Wyliczankowy kryminał z nutką psychoanalizy

„Ene, due, śmierć” M.J. Arlidge[Freud i kozetka: mode on]

Siedzisz wygodnie? Popraw się, odpręż. Zamknij oczy (ale cały czas czytaj, hellou, nie ma taryfy ulgowej), weź głęboki wdech i wyobraź sobie. Kręta droga, ciemność, odludzie, nie wiadomo, jak wrócić do domu… gdy pojawia się wybawiciel, van nocną porą, wsiadasz bez oporów. I wtedy znów… ciemność.

Wciąż ciemność. Nagle… budzisz się, jeszcze na wpół przytomny, w jakimś zamkniętym miejscu. To może być opuszczony basen o gładkich ściankach, stara piwnica, zapomniany silos… miejsca bez wyjścia. Jak przez mgłę pamiętasz van, którym obiecała was podwieźć nieznajoma kobieta. Teraz ty i twój towarzysz otrzymaliście okrutne ultimatum. Oto broń. Jeden nabój. Jeśli chcesz wyjść na wolność, musisz zabić. Czy zastrzelisz z premedytacją kogoś, kogo kochasz, by uratować swoją skórę? Czy będziecie się męczyć tygodniami, spoglądając na siebie z narastającą nieufnością, aż któreś wreszcie sięgnie z rezygnacją po broń? Jedno jest pewne – gdy padnie strzał, ten, kto przeżyje, odzyska wolność.

[Freud i kozetka: mode off]

Najpierw młoda para, niby-przypadkowi autostopowicze, potem dwóch kolegów z pracy – porywaczka starannie wyszukuje swoje ofiary. Kim jest i czy kieruje się jakimś pokrętnym schematem – to musi odkryć inspektor Helen Grace, profesjonalistka w każdym calu. Czas ucieka, a ostateczna prawda o ludziach pokazuje, że większość sięga po broń szybciej, niż myśli…

„Myślisz, że ludzie są dobrzy. Ale to nieprawda. Są źli, samolubni i okrutni. (…) Ostatecznie każde z nas to tylko zwierzę, które wydrapałoby drugiemu oczy, by przeżyć” *

Muszę przyznać, że mam trochę mieszane uczucia. Owszem, nie idzie się od tego oderwać: powinnam była zająć się mnóstwem innych Ważnych Rzeczy, a gorączkowo przewracałam stronę za stroną. Koncept jest makabryczny – taki w sumie winien być w kryminałach – a opisano go bardzo sugestywnie, zwłaszcza fragmenty relacjonujące przeżycia ofiar. Z drugiej strony, nie mogłam jakoś polubić Helen Grace, a jej aktywności „po godzinach” wywołały reakcję, którą w skrócie można przedstawić jako „meh” (ja wiem, trauma z dzieciństwa, trudna praca, trzeba się odprężyć, ale za dużo Greyopodobnych narracji ostatnio się pałęta w okolicy). Podobną reakcję zapewniło kilka klisz – jak choćby przemroczne duchy przeszłości pani inspektor, mieszające się do śledztwa czy obowiązkowy (eks)alkoholik wśród kolegów policjantów.

Summa summarum, rzecz przyzwoita, ale bez entuzjastycznego tańca zwycięstwa.

PS. Podziękowania, oczywiście, dla wydawnictwa Czwarta Strona, które skądinąd wie, jak zaciekawić przyszłego czytelnika.

* M.J. Arlidge, Ene, due, śmierć, przeł. Agnieszka Brodzik, Poznań 2015, ss. 414.

Dzieła zebrane #2

Drugi oficjalny wpis z gatunku pigułek książkowych sponsoruje tych książek pożyczanie: od początku roku mam wyjątkowe szczęście zarówno do powieści wyniesionych z różnych bibliotek, jak i dzieł ofiarnie przyniesionych przez czytających krewnych i przyjaciół Królika. W tym momencie pora na podziękowania: za numer jeden bibliotece na Rajskiej (z jedną z najbardziej hipsterskich czytelni świata), za numer dwa Magdzie-Która-Ma-Wszystkie-Pratchetty (Oraz-Inne-Perełki), za numer trzy najlepszemu akademickiemu sidekickowi, czyli Annie K.
A otóż i rzeczone lektury.

„Bursztynowa luneta” Philip PullmanPrimo, ostatnia część „Mrocznych materii” Pullmana, czyli „Bursztynowa luneta” (trzeci artefakt do kolekcji!). Najbardziej… obrazoburcza z części (trudno się dziwić, kiedy chce się zabić Boga-Autorytet, to jednak może to budzić pewne kontrowersje), dla mnie również najmroczniejsza. I faktycznie, jedna scena chwyta za serducho bardzo mocno i konkretnie. Całość z gatunku „warto znać”, nie czuję się może wbita w fotel, ale czytało się zacnie.

Niewinny antropologSecundo, króciutki esej Nigela Barleya, który naiwnie zapragnął wyrwać się z okowów gabinetowej antropologii i wybrał się na Prawdziwe Badania Terenowe. Do Kamerunu. Na początku lat 80-tych. Tak, to wymagało dużej odwagi, ułańskiej fantazji… i sporej dawki humoru. Zwłaszcza tego ostatniego u Barleya dużo. Jego studia nad plemieniem Dowayów to dziś klasyka, tak samo „Niewinny antropolog”. Dowcip to tutaj pojęcie kluczowe, bo tylko to może uratować badacza w walce z kameruńską biurokracją (i kołomyjami z grantami na badania, jakie to swojskie), przeciekającym dachem chaty i utratą dwóch przednich zębów…

Uwaga na marginesie: esej Barleya woziłam w tramwaju, w domu czytając naukowe opracowanie z dziedziny pagan studies. O jakże się zabawnie (i ciut nieswojo) poczułam, gdy nagle autor tego drugiego zacytował tego pierwszego…

Batman apolloTertio, obiecany już jakiś czas temu „Batman Apollo”, czyli sequel „Empire V” Wiktora Pielewina. Rama Drugi, ongiś początkujący wampir, dziś podróżuje służbowo po otchłaniach-nibyzaświatach, romansuje z amerykańską wampirzycą Sophie i jednocześnie wiernie służy Wielkiej Myszy, czyli Isztar/Herze. Ale i tak niezmiennie wiecznie obrywa, że wie za mało i jaki to on niedomyślny, a jak chce wiedzieć więcej, to obrywa, że po co się tyle dopytuje. Wiecznie nieogarnięty, wiecznie nie na miejscu, a jednak pnie się po kolejnych szczebelkach hierarchii, osiągając nowe stopnie wampowtajemniczenia. W pakiecie Dracula, który wygląda jak Kriszna i prosi, by tytułować go per sadhu, tytułowy batman Apollo (skojarzenia z atmanem trafione) i prawdziwa racja bytu gier video. Skrzyżowanie „Incepcji” z „Raportem mniejszości”, a wszystko w oparach absurdu, satyry na współczesną Rosję i wybuchowej mieszanki różnych koncepcji filozoficznych.

A na razie wracam do Dużej Książki, czyli omni wydania „Ziemiomorza” Ursuli K. Le Guin. Och, jej!

Od zbieracza do dżentelmena

„Spryciarz z Londynu” Terry PratchettTym razem będzie sprawdzony przepis na uradowanie Mality: Londyn, coś historycznego, nutka łotrzykowstwa (czytaj: odpowiedni bohater, jak Lamora czy Bathurst), szczypta humoru i Pratchett. Terry Pratchett. Każdy z tych komponentów z osobna zwiastuje radość wielką, a co dopiero takie combo! Zwłaszcza, że skojarzenia już od początku były miłe – z sentymentem przywołuję Dodgera z „Olivera Twista” (które to dzieło poznałam pierwotnie w wersji disneyowskiej, polecam).

Natomiast w wizji Pratchetta Dodger to młody a bystry zbieracz (czyli osobnik parający się zbieraniem wartościowym przedmiotów w cuchnących londyńskich kanałach, łapka w górę, komu się przypomniał „Złomiarz”). Prawdziwy złoty chłopiec tej części miasta, w której Przywoici Obywatele starają się nie przebywać, nawet w biały dzień pod obstawą straży (czy też nowych oddziałów policji, zwanych peelersami). Zarówno w kanałach, jak odmętach różnych knajp i ulic wszyscy znają Dodgera, a Dodger zna wszystkich (chyba, że występuje sytuacja w stylu: „Dodger? Nie, nie znam, nie wiem, nie widziałem, to na pewno jego pan szuka?”). My zaś spotykamy londyńskiego spryciarza pewnej ohydnie deszczowej londyńskiej nocy, kiedy wyskakuje z kanału, by ratować damę w opresji. Tajemnicze dziewczę  okazuje się być cudzą małżonką, i to małżonką zbiegłą a niechętną do powrotu. Pomoc jej udzielona staje się biletem do nowego dla Dodgera świata: pełnego dżentelmenów, dam, polityków, szpiegów, knowań oraz eleganckich garniturów. Będzie musiał wspiąć się na wyżyn swojego sprytu, by ocalić swoją skórę… i zapewnić bezpieczeństwo uratowanej przez siebie damie. Wątek miłosny w pakiecie.

W pakiecie znajdziemy również humor pratchettowy, barwna – choć brunatna w kolorystyce –  panorama wiktoriańskiego Londynu oraz moc nawiązań do innych dzieł (fryzjer z Fleet Street!) i historycznych postaci (od Dickensa, przez Disraelego, po Tenniela, łącznie z młodym kudłatym młodzieńcem imieniem Karol, który zapowiada, że system kiedyś padnie). Zresztą, postacie fikcyjne cieszą równie mocno, co te implementowane z kart historii – do moich fikcyjnych faworytów należą Salomon Cohen, gospodarz i przyjaciel Dodgera, oraz jego pies, szkaradny acz poczciwy Onan (tak, to celowe).

Żeby nie przedłużać: „Spryciarz” może nie powala na kolana maestrią skomplikowanej intrygi, ale czysta radocha z lektury (połączona z frajdy odkrywania intertekstualnych nawiązań) zapewnia czytelniczego banana na obliczu przez co najmniej 24 godziny. Ergo warto.

PS. Stokrotnie dziękując Magdzie-Która-Ma-Wszystkie-Pratchetty (Również-W-Oryginale).

PPS. W pakiecie pożyczonym od Magdy był też „Dodger’s Guide to London”, czyli – jak sama nazwa wskazuje – lektura uzupełniająca. Zbiór ciekawostek (typu „wpadki z koronacji królowej Wiktorii”), rycin i wypisów z rozmaitych czasopism, okraszonych ilustracjami Paula Kidby’ego.

dodger
Od tego się taki przewodnik powinien zaczynać…

Rękopisy nie płoną. A czytniki?

Było już z Tekstów Niekoniecznie Recenzyjnych na temat ekranizacji, ich typów oraz odwiecznych pytań, czy najpierw książka, czy najpierw film. Dziś przyczynek do innej książkowej dyskusji, taki mały Malitowy kamyczek do lawiny, która zwie się „książki kontra ebooki”. Lawinę określaną też jako „czytniki wyprą książki JUŻ RYCHŁO”.

Malita od półtora roku bez mała jest szczęśliwą posiadaczką czytnika (myszkovska ostatnio określiła ów model jako „kundelek”, co uważam za turbo urocze). Na czytniku znajdują się głównie książki po angielsku, z polskich raczej klasyki, co to im prawa majątkowe wygasły (chyba akurat ktoś coś podeśle z nowszych, ale to się zdarza sporadycznie). Ochoczo zerkam na serwisy typu „Wolne lektury”, bo szczęśliwie w sieci można odwiedzić wiele miejsc, obfitych w całkowicie legalnie ściągalne książki w formatach wszelakich. Przykładowo, z ostatnich Malitowych lektur – możecie na przykład pobrać „Mirandę” Langego. Kilka razy zdarzyło mi się już gdzieś wyjechać na obczyznę i w drodze lub na miejscu czytać polskie klasyki i tłumaczenia (patrz: w autokarze gdzieś w wiosennym Somerset nadrobiłam „Gargantuę i Pantagruela”). Jakoś już przywykłam, że wyjeżdżając na jakieś oficjalne naukowe wyprawy, zabieram ze sobą kundelka.

???????????????????????????????
Obowiązkowo kot naklejkowy i list kapitana Wentwortha z „Perswazji”

Truizmem będzie wymienianie teraz zalet i wad czytników: wiadomo, że więcej się na nich zmieści, że lekki w miarę czytnik jest dużo bardziej praktyczny niż osiem tomisk, zajmujących pół wakacyjnej walizki. I wiadomo – choć mnie to akurat zdziwiło – że ebooki wcale nie są takie znów tanie (mówię tu o nowościach i bestsellerach, głównie). Nie widzę za to absolutnie sensu w kategorycznym zajmowaniu jednej strony barykady – to znaczy, że czytamy ALBO w papierku ALBO na czytniku. I ponure wieszczenie końca książek (które często idzie w parze z ponurym wieszczeniem Upadku Czytelnictwa jako takiego). Można wszakże i tak, i tak, i jedno drugiemu w niczym nie przeszkadza.

Zasadniczo, chciałam przez to powiedzieć, że nieustannie, najbardziej lubię czytać papierowe, analogowe książki, ale uważam, że każdy środek może być nośnikiem Wielkiej Narracji, Wielkiej Opowieści. Ona broni się sama, niezależnie od tego, czy jest na czytniku, w audiobooku, czy mieści się pomiędzy okładkami.

Za dużo nut

„Wyspa Łza” Joanna BatorNie od dziś wiadomo, że Malita hołubi wszystko to, co spłynie z pióra Joanny Bator (czy raczej, hołubiła, ale do tego dojdziemy): „Piaskowa Góra” mną wstrząsnęła, a „Rekin z parku Yoyogi” zachwycił.  Jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia – nic dziwnego, że z niejakim lękiem spoglądałam na nową książkę, tegoroczną świeżynkę. Zwłaszcza, że ze wszech stron docierały do mnie opinie ostrożnie wyważone, a w każdym razie nie kipiące zachwytem.

Są takie frazy, które wwiercają się w umysł na tyle mocno, że nie sposób się od nich uwolnić – można tylko za nimi podążyć (albo chociaż je zapisać, jak pewien profesor o pewnym hobbicie). „Znikła bez śladu” – to słowa, które zaprowadziły Joannę Bator na Sri Lankę, tytułową Wyspę w kształcie Łzy. Była to podróż śladami zaginionej przed laty Amerykanki Sandry Valentine, ale i podróż trochę wgłąb siebie, trochę w przeszłość i przyszłość,  a z drugiej strony okołofilozoficzny namysł nad sobą, podróżą, podróżnikiem. O tym, co było, ale także o tym, co być mogło.

Mocno otwarty strumień świadomości, nasycony cytatami, intertekstualnością i postmoderną, w „Rekinie” nie przeszkadzał mi zupełnie. Tutaj jest tego wszystkiego za dużo, a przedzieranie się przez wyszukane konstrukcje myślowo-zdaniowe zanadto męczy. Ot, jak przy opisie deszczowego nieba wieczorową porą w Galle:

Pośród wodnych strug ostatnie krwawe promienie zachodu przebijają wolniejsze dziewczynki na wskroś, a one przewracają się na mocną trawę wśród chichotów i pisków, ich oczy wybałuszone od deszczu przypominają szklane paciorki, jakie kiedyś wydłubałam z głowy pluszowego misia wielkości dwulatka, bo bałam się jego wzroku, a może raczej chciałam go sobie przywłaszczyć i być tą, która patrzy.*

I tak przez cały czas, niby-autobiograficzny potok słów rozmaitych. Trochę absurdalne, trochę groteskowe, trochę bezcelowe – to znaczy, nie jestem pewna, po co to i ku czemu zmierzamy.

Albo jeszcze inaczej: mam cytat, który idealnie oddaje to, co myślę o tej książce. Otóż w „Amadeuszu” Milosa Formana (jeden z najgenialniejszych filmów ever, po prostu skończona doskonałość) jest taka scena, gdy cesarz Józef II mówi do młodego Mozarta, że w jego operze „Uprowadzenie z Seraju” jest… za dużo nut (Wolfie celnie-bezczelnie reaguje: „To które dokładnie mam wykreślić?”).

Ale tak jest i tutaj. Too many notes.

* Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak 2o15, s. 234-235.

Marionetki i werble, czyli nuda

„Córki marionetek” Maria Ernestam(dźwięk werbla, wpierw delikatny, potem nabrzmiewający w rytmie patetycznym)

Małe miasteczka z całym legionem tajemnic, upchniętym starannie gdzieś za szafą czy w piwny, to temat wdzięczny a eksplorowany często. Gdzież indziej mogłby zdarzyć się takie kryminalno-obyczajowe historie? A tu jeszcze mamy szwedzkie małe miasteczko i marionetki. Miało być pięknie.

(po takim wstępie chyba już powinniście wiedzieć, że nie, nie było)

Otóż w tym małym szwedzkim miasteczku dawno temu zdarzyła się wielka zbrodnia – mordestwo (wciąż werble w tle, dźwięk narasta). Jedenastoletnia naonczas Mariana odkrywa zwłoki swojego ojca, przywiązane do karuzeli. Kto go zastrzelił i dlaczego? Tego nigdy nie udało się odkryć… do czasu, rzecz jasna.

Trzydzieści lat później Mariana i jej siostry wiodą spokojne, ułożone życie w tym samym bezimiennym szwedzkim miasteczku. Elena prowadzi cukiernię i spełnia misję karmienia wszystkich wokół, Karolina, artystyczna dusza, maluje trumny (sic!), a sama Mariana przejęła rodzinny biznes – sklep z zabytkowymi lalkami i marionetkami. Czasem czyta dzieciom baśnie (takie zajęcia pozalekcyjne), czasem pisuje maile do prawie-że-ukochanego, czasem próbuje uporządkować relacje z byłym mężem. W tej sielsko-spokojnej rzeczywistości pojawia się pewnego dnia Tajemniczy Przybysz z Ameryki, imieniem Amnon, nazwiskiem Goldstein. Jest nie tylko Tajemniczy, ale również potrafi nakłonić ludzi do zwierzeń i opowieści o różnych słabostkach, a nawet o szemranych zdarzeniach sprzed lat (dźwięk werbli narasta niepokojąco). Tak, to dzięki niemu, dowiemy się, kto zabił ojca Mariany. I to by było na tyle.

(dźwięk werbli urywa się, ale nie gwałtownie, raczej niechlujnie, jakby się mleko rozlało)

Znużyło mnie to. Sam koncept z karuzelą i marionetkami jest interesujący (wszystkie kukiełki i laleczki są dla mnie z definicji lekko upiorne, czy, jak to mówią za wodą, creepy), jednak cała ta potencjalnie creepy historia jest po prostu nudna. Niby reklamuje się ją jako „thriller psychologiczny”, ale ani nie wywołała dreszczyku emocji, ani nie powaliła na kolana złożonymi psychologicznie bohaterami. A Wielkie Rozwiązanie Tajemnicy Morderstwa nie odbyło się przy huknięciu grzmotu, tylko przy cichym pęknięciu wpół zdechłego balonika.

(raz jeszcze, cichy odgłos werbli)

Nie znam się specjalnie na małych miasteczkach, niezależnie od tego, gdzie leżą – w końcu Malita to mieszczuch patentowany z dużego ośrodka miejskiego (trzy czwarte miliona, plus-minus kilkadziesiąt tysięcy, zależnie od przypływu/odpływu studentów). Niemniej, są takie książki, które dają mi poczucie wiedzy na temat, jak „Trafny wybór”. Na koniec zatem powiem Wam, że Pagford i bezimienne marionetkowe szwedzkie miasteczko dzieli bardzo wiele – i nie chodzi tu bynajmniej o odległość geograficzną.

(jeden, pojedynczy werbelek, tak przypadkiem, do wiwatu)

 PS. A powieść otrzymałam via wydawnictwo Czwarta Strona.

Kogo kocha kokaina

„Ślepnąc od świateł” Jakub ŻulczykWstęp wprowadzający brzmi tak: otóż ongiś na warszawskiej Ochocie myszkovska wzięła w swe łapki opasły tom pióra Żulczyka i przeczytała mi na głos jeden, dość obszerny fragment. Było w nim o trzech rzeczach, które ludzie robią w stolicy. Zatem po pierwsze, ludzie mówią. O wszystkim i zdecydowanie za dużo. Po drugie, ludzie handlują. Też wszystkim, zwłaszcza mówiąc. Po trzecie, ludzie wąchają kokainę. I tu wkracza nasz bohater, cały w bieli.

Kokaina kocha ludzi, a ludzie kochają kokainę. Dlatego drugim najważniejszym numerem na liście telefonów jest numer tego, kto im tej miłości dostarcza. W torebce. Za grube pieniądze. I dlatego telefon Jacka dzwoni nieustannie. Rano wieczór we dnie w nocy, od poniedziałku do piątku. Prywatna impreza w ekskluzywnym apartamencie celebryty znanego z telewizji, klub gdzieś przy alejach Jerozolimskich, mniejsze dostawy dla zaufanych klientów – Jacek dociera wszędzie, kokaina zmienia właściciela, pieniądze też. Skrupuły? Ależ skąd. Jacek nie ma problemów z tym, że handluje prochami. Niewiele rzeczy potrafi go poruszyć – tętno przyspiesza mu może tylko wtedy, gdy ktoś robi krzywdę kobiecie. Jest profesjonalistą, czystym, dokładnym i punktualnym. Raz jeden pozwolił sobie, by poczuć coś więcej do dziewczyny – i to uczucie zemści się na nim po tysiąckroć. Bo tak się składa, że gdzieś w trzewiach Warszawy różne interesy różnych ludzi splatają się ze sobą coraz mocniej, by w końcu eksplodować całą gamą katastrof.

Ta historia jest brudna. Lepka. Taka, że aż się w środku coś przekręca. Nasycona wulgarnością. To, że miałki ludzki rynsztok nosi tu najmodniejsze ciuchy (albo się stara), nie zmienia tego, że pozostaje rynsztokiem.
Napisane za to jest fenomenalnie. Najlepsze tu będzie porównanie muzyczne – gdy Adele śpiewa „Someone like you”, to całym jestestwem czuć tę gorycz i smutek. I tak samo mocno czuć to, jak Żulczyk pisze.

Nie umiem powiedzieć, czy mi się to wszystko podobało – czy „Ślepnąc” w ogóle można wpasować w kategorię podobania się. Bo z jednej strony przeraża mnie, że taki świat istnieje – a jeśli nie istnieje, przeraża mnie, że ktoś mógł coś takiego wymyślić.

PS. Przy czytaniu słuchamy tego.
PPS. Felieton Jakuba Żulczyka, równie mocny. I również via myszkovska.