku z jego intertekstualnym dowcipem, sielankowym Lancre i tętniącym życiem Ankh-Morpork. Gdzież indziej będzie tyle uroczych i turbo inteligentych nawiązań do Szekspira („Trzy wiedźmy” <3), do Gastona Leroux (upiór straszący w operze, czyli „Maskarada”) czy do starego dobrego Bożego Narodzenia (mój najulubieńszy „Wiedźmikołaj”).
I salute you, sir Terry. Teraz i zawsze.

Szczerbatek i Le Guin
Takie książki tylko z odpowiednimi zakładkami – arcyuroczy Szczerbatek, hand-made by najlepszy akademicki sidekick!

Last not least, jak to mówią Anglicy – dlatego też na nowo zachwyciłam się Ziemiomorzem. Moje pierwsze spotkanie z Ursulą Le Guin miało miejsce chyba jeszcze pod koniec podstawówki i było to zdecydowanie za wcześnie. To znaczy, połknęłam „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, ale bezrefleksyjnie, prawie nie pamiętałam, o co chodzi – jakiś tam Ged, jakieś tam wyspy, a, chyba były też smoki… wiecie, jak jest. Kiedy zatem ukazało się wielkie, zbiorcze wydanie wszystkich historii, pomyślałam sobie – a, to może spróbuję jeszcze raz. Pomyślałam i na tym zakończyłam. Dopiero niedawno w moje łapki wpadło rzeczone wydanie, grubaśne, piękne – i wtedy przepadłam. Żeglując do najdalszych wysp, za którymi tylko bezkres wód, wędrując tunelami grobowców Atuanu, słuchając rozmów ze smokami. To jeden z tych światów, do których chce się wracać wciąż i wciąż.

I właśnie dlatego uwielbiam fantastykę.

PS. Dziękując Ethlenn za pożyczenie „Ziemiomorza” w wersji pięknej i grubej.

Co powinien Idealny Bohater Książkowy

To jeszcze w ramach delikatnego pokłosia Dnia Kobiet – bardziej dla czytających pań, niż panów, choć z drugiej strony… mniejsza o to. Gdy Facebook pyta, z kim kto akurat bywa w związku, niektórzy odpowiadają „it’s complicated”, a niektórzy żałują, że nie ma opcji „dating a fictional character”. Która z nas nie wzdychała do wyśnionych książąt z bajek, panów Darcych i innych dżentelmenów? No właśnie.

Otóż dlatego lista cech/umiejętności/przyległości, które winien posiadać Idealny Bohater Książkowy. Według Mality. Można dorzucać swoje upragnione przymioty w komentarzach.

mentally dating a fictional hero
Facebook powinien wprowadzić taką opcję.

Odpowiedni wygląd

Inteligencja, humor, wiadomo, wszystko ważne, ale też miło mieć na co spojrzeć od czasu do czasu. Na przykładzie: gdy ongiś na kinowe ekrany wchodził „Władca Pierścieni”, ja i współ-oglądaczki dzieliłyśmy się na team-Aragorn (ach, to spojrzenie, ten zarost lekki, ten głos lekko chropawy) oraz team-Legolas (śliczny i wdzięczny, budyń z soczkiem, a jak z łuku szyje, no no!). W tym miejscu wyznaję – miało się lat trzynaście i poszukiwało się w internetach fanficów z Legolasem w roli głównej (oto moja #grzesznaprzeszłość i #błędymłodości). Po latach dochodzę do wniosku, że ja jednak jestem team-Eomer. Clue jest jednak takie, że i wygląd ma znaczenie. W książkach można go sobie, szczęśliwie, wyobrazić wedle woli.

Rycerskie ramię

Czyli obrona przed bandą orków/kosmitów/dresów w razie potrzeby. Rąbnie ten nasz ideał mieczem, jak wiedźmin zwany Geraltem, albo strzeli z kuszy, aktualnie dostępnej broni palnej czy wyrżnie z łokcia bezpardonowo jak Kacper Ryx.  Nie ukrywajmy, czasem nam się po prostu nie chce, a czasem nie ma sensu niszczyć sobie starannie wykonanego manikiuru. Niech się ktoś tym zajmie.

Talenty nie tylko rycerskie

Są tacy bohaterowie, którzy są obliczeni na to, by zachwycać (promienisty książę Genji jest tutaj najdoskonalszym z przykładów, tańczy, śpiewa, recytuje – i nie tylko, ale na tym poprzestańmy). Ale są inne talenta, które Ideał mieć powinien: na przykład oczytanie (jak Florent D’Urbec z mojej umiłowanej „Czary wyroczni”), dowcip (jak Locke Lamora, on to ma w pakiecie z auto-dystansem), umiejętność wyrażania swoich uczuć w mowie i w piśmie (kapitan Wentworth i jego list <3), czy zasadniczy spryt życiowy, który w każdej epoce jest na wagę złota (pozdrowienia dla Gordianiusa).

Mroczna przeszłość // łobuzerska teraźniejszość

Wiecie, nutka tajemnicy, jeden z najbardziej seksownych przymiotów. Hrabia Monte Christo, która z pań się oprze? Kobiety ponoć kochają rozmaitych szelmów (team-Loki, obecne?): mogą to być albo łotrzykowie doskonali (Locke Lamora też tu pasuje), albo niepoprawni kawalarze (kto prócz mnie ma sentyment do bliźniaków Weasleyów?). Szeroko pojęci „przeklęci przez gwiazdy” też mają w sobie to coś, jak również rozmaici oczekiwani-przez-przepowiednię (jak choćby Paul Muad’dib, mężczyzna w stu procentach).

Stan posiadania

Wygląd – tak, osobowość – tak, ale odpowiednia rezydencja też się przyda. Ot, takie Pemberley, bo czemu akurat nie. Może to być rezydencja Jaya Gatsby’ego. I absolutnie nie chodzi tutaj o to, że lecimy na kasę i majątek, nie nie. To po prostu miły dodatek.
(biblioteka z zamku Bestii też się liczy, oczywiście)

Oczywiście, taki misz-maszowy książkowy mężczyzna nie istnieje – a gdyby istniał, to mogłoby się okazać, że zestaw cech doskonałych wcale nie tworzy doskonałej całości… dlatego kochamy tych bohaterów razem i z osobna.

Ale jak to, nie czytałaś Irvinga?

“The World According to Garp” John Irving Uwielbiam te momenty w życiu nałogowego pożeracza książek, kiedy inny nałogowy pożeracz dowiaduje się, że czegoś pożeracz numer jeden jeszcze nie pożarł. W sensie, to pełne niedowierzania/wyrzutu/zaskoczenia/zazdrości spojrzenie, któremu z reguły towarzyszy nabrzmiała emocją apostrofa o treści zbliżonej do: „Ale jak to, nie czytałaś (…)?!” (w miejsce wielokropku wstawić dowolny tytuł, znaczący dla pożeracza numer dwa). W znakomitej większości przypadków po rzeczonej apostrofie następuje Akt Pożyczenia Książki. Czasem występuję w roli pytającej/pożyczającej, czasem w pytanej/wypożyczającej, tak czy tak, uwielbiam ten moment. I na przykład, pośrednią, okrężną drogą dostałam w swe łapki egzemplarz „Świata według Garpa” – czy raczej, “The World According to Garp”, bo to była wersja oryginalna.

„In the world according to Garp, a evening could be hilarious and the next morning could be murderous”

T.S. Garp już na dzień dobry miał zadatki na oryginalny życiorys. Jego matka, późniejsza guru feministek (jakoś… tak wyszło), przesławna Jenny Fields, chciała pracować i mieć dziecko. Nie męża. Nie rodzinę. Pracę i dziecko. Osiągnęła jedno i drugie – prez szereg lat pracowała jako pielęgniarka, wychowując jedynego syna, którego ochrzciła mianem T.S. Garp (ojciec właściwie nieistotny, grunt, że zapewnił Garpowi istnienie i rzeczone miano). Garp, chłopiec nietuzinkowy, wychowuje się zatem w Steerling School, gdzie jego matka zatrudniła się jako szkolna pielęgniarka. Od zarania dziejów wie, że chce zostać pisarzem. Przy okazji będzie trenował zapasy, a po ukończeniu szkoły ruszy – wraz z matką – do Wiednia, by tam szukać inspiracji. On przywiezie jedną nowelę, ona – grubaśną autobiografię, która wstrząśnie Ameryką. A to tylko początek…

Trudno w kilku zdaniach oddać, o co w tym wszystkim chodzi. Bo tak sobie to płynie niby, tak obyczajowo, a jednocześnie karykaturalnie. Trochę przejmująco, czasem niesmacznie, niekiedy zabawnie albo sentymentalnie. To, co mi się bardzo podobało w tej powieści, to złożoność konstrukcji: znajdziemy w niej i opowieść o Garpie i wszystkich dookoła oraz Garpowe dzieła (jak nowela “The Pension Grillparzer” czy pierwszy rozdział powieści “The World According to Bensenhaver”), a wszystko pisane jakby z perspektywy biografa – narrator co i rusz wtrąca frazy w stylu „po latach Garp miał przyznać” czy też „Garp napisał o swojej matce, że…”. Całość więcej niż przyzwoita.

W świecie według Garpa raz jeszcze doświadczamy i widzimy, że sztuka radzenia sobie z własnym życiem, niezależnie od czasoprzestrzeni, zawsze wydaje się ponad siły. Ale radzimy sobie, jakoś.

…ale jak to, nie czytaliście?