Za dużo nut

„Wyspa Łza” Joanna BatorNie od dziś wiadomo, że Malita hołubi wszystko to, co spłynie z pióra Joanny Bator (czy raczej, hołubiła, ale do tego dojdziemy): „Piaskowa Góra” mną wstrząsnęła, a „Rekin z parku Yoyogi” zachwycił.  Jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia – nic dziwnego, że z niejakim lękiem spoglądałam na nową książkę, tegoroczną świeżynkę. Zwłaszcza, że ze wszech stron docierały do mnie opinie ostrożnie wyważone, a w każdym razie nie kipiące zachwytem.

Są takie frazy, które wwiercają się w umysł na tyle mocno, że nie sposób się od nich uwolnić – można tylko za nimi podążyć (albo chociaż je zapisać, jak pewien profesor o pewnym hobbicie). „Znikła bez śladu” – to słowa, które zaprowadziły Joannę Bator na Sri Lankę, tytułową Wyspę w kształcie Łzy. Była to podróż śladami zaginionej przed laty Amerykanki Sandry Valentine, ale i podróż trochę wgłąb siebie, trochę w przeszłość i przyszłość,  a z drugiej strony okołofilozoficzny namysł nad sobą, podróżą, podróżnikiem. O tym, co było, ale także o tym, co być mogło.

Mocno otwarty strumień świadomości, nasycony cytatami, intertekstualnością i postmoderną, w „Rekinie” nie przeszkadzał mi zupełnie. Tutaj jest tego wszystkiego za dużo, a przedzieranie się przez wyszukane konstrukcje myślowo-zdaniowe zanadto męczy. Ot, jak przy opisie deszczowego nieba wieczorową porą w Galle:

Pośród wodnych strug ostatnie krwawe promienie zachodu przebijają wolniejsze dziewczynki na wskroś, a one przewracają się na mocną trawę wśród chichotów i pisków, ich oczy wybałuszone od deszczu przypominają szklane paciorki, jakie kiedyś wydłubałam z głowy pluszowego misia wielkości dwulatka, bo bałam się jego wzroku, a może raczej chciałam go sobie przywłaszczyć i być tą, która patrzy.*

I tak przez cały czas, niby-autobiograficzny potok słów rozmaitych. Trochę absurdalne, trochę groteskowe, trochę bezcelowe – to znaczy, nie jestem pewna, po co to i ku czemu zmierzamy.

Albo jeszcze inaczej: mam cytat, który idealnie oddaje to, co myślę o tej książce. Otóż w „Amadeuszu” Milosa Formana (jeden z najgenialniejszych filmów ever, po prostu skończona doskonałość) jest taka scena, gdy cesarz Józef II mówi do młodego Mozarta, że w jego operze „Uprowadzenie z Seraju” jest… za dużo nut (Wolfie celnie-bezczelnie reaguje: „To które dokładnie mam wykreślić?”).

Ale tak jest i tutaj. Too many notes.

* Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak 2o15, s. 234-235.

11 thoughts on “Za dużo nut

    1. Ja wychodzę z założenia, że trzeba spróbować osobiście, ale też nie ma co się męczyć i można zrezygnować. Ale „Ciemno…” zdecydowanie warte grzechu!

  1. jakimś niedopatrzeniem nie czytałam jeszcze nic Bator, ale byłam na jej spotkaniu autorskim i ona chyba sama taka jest – współczesność splatająca się z przeszłością, nutki autobiograficzne wypływające tu i tam; jakoś po tym spotkaniu nie mam parcia żeby ją czytać – cierpiący artyści to chyba nie mój target.

  2. Jako duża fanka Bator również miałam chrapkę na tę książkę, ale im więcej słyszę na jej temat, tym bardziej jestem przekonana, że jednak nie chcę tego czytać. Lepiej zamiast „Wyspy Łzy” wezmę się za „Rekina z parku Yoyogi”, który czeka w stosiku na swoją kolej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s